Sport.pl

MŚ w Libercu: Polska sztafeta walczyła, dobiegła szósta

Polska sztafeta w składzie Kowalczyk, Marek, Jaśkowiec, Maciuszek zajęła szóste miejsce podczas MŚ w narciarstwie w Libercu. Polki przed ostatnią zmianą zajmowały trzecie miejsce. Świetnie na pierwszej zmianie spisała się Justyna Kowalczyk, która na mistrzostwach zdobyła już dwa medale. To największy sukces polskich biegów od 20 lat.
Mocny trening Kowalczyk przed trzydziestką »

Kiedy podchodziły do dziennikarzy, każdej oczy błyszczały jak złote studolarówki. Przepełnione były szczęściem i radością. Dokonały czegoś wyjątkowego - nigdy nie były tak wysoko w żadnym wyścigu.

Jedynie dla Justyna Kowalczyk szósta lokata to nic wyjątkowego. Ona rozgrywała swój własny bieg i pierwszą zmianę rozegrała po mistrzowsku. Wystartowała z ostatniego, piętnastego miejsca, a później mijała rywalkę za rywalką. Nie skończyła pierwszej, 2,5-km pętli, a już prowadziła i powiększała przewagę. Wyglądało, jakby za przeciwniczki miała juniorki i wyszła sobie potrenować swoim własnym tempem, wypełnić z góry założony plan. Przeciwniczki były tłem - znamienny był obrazek na mecie po pierwszej zmianie. Zmęczona Kowalczyk oparła się o uda, Finka Pirjo Muranen, która wpadła ponad cztery sekundy za Polką - leżała bez życia. - Dobry trening przed sobotnią "trzydziestką". Jak każde 5 km w moim wykonaniu. Bardzo rzadko przegrywam - mówił polska, podwójna medalistka libereckich MŚ. - Dla mnie sztafeta nie ma jeszcze siły. Będzie miała, jak wejdzie w trójkę. A ten świetny wynik może być tylko dla dziewczyn mobilizacją do dalszego ciężkiego trenowania. I będziemy wysoko.

Na drugiej zmianie (też 5 km klasykiem) biegła 24-letnia Kornelia Marek. Prowadzenie straciła szybko, jeszcze szybciej wypadła za pierwszą trójkę. Dogoniła ją wreszcie Rosjanka Olga Rotczewa, ale już jej nie uciekła. - Trzymałam się jej kurczowo, krzyczeli mi żebym nie odpuściła - opowiadała z wypiekami na twarzy i błyskiem w oczach uszczęśliwiona 25-latka z AZS AWF Katowice. - Udało się, na finiszu jej uciekłam i dojechałam na piątym miejscu. Podium to coś najprzyjemniejszego w życiu, nagroda za wszystko. Walczyłyśmy dla siebie i drużyny. Justyna pokazuje nam, że warto pracować, trening jest teraz dla mnie najważniejszy w życiu. Pobawić się też lubię, ale do sportu dążę najbardziej.

Tak jak o Kornelii Marek nikt nie mówi po imieniu tylko "Kola", tak Sylwia Jaśkowiec ma na kijkach od nart napis "Czika". To, co zrobiła wczoraj na trzeciej zmianie (5 km techniką dowolną) przeszło najśmielsze oczekiwania. Odrobiła straty do Norweżek, do Finek, wyprzedziła Japonki i Niemki. Miała drugi czas, szybciej pobiegła tylko Niemka Miriam Goessner.

- To bieg mojego życia, duma mnie rozpiera - opowiadała Jaśkowiec. Słowa wyrzucała z siebie z prędkością karabinu maszynowego. - Żadnej taktyki nie miałam. Biec, dać z siebie wszystko i już. Fizycznie byłam gotowa, sprzęt jechał jak rzadko, słyszałam nawet co kto do mnie krzyczy. Przełożyło się to na swobodę biegu. Była lekkość, kontrola wszystkiego...

