Sport.pl

Tomasza Sikory opowieść o biatlonie

Za dwa lata po raz trzeci, na nartach, okrążę kulę ziemską. Przebiegnę około 120 tysięcy kilometrów. I mam nadzieję, że na mecie będzie medal. Olimpijski medal w Turynie. Świadomość tego dodaje mi sił i motywacji - mówi biatlonista Dynamitu Chorzów, który w lutym został wicemistrzem świata na 20 km w Oberhofie, a w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata był siódmy. To najlepszy polski sportowiec minionej zimy


Gdyby dokładnie rok temu o tej porze ktoś powiedział 31-letniemu Sikorze, że za 12 miesięcy będzie miał lepsze wyniki niż Adam Małysz (12. miejsce w PŚ), biatlonista uznałby go za wariata.

1

Gdyby 30 lat temu ktoś powiedział moim rodzicom, że będę biatlonistą, prawdopodobnie zostałby wyśmiany. W mojej rodzinie nie było wcześniej żadnych tradycji sportowych. Nikt nie grał w piłkę ani nie biegał na nartach. Owszem, chrzestna grała w siatkówkę, no ale to było raczej granie rekreacyjne. Ja jestem pierwszy.

Pierwsza do mojej sportowej pasji przekonała się mama, ojciec był tradycjonalistą. "Skończ szkołę, żebyś miał zawód" - powtarzał. Pogodziłem obie te rzeczy. Choć uczniem byłem średnim. Wyniki w nauce na pewno nie mogły konkurować z tymi osiąganymi później na trasie. Nie znosiłem chemii i fizyki, dobry byłem za to z matematyki.

Nie biegałbym pewnie na nartach, gdyby nie to, że w mojej szkole nie było... sali gimnastycznej. Zimą zakładaliśmy więc narty i zasuwaliśmy po łąkach, polach, podwórkach... Spotykaliśmy się na Kubalonce z trenerem Serafinem Janikiem i on wybierał najlepszych. Werbował ich do klubu Ryfama Rybnik.

Moje pierwsze narty nazywały się Gorce 560. Starsi koledzy biegali na modelu o klasę lepszym, na Gorcach 561. Marzyłem o tych nartach.

2

Gdyby pierwsze zawody miały decydować o dalszej karierze, pewnie nigdy nie zostałbym sportowcem. Jako biegacz startowałem w Pucharze Śląska, na Kubalonce. Miałem 12 lat. Technika nie była określona. "Łyżwa" mieszała się ze stylem klasycznym.

W podstawówce rywalizowałem z dwoma kolegami. Przez parę lat byli ode mnie lepsi. Dogoniłem ich, a w ósmej klasie - przegoniłem. Wtedy już biegałem na upragnionych Gorcach 561. Następne narty dostałem dopiero w zawodówce. Wtedy juniorzy młodsi nie mogli biegać na nartach zagranicznych, na szczęście ten przepis szybko się zmienił. Atomiki sprezentował mi jeden z kadrowiczów. Poczułem się tak, jakbym zamiast szmacianki dostał oryginalną piłkę z Ligi Mistrzów. Na tych nartach odnosiłem pierwsze sukcesy w kraju.

Pierwszy karabin miałem w ręku w wieku 15 lat. W klubach było wielu zawodników, więc broń przypadała na trzech: dla juniora młodszego, juniora i seniora. Na zawodach, kiedy jeden skończył, oddawał karabin następnemu. No i mój pierwszy start z karabinem był bardzo nieudany. W Zakopanem na pierwszym okrążeniu przewróciłem się i połamałem przyrządy w tym karabinie. Musiałem się wycofać. To był mój pierwszy w życiu start w biatlonie.

Nie myślałem, że będę sportowcem. Bieganie, a później biatlon, to była odskocznia, "zabijanie" czasu. Nie było wtedy za bardzo co robić. Zamiast włóczyć się po podwórku, trenowałem. Ale nie samo bieganie, to nie było tak pasjonujące. Jak chyba większość chłopaków ciągnęło mnie do strzelania, do broni. Traktowałem to wszystko jak hobby. Żyłem chwilą, nie myślałem, co będzie lepsze w życiu. Sport to była przyjemność.

