Dziś ma 53 lata. Po latach startów zostały mu zwyrodnienia. Jeden palec nachodzi na drugi. Jak w chałce. - Paznokci też nie mam - wspominał. - To od tego, że miałem ciągle odmrożone stopy. Dźwigać do dzisiaj nie mogę. Mam poprzesuwane kręgi, bo na siłowni za duże ciężary brałem. Teraz jak coś dźwignę, to potem parę dni mnie boli. Kiedy w Szwecji chirurg zobaczył moje nogi, to się za głowę złapał. Długo je oglądał - mówi Łuszczek . - Podobno sport to zdrowie. Ale to nieprawda. Kontuzje są wliczone w karierę każdego sportowca i ja się na to godziłem.
Lekko sponiewierany Mówią, że w Zakopanem dzieci rodzą się z nartami na nogach. Józef nie był wyjątkiem. Od małego uwielbiał narty. Pierwsze dostał, gdy miał pięć lat. Od dziadka, który wystrugał je z jesionu. Wiązało się je rzemieniami. - Biegałem na nich, skakałem, zjeżdżałem - mówi Łuszczek.
Jako dziecko nie lubił biegać na nartach. Kochał skoki. Gdy szedł na skocznię, był słynnym wtedy Niemcem Helmutem Recknagelem. - W tamtych czasach biegi nie były popularne. Za to skoki często pokazywała
telewizja - opowiada.
W wieku 12 lat wygrał międzyszkolne zawody w skokach. Poszedł do klubu WKS Zakopane. - Ale tam było wielu lepszych zawodników i mną nie miał się kto zajmować. Sam skakałem - mówi Łuszczek . - Mój rekord to 27 m. Ale dwa razy odpięła mi się narta i lekko mnie sponiewierało. Niegroźnie. Na tyle jednak, by wypisać się z klubu.
Wszyscy koledzy z podstawówki nr 2 trenowali biegi. Zaciągnęli Józka do klubu Start Zakopane i do trenera Antoniego Marmola. - Na początku ledwo stałem na nartach i wszyscy koledzy się ze mnie naśmiewali. To była jesień roku 1969 - mówi Łuszczek . - Ale już zimą miny im zrzedły. Przegrali ze mną w mistrzostwach juniorów. Skończyło się wyśmiewanie. Choć nieźle biegałem, to jednak nie przestawałem skakać. Na skocznię chodziłem w biegówkach. Osiem par połamałem. Nie przyznałem się do tego. Mówiłem, że podczas treningu na dziurę najechałem. Zastanawiałem się nawet, czy nie uprawiać kombinacji norweskiej. Wystartowałem nawet w MP juniorów w tej dyscyplinie. Ale po biegu, kiedy już jechałem na skocznię, trenerzy na siłę wyciągnęli mnie z nyski. Zresztą i do biegów powoli nabierałem przekonania. Dlaczego? Bo dobrze mi szło.
Skąd u Łuszczka taki talent do biegów? - Sam się zastanawiałem - mówi. - Zawsze byłem szybki, zwinny, sprawny. A wydolność, czyli zużycie tlenu na kilogram ciała, to w najlepszych latach miałem taką jak nieżyjący już Bronek Malinowski czy słynny kolarz Eddy Merckx. No i zawsze byłem chętny do pracy, sumienny. Nie opuszczałem treningów.
Ciężkie ręce Wawrzka i Staszela - Zawodówkę skończyłem. Jestem elektrykiem, ale w zawodzie pracowałem tylko na praktykach. Nauczyciele bardzo mi pomogli, bo ja w szkole bywałem tylko kilkanaście razy w roku - wspomina.
Z dzieciństwa pamięta to, że miał silny charakter. - Rządzić lubiłem - mówi. - Jak spojrzałem, to wszyscy milkli, a i pięści miałem mocne. Autorytet budowałem sobie także wynikami sportowymi.
