Sport.pl

Justyna Kowalczyk: Ten medal to wielkie szczęście

not. w Libercu rb
19.02.2009 , aktualizacja: 19.02.2009 17:46
A A A Drukuj
Justyna Kowalczyk Fot. Petr David Josek AP Justyna Kowalczyk
Justyna Kowalczyk była uznawana za faworytkę czwartkowego biegu na 10 km. Ona sama gorąco temu zaprzeczała. - Nie miało być żadnego medalu... To panowie go sobie wymyślili i próbowali we mnie wmusić. Było przynajmniej dziesięć bardzo silnych dziewczyn i ten medal to wielkie szczęście, że go zdobyłam - mówiła dziennikarzom na mecie
Trener: Miał być medal? Jest. Ale go nie obiecywaliśmy »

Robert Błoński: Do brązowego medalu olimpijskiego dorzuca pani brąz na MŚ.

Justyna Kowalczyk: I jeszcze w poprzednim sezonie byłam trzecia w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wynika z tego, że lubię brąz. Mam nadzieję, że niedługo będę jeszcze wyżej.

Bardzo jest pani szczęśliwa?

- Po prostu, szczęśliwa. Bieg był na świetnym poziomie, bardzo szybki. Po czasach nie ma co go oceniać, bo wszystko zależy od trasy i pogody. Zjazdy były szybkie, można było zrobić coś głupiego.

Miał być medal i jest...

- Nie, nie miało być... Ta panowie go sobie wymyślili i próbowali we mnie wmusić. Było przynajmniej dziesięć bardzo silnych dziewczyn i ten medal to wielkie szczęście, że go zdobyłam. Rywalizacja była ogromna. Po ostatnich dwóch wygranych na 10 km klasykiem powiedziałam, że Saarinen jest bardzo emocjonalna i będzie gryzła śnieg, żeby się zrewanżować. To są po prostu świetne zawodniczki. Ona i Kuitunen, obojętne co by się nie działo, są niezwykle silne. To, że wygrałam z Virpi to jest w ogóle sukces. One były faworytkami, niezależnie od tego kto wygrywał wcześniej. Przyjechałam tu jako jedna z faworytek, ale było nas kilka. Ale to ja mam ten medal i już. Acha...Może jeszcze postaram się o więcej tutaj w Libercu.

Co pani powie o biegu?

- Strasznie ciężki, przez prawie pół godziny każda z nas walczyła o każdy ułamek sekundy, o każdą dziesiętną... Taktyki nie było żadnej. Od początku do końca każda zasuwała, ile sił w nogach i rękach. Teraz wiem, że zaczęłam trochę za nerwowo. Start był najtrudniejszym momentem. Sporo polskich kibiców, ich doping, powiewające flagi skrępowały mi ruchy. Nie wystartowałam za szybko, tylko emocji było za dużo... Dopiero jak zbiegłam za stadion, wszystko wyregulowałam. Ale za te początkowe metry zapłaciłam brakiem sił na finiszu. Z Polski już dostałam mnóstwo wiadomości, że kibice szykują się na bieg łączony. "Dziś nie mogliśmy, bo pracowaliśmy. Jesteśmy w sobotę" - pisali. Nie przyjeżdżają, czekam!

To gdzie mają się ustawiać?

- Tam, gdzie im będzie najlepiej dopingować. To nie ich wina, że we czwartek byli na stadionie, tylko moja że nie umiałam wyłączyć emocji na starcie.

Największa flaga dzisiaj na stadionie była biało-czerwona z napisem "Kasina Wielka".

- A, jakżeby mogło być inaczej. Rodzina była na stadionie i cieszyła się razem ze mną.

Wróćmy do biegu. Jak spojrzy pani na wyniki, to...?

- ...to wszystko było bardzo blisko. Nie wiedziałam, że Virpi była za mną tylko niespełna siedem sekund. Liczyły się cztery zawodniczki, a różnice były minimalne. Tak jest na MŚ. Tu w formie są wszyscy.

Skoro jest tak równo, to co decyduje o wygranej?

- Głowa i narty. Nigdy nie wiadomo, kto czym posmaruje. Ale dziś było widać, że wszystkie mieliśmy posmarowane jednakowo. Decydowała głowa, ja wystartowałam zbyt emocjonalnie i osłabłam na koniec, ale nie na tyle by stracić medal.

Trasa pani odpowiadała?

- Skoro zdobyłam medal, to tak. Warunki były dla mnie, pogoda... Po prostu świetnie. Nartki też kapitalnie posmarowane. Chłopaki się spisali. Poza tym zdobyłam medal. Informacje o tym, co się dzieje, miałam właściwie przez cały czas. Pierwszą informację dostałam już po 200 metrach.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się