Po podstawówce i rozmowie z trenerem Janikiem, który namówił mnie oraz paru kolegów do biatlonu, trafiłem do zawodówki. To była zasadnicza szkoła zawodowa przy Rybnickiej Fabryce Maszyn. Żeby trenować biatlon, trzeba było iść do tej szkoły. Dzięki temu miałem spokój w domu. Ojciec był zadowolony, bo zdobywałem zawód, a ja - bo biegałem i strzelałem.

3

Gdyby nie biatlon, pewnie pracowałbym w swoim zawodzie. A z zawodu jestem tokarzem. W prasie pojawiły się informacje, że jestem dekarzem. A to nieprawda. Dekarzem jest mój brat i gdyby nie biatlon, pracowałbym w jego firmie. Czasem mu pomagałem. I przy tokarce, i na torze z karabinem czułem się jednakowo dobrze. Praca tokarza, jeśli ktoś to lubi, naprawdę może być pasjonująca. Tak samo jak biatlon.

Ale po szkole zostawiłem tokarkę, bo przyszedł pierwszy wynik: wicemistrzostwo świata juniorów w 1993 roku. Od tego momentu biatlon przestał być moim hobby. Myślałem, że to mój ostatni rok trenowania. Kończyłem wiek juniora i raczej nie miałem perspektyw, by trafić do seniorów. Ciężko było trafić do najlepszych, bo mieli zdecydowanie lepsze warunki do trenowania i startowania; lepszy sprzęt.

4

Gdyby nie wicemistrzostwo świata, skończyłbym karierę. Rok wcześniej miałem pierwszą chwilę zwątpienia - nie dostałem się do kadry juniorów na MŚ w Kanadzie. Chciałem dokończyć sezon, wystartować w mistrzostwach Polski i odłożyć narty. Ale na tych MP wygrałem wszystkie biegi indywidualne i zwątpienie odeszło. W 1993 roku pojechałem już na MŚ juniorów. Srebro oznaczało wyjazd na próbę przedolimpijską w Lillehammer. Obsadzone były trzy miejsca, z czwartym czekano do mistrzostw świata. Dostałem ultimatum: jeśli zajmę miejsce bodaj w pierwszej piętnastce, jadę do Norwegii i jestem w reprezentacji seniorów. Gdybym nie zmieścił się w minimum, skończyłbym karierę.

Na igrzyskach zostałem chorążym. Zaskoczenie było chyba większe niż ten srebrny medal MŚ juniorów. O wszystkim dowiedziałem się późno, dwa dni przed rozpoczęciem olimpiady. Wydawało się, że flagę będzie niósł Jaromir Radke. Wytłumaczono mi, że zostałem wyróżniony, bo jako pierwszy z biatlonistów osiągnąłem minimum olimpijskie - w debiucie w PŚ zająłem trzecie miejsce.

W Lillehammer miałem pecha, zachorowałem na zapalenie płuc, nie mogłem pobiec na 20 km. To był mój ulubiony dystans. Był, bo już nie jest. Teraz czuję się mocny na każdym dystansie. Wtedy wolno zaczynałem pierwsze koło, ale utrzymywałem tempo do końca. Na 20 km miałem lepsze wyniki biegowe niż w sprincie, w którym strat z pierwszego okrążenia odrobić się nie dało. Dlatego w Lillehammer byłem wściekły i zawiedziony, że nie wystartowałem na 20 km. Przestałem brać antybiotyk na dwa dni przed startem. Nie było czasu na przygotowanie. W sprincie byłem w czwartej dziesiątce. Siły odzyskałem na sztafetę, po pierwszej zmianie byliśmy na trzecim miejscu, skończyliśmy na ósmym.

5

Gdyby rok później ktoś postawił na mnie duże pieniądze, że będę mistrzem świata seniorów, zostałby bogaczem. W grudniu 1994 roku, w pierwszych zawodach PŚ, byłem drugi. Wtedy właściwie każdy start na 20 km był udany, a ten w Anterselvie na MŚ - idealny. W Polsce mój wynik był wielką sensacją. Ale ci, co znali się na biatlonie, wiedzieli, że mam szansę. Na 20 km byłem w PŚ trzeci, a w ogólnej klasyfikacji - szósty. Sensacją byłby medal w sprincie.

Ja sam na medal nie liczyłem, wiedziałem, że mogę być w szóstce. Przed biegiem miałem ciężką noc. Nic mi się nie śniło, nie mogłem spać z emocji. W trakcie biegu zaczął sypać śnieg, rywalom przestały "jechać" narty. Nam nie, bo mieliśmy je dobrze nasmarowane. Nastawiałem się w tym biegu głównie na strzelanie. I udało się! Strzelałem może i długo, ale celnie. Pierwsze koło, jak na moje możliwości, było bardzo szybkie. W pewnym momencie pomyślałem, że za szybkie. Zaczęły mnie boleć ręce i nogi, ale przetrzymałem kryzys.

Podczas trzeciego strzelania doszło do dramatycznych wydarzeń. Zaciął mi się karabin. Po pierwszym strzale naboje z magazynku nie przesunęły się do góry, zamek nie podawał ich do komory. Musiałem wyjąć magazynek, uderzyć w niego. Naboje się rozsypały... Straciłem około 40 sekund na zabawie z magazynkiem. Dobrze, że byłem młody, nie zdawałem sobie sprawy, jak to jest groźne. Teraz wiedziałbym, że walczę o złoto, wtedy emocje nie były tak wielkie. Pamiętam, że po biegu podeszła do mnie kobieca reprezentacja Niemiec. Wszystkie dziewczyny gratulowały mi tego trzeciego strzelania... Byłem za to podziwiany.

Już nigdy mi się takie coś nie zdarzyło. Kiedyś tylko, w Pokljuce, na Pucharze Świata w strzelaniu w pozycji leżąc, zerwał mi się pasek na ręku utrzymujący stabilność karabinu. Miałem dwa pudła.

W Anterselvie nie popłakałem się na podium. Przez cały dzień myślałem, że łzy będą. Ale jakoś nie przyszły. Medal jest w domu, ale jest bardzo zniszczony. Po mistrzostwach wypożyczałem go do różnych szkół, oglądało, dotykało go mnóstwo osób. I teraz nie jest zbyt eksponowany w domu. Za złoty medal dostałem bodaj dwa tysiące złotych. To nie były wielkie pieniądze. Wtedy ministerstwo nie miało ustalonych premii za medale MŚ w sportach zimowych. Nikt się ich nie spodziewał.

6

Gdyby porównać pieniądze w biatlonie i futbolu, to można by powiedzieć, że jesteśmy bardzo ubodzy. Ale da się normalnie żyć z biegania i strzelania. Przez ostatnie dziewięć lat było... no, średnio. Nie powiem, że ciężko, bo ciężko to jest ludziom, którzy mają czwórkę dzieci i zarabiają tysiąc złotych. Ja nie mogłem pozwolić sobie na wszystko, ale było dobrze. Stypendium wynosiło około 2,5 tys. zł brutto. To były moje jedyne dochody. Czasem i ja, i żona mieliśmy dosyć. Wiem, ile wysiłków kosztowało mnie trenowanie. Rocznie przebiegałem około 7,5 tys. km. Na nartorolkach i nartach. Zaliczyłem do tej pory 100 tys. km. A wyników nie było. Poza tym cierpiała rodzina, bo praktycznie cały rok nie było mnie w domu. Jak są wyniki, rozłąkę łatwiej znieść. Dla mnie rok trwa od pierwszego kwietnia do pierwszego czerwca. Te dwa miesiące spędzam z najbliższymi, są dla mnie najprzyjemniejsze.

7

Gdyby nie zmiana trenera - Wierietelnego na Albertsa - karierę skończyłbym rok po igrzyskach w Nagano. Zostałem przy biatlonie, bo miał przyjść nowy szkoleniowiec. To był bodziec, by nie odstawiać nart. Miałem nadzieję.

W Nagano byłem 47. w biegu na 20 km. Nie "leżała" mi tam strzelnica, automaty były bardzo wysoko, a ja mam niską postawę strzelecką. I tym traciłem dobre lokaty. Kryzys przyszedł w następnym sezonie. Miałem ledwie jeden udany start. Dopiero w ostatnich zawodach zdobyłem pierwsze punkty PŚ. W 1999 roku chciałem odejść. Nie widziałem w tym wszystkim sensu, nie wchodziłem do sześćdziesiątki. Byłem rozczarowany sobą, zrezygnowany kompletnie.

Popadłem w apatię. Bo tydzień z życia biatlonisty jest bardzo monotonny. W sezonie nic się nie zmienia. W poniedziałek, po zawodach, wsiadamy w samochód i jedziemy do kolejnej miejscowości, gdzie są zawody. We wtorek śniadanie i trening. Godziny zależą od tego, o której są zawody. Rano jest trening ze strzelaniem, biega się około 20 km, strzela się 50 razy. Jak ktoś ma problemy ze strzelaniem - oddaje ich więcej. Potem obiad i po południu bieg. Pół godziny, 40 minut. Wieczór jest wolny. W środę, dzień przed startem, jest oficjalny trening. Biegamy wtedy na nartach 10-12 km. Wieczorem jest odprawa, rozdawanie numerów. Następnego dnia start. Dzień jak poprzedni. Tylko że zamiast treningu start. I wieczorem znowu kilkadziesiąt minut biegania na nogach. Wieczorem omówienie startu... I tak aż do niedzieli.

Podczas biegu myślę... o biegu. Jak pokonać następny zakręt, koncentruję się na tym, jak odrabiać straty do najlepszych. Tuż przed strzelnicą kompletnie się wyłączam. Nie słyszę kibiców, tego, że przybiegł kolejny zawodnik. Jestem na stanowisku i działam jak automat. Strzelam i widzę tylko przyrządy i tarczę. Mój karabin waży 4,2 kg. Minimalna waga to 3,5 kg. Cięższy karabin jest według mnie stabilniejszy do strzelania, najlżejszych używają Norwegowie i Francuzi. Najlepiej strzelają Niemcy, ich broń waży tyle co moja.

Podczas przygotowań "strzelamy" na sucho. Wieszamy na ścianie kartkę z narysowanym punkcikiem i do niego mierzymy przez pół godziny - z małymi przerwami, żeby ręka nie omdlała. W domu broni żadnej nie mam. Nie myślałem o polowaniu, myśliwym raczej nie będę.

8

Gdyby ktoś zapytał mnie o najgorszy moment w karierze, bez wahania odpowiedziałbym: Salt Lake City. W Ameryce nic mi się nie udało, nie wyszedł nam nawet bieg sztafetowy, który zawsze "ratował" występ. Nie było nikogo, kto mógłby nam testować narty. Nie byliśmy dobrze przygotowani. Miałem dość. Chciałem odejść do firmy brata. Związek obiecał, że nastąpi zmiana trenera. Albertsowi przestało zależeć na naszych wynikach. To my chcieliśmy Romana Bondaruka, znaliśmy go. Wcześniej to, co teraz zrobił z nami, uczynił z Ukraińcami. Pod jego wodzą zrobili postępy.

Polskim trenerom brakuje obycia. Dobrze by było, gdyby jakiś polski szkoleniowiec jeździł teraz z nami na PŚ. Bo jeśli ktoś ma doświadczenia tylko ze startu w kraju, to na PŚ nie da sobie rady. Tam jest o wiele więcej pracy. No i nie mają takiej wiedzy jak ci z zagranicy.

Dodatkowo wymogłem zmianę dostarczyciela nart - zamiast na fischerach jeżdżę na norweskich madhusach. Od Fischera dostawałem cztery pary na sezon. To za mało, by mieć dobre wyniki. Najlepsi dostają po kilkanaście par. Na każdy śnieg narta musi mieć inną strukturę spodu. Inaczej się jedzie po śniegu przy temperaturze minus trzy, a inaczej, kiedy jest minus sześć.

Skoro spełnione zostały moje warunki, zostałem. Postęp był zauważalny, sezon poolimpijski miałem dobry. Wcześniej, w sprincie, nie mając żadnego "pudła", przybiegałem 30., czasem 25. A rok temu nawet z jedną rundą karną byłem siódmy albo dziesiąty. Przy Albertsie walczyłem o miejsce 25. w PŚ. U Bondaruka, rok temu, byłem dziewiąty.

Spektakularnych sukcesów nie było, ale w kilku startach miałem najlepsze czasy biegowe ze wszystkich. Kiedyś - nie do pomyślenia. W ubiegłym sezonie zrobiłem postęp w biegach, ale zacząłem pudłować na strzelnicy. Sam nie wiedziałem dlaczego. Okazało się, że przez ostatnie trzy lata startowałem z krzywą kolbą! Zmieniło się to dopiero rok temu. Bondaruk wiedział, że kolba jest krzywa, ale było za późno, by ją zmieniać.

