Sport.pl

Dwieście dni na nartach - sylwetka Kjetila-Andre Aamodta

- Ostatni medal zawsze jest najpiękniejszy, szczególnie gdy jest złoty - stwierdził 30-letni Norweg Kjetil-Andre Aamodt, mistrz olimpijski w kombinacji alpejskiej, który pierwszy medal olimpijski zdobywał dziesięć lat temu w Albertville.
Skandynawski narciarz jest rekordzistą - na igrzyskach i mistrzostwach świata zdobył już 16 medali. Jest jedynym, nadal startującym alpejczykiem, który triumfował co najmniej raz w każdej konkurencji - zjeździe, supergigancie, gigancie i slalomie.

Aamodta fascynuje w nartach to, że nic nie jest automatyczne, trzeba wciąż reagować na zmieniające się warunki. Opowiada o tym ze stoickim spokojem, nie gestykuluje, patrzy gdzieś w dal. Raz kamera podpatrzyła go, jak ziewa na starcie. Jednak w momencie, gdy włączyły się stopery, dynamika jego ruchu porażała.

Urodzony w Oslo narciarz nie ma wrodzonego talentu, ruchowej inteligencji - pisał przed laty o nim "Der Spiegel". Gdy jego wielki rywal sprzed lat Alberto Tomba smacznie chrapał, Aaomodt biegał już po parku. Gdy Tomba wcinał wieczorem spaghetti, Norweg ćwiczył jeszcze w siłowni gimnastykę na drążkach, odwiedzał nawet studio baletowe.

Nie dorastał w otoczeniu narciarskich wyciągów, koło Oslo było ich niewiele. Właściwe, zjazdowe, położone są cztery godziny jazdy samochodem od stolicy kraju. Łatwiej już byłoby mu zostać piłkarzem, lekkoatletą albo hokeistą. Wszystkiego próbował. Młody chłopak, mieszkający w komunalnym bloku, w robotniczej dzielnicy we wschodniej części Oslo, zdecydował się w końcu na sport, który nie miał tradycji i wzorów. Narciarstwo alpejskie traktowane było bowiem jeszcze kilkanaście lat temu w Norwegii jako rozrywka dla snobów i zamożnych ludzi.

Aamodt rzucił szkołę po skończeniu 11 klasy. Od tej chwili spędzał na nartach dwieście dni w roku. Debiut na mistrzostwach świata w Saalbach, w 1991 roku, przyniósł mu pierwszy srebrny medal w supergigancie. Rok później na igrzyskach w Albertville zdobył w tej samej konkurencji złoto.