Jaśkowiec to niedawna podwójna mistrzyni świata do lat 23. Na przełomie stycznia i lutego we francuskim Praz de Lys Sommand wygrała bieg na 10 km, a potem bieg na dochodzenie. Za parę dni, pierwszego marca, skończy właśnie 23 lata. To jej pierwszy poważny sukces wśród seniorów. W doborze i przygotowaniu nart wszystkim Polkom pomógł szwedzki serwismen Ulf Olsson - na co dzień w teamie najlepszej polskiej biegaczki.

Trzecia zmiana miała pokazać, na co stać Polki, jaka jest ich siła przed przyszłorocznymi igrzyskami, na które już dawno mają kwalifikację. W następnym sezonie muszą jeszcze zająć minimum ósme miejsce w którejś ze sztafet i do Vancouver pojadą i pobiegną. Jaśkowiec przyprowadziła sztafetę na trzecim miejscu. - Niespodzianka, co? - z filuternie zmrużonymi oczami pytała dziennikarzy. - Fajnie, że człowiek dołożył się do sukcesu. To osiągnięcie całej naszej czwórki.

Na ostatniej zmianie pobiegła Pauliny Maciuszek. Trzeciej lokaty utrzymać szans nie miała, ale i tak dobiegła na świetnym szóstym miejscu - za Finkami, Niemkami, Szwedkami i Norweżkami. Czyli za absolutną czołówką światową. - Mało, żem przez okno nie wyskoczył. Mówiłem, że ósma lokata to będzie sukces. Ale szósta? Nie przewidziałem! - cieszył się mistrz świata z 1978 roku Józef Łuszczek, ojciec Pauliny. Matką jest Michalina Maciuszek, była polska biegaczka narciarska, olimpijka z Lillehammer.

- O Jezu, martwię się o tatę... Co z nim? Zdrowy, przeżył wszystko. To dobrze (uśmiech). Super. Jest super. Ja dopiero rok trenowałam na poważnie, późno zaczęłam biegać. Ale teraz będzie już lepiej - śmiała się, jakżeby inaczej, 23-letnia Maciuszek, która do ojca jest podobna jak dwie krople wody. - A nie mówiłem? - pytał retorycznie przeszczęśliwy prezes Apoloniusz Tajner, który jako jedyny przewidział przed biegiem szóste miejsce polskiej sztafety. - Wcześniej mieliśmy tylko jedną biegaczkę, Justynę. Teraz, rok po roku, dochodzą kolejne. Aż za szybko to idzie...

Złoty medal wywalczyły Finkom. Po pierwszej zmianie były drugie (za Polską), po drugiej - pierwsze, po trzeciej - drugie (za Norwegią, bo Kristin Steira dogoniła i wyprzedziła Liisę-Rittę Roponen).

Na ostatniej zmianie Aino-Kaisa Saarinen nie dała nikomu żadnych szans i wywalczyła trzeci złoty medal (bieg na 10 km, sprint drużynowy, sztafeta). W biegu łączonym lepsze od niej były Steira i Kowalczyk, ale i tak liderka PŚ ma już czwarty medal MŚ.

W walce o drugie i trzecie miejsce rozegrał się dramat, a ofiarą była Norweżka Marthe Kristoffersen. Jeszcze pół kilometra przed metą była druga, ale wszelkie siły straciła próbując gonić Saarinen. W efekcie na ostatnich metrach dopadły ją Niemka Claudia Nystad i Szwedka Charlotte Kalla. Wstrząśnięta Norweżka (siódmy czas biegu) padła za metą bez ducha i rozpłakała się żalu. Z trasy sprowadziły i pocieszały ją koleżanki - srebro dla Niemek, brąz dla Szwecji.

1991 - na MŚ w val di Fiemme polska sztafeta kobiet zajęła siódme miejsce

1994 - na igrzyskach w Lillehammer polska sztafeta kobiet zajęła ósme miejsce

Kowalczyk wróciła na trasy - czytaj tutaj »


Więcej o: