Sport.pl

Doping Kornelii Marek: Ukraiński ślad EPO

Ostatni zastrzyk z EPO Kornelia Marek wzięła na 4-6 dni przed startem sztafety na igrzyskach w Vancouver. Głównym podejrzanym jest Witalij Trypolski, ukraiński lekarz kadry. W poniedziałek rusza śledztwo w Polskim Związku Narciarskim
O polskiej biegaczce głośno już na całym świecie. Jest jedynym sportowcem z igrzysk w Vancouver przyłapanym na dopingu. W jej krwi po sztafecie 4x5 km, w której Polki zajęły 25 lutego szóste miejsce, wykryto EPO. To środek stosowany w sportach wytrzymałościowych: zwiększa produkcję czerwonych krwinek i zapewnia szybszy transport tlenu do mięśni. We wtorek analiza próbki B ostatecznie potwierdziła doping. Międzynarodowa Federacja Narciarska oficjalnie zawiesiła w środę Marek.

- Ostatni zastrzyk z syntetycznego EPO pani Marek wzięła już w Whistler, na 4-6 dni przed startem sztafety. Tak wynika z dokumentów z Kanady - mówi Sport.pl i "Gazecie" prof. Jerzy Smorawiński, szef polskiej komisji antydopingowej.

- Fizjoterapeuta robił mi zastrzyki dożylne i domięśniowe, ale byłam przekonana, że to witaminy i inne dozwolone środki - utrzymuje zawodniczka. Do celowego stosowania EPO się nie przyznaje. Dała już do zrozumienia, że po odbyciu kary - minimum dwuletniej dyskwalifikacji - będzie chciała wrócić do sportu.

Fizjoterapeuta, o którym mówi Marek, to Witalij Trypolski, ukraiński lekarz, który od trzech lat opiekował się Kornelią, Sylwią Jaśkowiec i Pauliną Maciuszek, czyli grupą biegaczek trenera Wiesława Cempy. Trypolski był jedyną osobą ze sztabu medycznego PZN na zgrupowaniach przed olimpiadą. Robił masaże, zajmował się odnową, ale odpowiadał też za leki, odżywki, zastrzyki. Dla całej trójki.



Doktor Stanisław Szymanik, oficjalny szef medyczny PZN, kontrolował zawodniczki, ale na odległość, zza biurka w Polsce. Konsultacje, jeśli były, to przez telefon. - Jestem lekarzem całego związku, mam pod sobą skoczków, alpejczyków. Trenerzy sami dobierają sobie bezpośrednich współpracowników. Dr Trypolski nie był dla nas osobą nową, nie było sygnałów, że coś dzieje się nie tak - mówi Sport.pl i "Gazecie" dr Szymanik. Co sądzi o dopingu Marek? - Jako lekarz zakładam zawsze wersję najbardziej prawdopodobną. Żeby zakazany lek dostał się do organizmu, potrzeba współdziałania osoby biorącej i podającej lek - mówi wprost Szymanik.

Ukrainiec do podawania EPO się nie przyznaje. - Mówi, że prowadził dozwoloną regenerację zawodniczek w formie zastrzyków. I nic poza tym - zaznacza Grzegorz Mikuła, sekretarz generalny PZN. Związek miał dużo zaufania do Trypolskiego, bo nie stwarzał problemów, a do Polski przed pięcioma laty sprowadził go nie byle kto, tylko Aleksander Wierietielny, trener cudotwórca sukcesów Justyny Kowalczyk. Współpracę nawiązali jeszcze przed igrzyskami w Turynie w 2006 r. Ukrainiec podczas poprzedniej olimpiady był w sztabie Kowalczyk. Ale teraz z nią nie pracuje, bo gdy Wierietielny oddzielił się z Justyną od reszty kadry, Trypolski został przydzielony do grupy z mniejszym potencjałem medalowym, gdzie była m.in. Marek.

- Na miejscu lekarza powiesiłbym się za pewną część ciała na krakowskim rynku - grzmiał w Radiu ZET Piotr Nurowski, prezes PKOl. O winie Trypolskiego był przekonany. Później nieco złagodniał i już tylko obiecywał, że do końca marca wyłapie i wyrzuci dożywotnio ze sportu tych, którzy podali doping. - Jeśli zawodniczka twierdzi, że nic nie brała, a lekarz, że nic nie wstrzyknął, to winny jest bocian? - ironizował Nurowski w PAP.



- Znamy Trypolskiego długo, nie było z nim wcześniej problemów. Nie chcemy rzucać wyroków, poczekamy na wyniki śledztwa - mówi Mikuła. Ukrainiec po krótkich wyjaśnieniach wyjechał do Kijowa. - Ale spokojnie, to nie ucieczka, po prostu jest u rodziny - uspokaja sekretarz PZN.

W poniedziałek w związku zacznie działać komisja dyscyplinarna, która - jak obiecuje prezes Apoloniusz Tajner - wyjaśni sprawę. Przesłuchani będą kolejno: zawodniczki, trenerzy, lekarz, inne osoby ze sztabu, prześwietlone wszystkie dokumenty, recepty. - Musimy ustalić, co działo się na zgrupowaniach. Czy ktoś z zewnątrz kręcił się wokół zawodniczek? Ile razy były kontrolowane w ramach systemu ADAMS? - mówi dr Szymanik.

Marek, Maciuszek i Jaśkowiec zostały przed igrzyskami wciągnięte przez międzynarodową federację narciarską (FIS) i agencję antydopingową (WADA) na listę osób, które w każdej chwili mogły spodziewać się wyrywkowych badań, także za granicą. Ale nikt nie potrafił nam w środę powiedzieć, ile razy zawodniczki były faktycznie sprawdzane w ramach ADAMS.

Wiadomo, że Marek była jedyną Polką, którą kontrolowano w Vancouver po biegu sztafetowym. Do kontroli wyznaczono tylko pierwszą zmianę - u nas biegła na niej Marek. Poza Kowalczyk w Kanadzie wyrywkowo sprawdzono też Jaśkowiec, ale wynik był negatywny.



PZN wyrzucił już dopingowiczkę z kadry i odebrał wszelkie przywileje, dalsze kary podejmie komisja PZN i FIS. Marek czeka minimum dwuletnia dyskwalifikacja. Ministerstwo zabierze jej 4370 zł netto stypendium, które Polka zapewniła sobie szóstym miejscem sztafety w Vancouver. Taki los spotka też Jaśkowiec i Maciuszek, bo zdyskwalifikowana jest cała sztafeta, ale tej ostatniej dwójce zostanie do końca roku 3220 zł za szóste miejsce na MŚ w Libercu. PZN chciałby utrzymać stypendia dla Jaśkowiec i Maciuszek na wyższym poziomie. Jeśli ministerstwo się nie zgodzi, zrobi to z pieniędzy od sponsorów.

Bjoergen w sprawie Marek: Kowalczyk poza - podejrzeniem »


Więcej o: