Sport.pl

Vancouver 2010. Rewolucja na lodzie! Chińczycy kończą rosyjską dyktaturę

Chińczycy spektakularnie zakończyli radziecko-rosyjską dyktaturę w parach sportowych w łyżwiarstwie figurowym. Rosjanie ponieśli klęskę, gdy tylko rząd w Pekinie postawił na zimowe sporty, a rząd w Moskwie ostatecznie odciął państwowe dotacje. Wyniki z Vancouver to prawdziwa rewolucja w sportach zimowych.
Yuko Kavaguti - co znaczące, urodzona w Japonii, studentka z Sankt Petersburga - i Aleksander Smirnow przewrócili się we wtorek w programie dowolnym i zajęli czwarte miejsce. Złoto i srebro zdobyły pary chińskie: Shen Xue (kobieta) i Zhao Hangbo oraz Pang Qing (kobieta) i Tong Jian. Piąta para - za Niemcami i Rosjanami - to Zhang Dan (kobieta) i Zhang Han.

Po raz ostatni ludzie radzieccy nie zdobyli tytułu mistrzowskiego w parach sportowych w 1960 roku - czarno-białą telewizję nadawano wtedy w Polsce trzy razy w tygodniu, a Gagarin jeszcze nie wiedział, że poleci w kosmos. Od 46 lat bitwy o złoto toczyły się nawet nie między między ZSRR a resztą świata, ale między Moskwą a Leningradem czy później Sankt Petersburgiem, gdzie łyżwiarzami zajmowały się konkurencyjne szkoły. Reprezentanci ZSRR, WNP i Rosji zdobywali złota na 12 kolejnych igrzyskach.

Ale z czasem było coraz trudniej. Radzieckie imperium się rozpadło, wielu łyżwiarzy uznało, że ich ojczyzną wcale nie jest ZSRR. Źródełko państwowych dotacji wysychało, lodowiska zamieniały się w komisy samochodowe i parkingi. Ostatni sygnał ostrzegawczy zignorowano osiem lat temu w Salt Lake City. Po skandalu sędziowskim przyznano Kanadyjczykom drugi złoty medal.

- To są resztki z pańskiego stołu. To po prostu słabe pokolenie - powiedziała słynna trenerka Yuko i Saszy Tamara Moskwina o swoich wychowankach. Wie, co mówi, bo cztery rosyjskie pary doprowadziła do czterech tytułów mistrzów olimpijskich.

Tak jak ZSRR przed laty, tak teraz Chiny nie mają słabych pokoleń. A przynajmniej od czasu wdrożenia państwowego programu przygotowań do zimowych igrzysk. Od pierwszego występu na igrzyskach w Lake Placid w 1980 roku w sumie Chińczycy zdobyli cztery złote medale, w Vancouver liczą na pięć złotych. Medale łyżwiarzy są pierwszymi w Kanadzie, ale z pewnością nie jedynymi. Na swoją kolej czekają short-trakowcy, snowboardziści, specjaliści od narciarstwa dowolnego - akrobacji, oraz drużyna kobiet w curlingu.

Państwowy system wygląda podobnie jak w sportach letnich, gdzie Chiny zdobyły rekordową liczbę złotych medali na igrzyskach w Pekinie przed dwoma laty. Na "odcinek sportów zimowych" zostały wytypowane północne prowincje (dla równowagi, bo nie miały swoich dyscyplin): Heilongjiang i Jilin.

Inwestycje prowadzone są w dyscyplinach nowych, gdzie można zoptymalizować nakłady. Na przykład przez bezkosztowe przeniesienie sportowca z jednej dyscypliny do drugiej. Z gimnastyki, akrobatyki sportowej czy skoków do wody - w czym Chiny są mocarstwem - do akrobacji w narciarstwie dowolnym. W Vancouver Chińczycy mogą zdobyć cztery z sześciu złotych medali w tej konkurencji.

Mają im w tym pomóc cudzoziemscy trenerzy. Agencja Xinhua podaje, że jest ich w Vancouver w chińskiej ekipie ośmiu, w tym Kanadyjczycy Duistin Wilson od akrobacji narciarskich i Dan Rafael, który prowadzi drużynę curlingu. Jeszcze w 2003 roku w całych 1,2-miliardowych Chinach nie było ani jednej rodowitej curlerki. W Vancouver mają szansę na medal, zgodnie z hasłem często wiszącym na ścianach zakładów pracy: "Zła jakość roboty, zła jakość produktu".

Filozofia emanuje potęgą. "New York Times" cytuje amerykańskiego trenera akrobacji, który przetransferował byłego gimnastyka do swojej dyscypliny. - Uświadomiłem sobie, co się dzieje w Chinach i stwierdziłem, że w USA musimy fundamentalnie zmienić myślenie.

Niemcy mają w Vancouver 2010 » problem z trenerem-agentem


Więcej o: