Sport.pl

Tajner po konkursie: Adam lubi takie wyzwania

- Drugi skok Adama... Cudo. Trafił ze wszystkim. Idealnie. No i jak wylądował. Mięciutko, płynnie. Jak Japończyk- mówił po piątkowym konkursie w Kuopio szczęśliwy trener Apoloniusz Tajner.
Szczęśliwy, czerwony na policzkach i uśmiechnięty przyszedł do biura prasowego trener polskich skoczków. W ręku biało-czerwona chorągiewka, ta sama, którą machał w poprzednim sezonie. Na bambusowym kijku, wykonana przez samego szkoleniowca. Nie mógł nigdzie kupić, więc w domu, przed początkiem poprzedniego sezonu sam zrobił chorągiewkę. Przynosiła szczęście wtedy, przyniosła i w teraz.

Robert Błoński: Jak Pan oceni dzisiejszy konkurs?

Apoloniusz Tajner: Bardzo emocjonujący, ale skończył się wspaniale. Po pierwszej serii, kiedy zobaczyłem, że Adam traci tylko cztery punkty do lidera, wierzyłem, że może wygrać. On lubi takie wyzwania. Woli atakować pierwsze miejsce niż go bronić. Ale ja dziś, tak jak Adam, zadowolony byłbym z miejsca w pierwszej szóstce. To byłaby dla mnie, jako trenera, satysfakcja. W poprzednim sezonie nie od początku był w takiej formie, jak teraz. Zaczął skakać dopiero na przełomie roku. A teraz od początku jest wśród najlepszych. Ale widać, że ten sezon będzie bardzo emocjonujący. To dopiero zaczęło się rozkręcać.

Jak Pan oceni skoki Adama?

- W tym pierwszym za szybko się odbił. Wyszedł z progu o 30, może nawet 40 cm za wcześnie. Za to drugi... Cudo. Trafił ze wszystkim. Idealnie. W górze był spokojny, stabilny, nie machał rękami. No i jak wylądował. Mięciutko, płynnie. Jak Japończyk. Sprawiedliwa ocena ta dwudziestka od jednego sędziego.

Bardzo się cieszę, że dziś były równe warunki do skakania. Właśnie tego najbardziej życzyłem sobie przed konkursem. Chciałem po prostu zobaczyć, kto w jakim jest miejscu. Gdzie jesteśmy my, na tle innych. Gdyby była loteria, wiele rzeczy zależałoby od przypadku. A tak widzę, że reszta też jest dobra.

A za co odjęto punkty Schmittowi?

- Słabszy miał pierwszy skok. Niestabilny. Machał w powietrzu rękami, trochę falowały mu narty. No i bardzo wysoko lądował. Sędziowie nie zaliczyli mu tego lądowania, za to odjęli punkty.

Co się stało przy drugim skoku Tomasza Pochwały?

- Najpierw powiem o pierwszym. Pokazał, że ma spore możliwości, że potrafi skakać na poziomie czołówki światowej. W drugim za szybko wyszedł z progu. W locie próbował korygować błąd. Kiedy wiedział, że nie będzie tak daleko, jak w pierwszym, rozluźnił się. Dlatego popełnił błąd. Narta zakantowała i stąd upadek. Ale zaręczam, że stało się to po raz ostatni. To kwestia braku doświadczenia. Już nigdy Tomek nie zdekoncentruje się przed wylądowaniem.

Czy po tym świetnym początku sezonu jest Pan już spokojniejszy?

- Ja od początku byłem spokojny. Wiem przecież, jak skacze Adam, wiem, na co stać pozostałych. Potrzeba jeszcze kilku treningów w spokojnych warunkach i forma wszystkich się ustabilizuje.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie trenerów tam na górze?

- Bardzo sympatycznie, trochę wzruszająco. Trener Japończyków, Jugosłowianin Vasia Bajc przyszedł i zaproponował, byśmy wszyscy podali sobie ręce. Potem życzył, abyśmy do końca sezonu szczęśliwie wracali z zawodów do domu. Pamiętamy, że w styczniu w wypadku samochodowym zginął szkoleniowiec Austriaków Alois Lipburger. To było takie podniosłe...

Podczas konkursu stał Pan koło trenera Niemców Reinharda Hessa.

- Byłem już na górze, kiedy przyszedł Hess i stanął koło mnie. To równy facet, dobry kolega. Lubimy się.

Jak Pan oceni dziś innych zawodników?

- Widać, że Widhoelzl zmienił styl skakania. I są efekty. Schmitt będzie bardzo mocny. Goldberger, Funaki... "Stare asy" trzymają się mocno.