Sport.pl

Narciarstwo alpejskie. Trzy medale Eberhartera?

Czy Austriak Stephan Eberharter stanie się bohaterem Salt Lake City? Czy powtórzy rekord Jean-Claude'a Killy'ego, który w 1968 roku na igrzyskach w Grenoble zdobył trzy złote medale? Z pewnością jest w takiej formie, że może tego dokonać


32-letni Eberharter do Salt Lake City przyjechał otoczony aurą wielkiego faworyta. Ma już przecież zapewniony Puchar Świata w biegu zjazdowym, a i w klasyfikacji generalnej spaść z pierwszego miejsca będzie mu nadzwyczaj trudno... Austriak ze Stumm regularnie wygrywa tej zimy zawody w zjeździe i w supergigancie, a w ostatnich tygodniach coraz lepszy był także w slalomie gigancie. "Steff" najszybszy był m.in. w Val d'Isere, Val Gardena, Wengen, Kitzbühel i Garmisch-Partenkirchen, czyli na najbardziej mitycznych i wymagających pucharowych trasach. Czy równie łatwo poradzi sobie na olimpijskiej "Grizzli" w Snowbasin, gdzie zjazdowcy o medale walczyć będą już w najbliższą niedzielę?

- Oczywiście, że bardzo chciałbym wygrać. Nie jest jednak łatwo startować z pozycji lidera. Sporo jest przykładów na to, że na igrzyskach wszystko się może wydarzyć. To zresztą jest jedna z największych atrakcji tej imprezy - powiedział Eberharter przed odlotem do Utah.

W Snowbasin sytuacja jest szczególna. Prawdopodobnie nigdy jeszcze na olimpiadzie nie było tak wymagającej i spektakularnej trasy zjazdowej. Zgodnie z tradycją zaprojektował ją zjazdowy złoty medalista z Sapporo Bernhard Russi. Szwajcar jest twórcą wszystkich olimpijskich tras od czasu zmagań w Calgary (1988). I sam przyznaje, że "Grizzli" miejscami "zapiera dech w piersiach". - To nie moja wina. Trudność trasy zależy przede wszystkim od stoku, na którym się ją buduje. Organizatorzy pokazują mi górę, a ja na niej rysuję przejazd. I cudów nie ma - jak góra jest stroma, to i zjazd będzie stromy... A w Snowbasin jest cholernie stromo, zwłaszcza na początku i samym końcu trasy - tłumaczył "Gazecie" Russi.

Heinrich Demschar, były trener austriackiej ekipy, a obecnie odpowiedzialny za przygotowanie konkurencji narciarstwa alpejskiego w Salt Lake City, nie ma jednak wątpliwości: - Myślę, że "Grizzli" spokojnie można porównywać ze zjazdami na Koguciej Górze w Kitzbühel i Lauberhornem w Wengen. A tam nigdy, przenigdy, nie było przypadkowego zwycięstwa. Tutaj też go nie będzie. Faworytem jest bezwzględnie Eberharter. Zagrozić mogą mu ewentualnie Norwegowie Lasse Kjus i Kjetil-Andre Aamodt, Włoch Ghedina i może któryś z pozostałych Austriaków, np. Fritz Strobl.

Mniej więcej ci sami zawodnicy walczyć będą także o medale w supergigancie. No, może poza Ghediną, który z supergigantowymi tyczkami zbyt dobrze ostatnio sobie nie radzi. Oczywiście trzeba liczyć się z Amerykaninem Daronem Rahlvesem. Narciarze z USA od lat mają w zwyczaju robienie olimpijskich niespodzianek. A Rahlves jest nie byle kim - już raz wszystkich zaskoczył, gdy w ubiegłym roku zdobył mistrzostwo świata właśnie w supergigancie! - To proste. Nawet jeśli wygrałbym klasyfikację generalną Pucharu Świata, to w Stanach Zjednoczonych mało kto by się o tym dowiedział. U nas liczą się tylko medale. Złoto w mistrzostwach świata jest gwarancją sławy. Złoto na igrzyskach robi zaś z ciebie narodowego bohatera - tłumaczył "Gazecie" ten fenomen weteran amerykańskiej ekipy Casey Puckett, dla którego Salt Lake City to już czwarta olimpiada w karierze.

Trzecia szansa Eberhartera na medal to slalom gigant. On sam twierdzi, że konkurencja ta nie jest jego specjalnością. Jednak jedyny olimpijski medal, jaki już posiada, to właśnie srebro za gigant w Nagano. Nie można też zapominać o tym, że w miniony weekend w Sankt Moritz wygrał ostatnie przedolimpijskie gigantowe zmagania.

Jednego można być pewnym - Eberharter nie będzie liczył się w slalomie specjalnym. I to mimo że Austriak zaczął swoją międzynarodową narciarską karierę w 1991 roku jako... mistrz świata w kombinacji alpejskiej (łączne wyniki zjazdu i właśnie slalomu). Wtedy jednak między tyczkami śmigało się jeszcze na długich i prostych deskach. Teraz królują krótkie carvingi. - Na tych krótkich nartach zupełnie nie potrafię jeździć - tłumaczy Eberharter.



Slalom to specjalność Amerykanina Bode'a Millera, a jego konkurenci do złota to Chorwat Ivica Kostelić, Francuz Jean-Pierre Vidal, Słoweniec Mitja Kunc czy Austriak Schoenfelder. Już z tego widać, że slalom to najbardziej obecnie "otwarta" konkurencja wśród mężczyzn, czego nie można powiedzieć o kombinacji. Tutaj sprawa jest bardzo prosta - wygra, czyli zdobędzie swój piąty olimpijski medal, Kjetil Andre-Aamodt. No, chyba że się przewróci...