Został mistrzem Polski juniorów i trener Edward Budny powołał go do liczącej wtedy aż 30 osób reprezentacji Polski. - W kadrze było tylu biegaczy, ilu obecnie startuje w mistrzostwach Polski - mówi Łuszczek .
W kwietniu pojechał na pierwsze zgrupowanie w Dolinie Pięciu Stawów. Tam miał chrzest. - Od 29 kolegów dostałem po dupie. Każdy bił dwa razy. Pamiętam, że Staszel i Wawrzek ciężkie mieli ręce. Jednemu koledze to krew z siedzenia poszła. Ja nie pisnąłem, tylko odliczałem w myślach, ile do końca. A z każdym uderzeniem piekło coraz bardziej. Potem dwa dni jadłem na stojąco.
Mimo talentu i wyników Łuszczek nie pojechał na olimpiadę w 1976 roku. - Stare dzieje, nie ma o czym gadać i obrażać ludzi - niechętnie wspomina tamte czasy. - O tym, kto pojedzie do Innsbrucku, decydowała nie forma, ale układy "krajańskie". Pojechał narciarz z innego miasta. To mnie nie zniechęciło. Zawziąłem się i pomyślałem: "ja wam pokażę". Na MP byłem drugi na 50 km, czwarty na 15 km i siódmy na 30 km. Ale nie wiem, czy niektórzy nie "skracali" sobie biegów.
Na początku 1977 roku na Spartakiadzie Armii Zaprzyjaźnionych pokonał dwóch mistrzów olimpijskich - Sawieliewa i Bażunowa. - Od tamtego roku, przez 11 lat, wywalczyłem 39 medali mistrzostw Polski. Wszystkie
złote - mówi.
Eto normalno Niespełna rok później, w grudniu 1977 roku - na trzy miesiące przed mistrzostwami świata - zajął drugie miejsce w biegu Pucharu Świata w szwajcarskim Davos. - Powiedziałem trenerowi Budnemu , że garnitury trzeba kupić. Ja nie miałem żadnego, bo nie lubiłem - mówi Łuszczek i opowiada, że kiedy dostał pierwszy dres, to chodził w nim na okrągło. - Nawet spałem w nim. Mówiłem rodzicom, że choć lato, to jest mi zimno.
W 1978 roku mistrzostwa świata odbywały się w Lahti. Najpierw był bieg na 30 km. Łuszczek zdobył brązowy medal. Wygrali Rosjanie. - Poszedłem im gratulować - wspomina. - A Ruscy na to: "Eto normalno". Strasznie byli zarozumiali.
Kilkanaście godzin przed startem do biegu na 15 km Łuszczek miał sen. - Śniło mi się, że hymn polski grają - mówi. Na
śniadanie zjadł płatki na mleku, szynkę, pomidory. Na dworze mróz sięgający 30 stopni. Startował z nr 73. To dobrze, bo najgroźniejsi konkurenci - Rosjanin Biełajew i Fin Mieto - biegli przed nim.
- Na dziesiątym kilometrze miałem 15 s straty do lidera. Potem ruszyłem - relacjonuje. - Biegłem tak szybko, że dopingujący mnie dwuboiści nie mogli za mną skrótami nadążyć. 1,5 km przed metą strata wynosiła pół sekundy. Dostałem wiatru. Ryzykowałem, bo w biegach o potknięcie nietrudno. Gdybym się przewrócił, byłbym trzeci. Na mecie miałem dwie sekundy przewagi. Nie przewróciłem się z wyczerpania. Nigdy nie padałem za metą. Zwycięzca nigdy nie jest zmęczony.
- Teraz rzadko już myślę o tym biegu. Czasem tylko wyniki i artykuły z gazet oglądam. I myślę: "Boże, następcy nie doczekam". Po biegu gratulowali mi zawodnicy ZSRR. "Pozdrawlaju" - mówią. A ja im: "Eto normalno".