Strzelamy z niemieckich luf firmy Anschuetz, a kolbę można zamawiać w Norwegii, Bułgarii i na Ukrainie... Jej końcówka, gdzie kładzie się policzek, powinna być lekko wygięta w lewo, w stronę policzka. A moja od policzka odchodziła... Kładłem się nisko, łokieć był daleko od kolby. Pozycja nie była stabilna. Gdyby mnie ktoś szturchnął, mógłbym się przewrócić, szczególnie w pozycji leżąc.

9

Gdyby nie było medalu w Oberhofie, nie robiłbym tragedii. Czułem się mocny, ale w sezonie, w PŚ, najczęściej zajmowałem czwarte miejsce. W poprzednim najczęściej byłem siódmy.

Przed startem byłem spokojny. Lubię trasę w Oberhofie, liczyłem na medal. W sprincie byłem jednak dopiero 17. Warunki były nie pod moją technikę: mokro, grząsko, narty się topiły. To pogoda dla Raphaela Poiree [mistrz świata i zwycięzca PŚ - red.], który można powiedzieć, że skacze po śniegu. Ja wykorzystuję poślizg narty, dłużej na niej jadę. Ale tam nie miała jak jechać. Blokował ją śnieg.

Po pierwszym starcie byłem zrezygnowany, ale po biegu na dochodzenie było lepiej. Lubię, jak jest kilka stopni poniżej zera, jak popada trochę świeżego śniegu, żeby nie było za dużo lodu, no i bezwietrznie.

Na 20 km byłem niezadowolony z numeru 67. Wiadomo było, że tym z pierwszymi numerami lepiej pojadą narty. Uważałem, że lepszy byłby numer do trzydziestego. Losowanie było dzień wcześniej. Trener wstawił mnie do drugiej grupy, najlepsi biegli w pierwszej. Wytłumaczył mi, że będę miał przegląd sytuacji. Ja byłem ostatni z szansami na dobry wynik.

Mam kilka przesądów. Na zawody zawsze jadę na tym samym miejscu - wiadomo, że z tyłu, przy oknie, siedzi Sikora. No i zawsze w ten sam sposób składam numery startowe. Ten, co przyklejam do nogi, zawsze jest w środku.

Sam bieg w Oberhofie był ciężki. W pierwszym strzelaniu miałem minutę kary, ale dzięki temu, że inni biegli przede mną, nie załamałem się. Bo wiedziałem, że na drugim strzelaniu to oni mieli problemy. I że wszystko mogę odrobić. O srebro do końca walczyłem z Bjoerdalenem. Kilometr przed metą dopadł mnie straszny kryzys, myślałem, że nie dam rady, że srebro przypadnie Norwegowi. Z 12 czy 15 sekund przewagi zrobiło się pięć. Ale jednak byłem drugi.

To srebro jest dla mnie cenniejsze niż złoto z Anterselvy. Radość była większa, tamto złoto przyszło chyba zbyt łatwo, a teraz wiedziałem, ile mnie to kosztowało. W trakcie sezonu za każdym razem do podium brakowało mi jednego celnego strzału. Nie zawiodłem na strzelnicy w najważniejszym momencie. Przełamałem tę złą passę, że zawsze czegoś brakowało.

10

Nigdy nie zazdrościłem Adamowi Małyszowi. Nie jestem zazdrosny o jego sukcesy, o to, że mnie się nie docenia. Na razie moje wyniki nie równają się z jego osiągnięciami. Nigdy nie chciałbym, żeby w Polsce nastąpiła "sikoromania". Biatlon dopiero staje się popularny, nie transmituje go polska telewizja, tylko Eursoport. Każdy, kto raz zobaczy biatlon, będzie się nim pasjonował. Tylko musi go zrozumieć. Nie każdy wie, że na 20 km dolicza się minutę za niecelny strzał, że w sztafecie są trzy dodatkowe naboje, że w karabinie nie ma przyrządów optycznych, jest kółeczko z przodu i dziurka przy oku; że strzelamy z 50 m w kółko o średnicy 4,5 cm w pozycji leżąc i 11 cm w pozycji stojąc. Stojąc jest trudniej, przeszkadza wiatr, nogi się trzęsą... Biatlon jest ciekawy, bo nieprzewidywalny - sytuacja może zmienić się w ostatniej chwili.

11

Gdyby nie słowa Bondaruka na pierwszym zgrupowaniu, że "plan jest czteroletni, że nie obiecuje wyników od razu, że najważniejsza jest olimpiada, że każdy będzie robił postępy", nie wiem, jak wszystko by się potoczyło. To będą moje czwarte igrzyska. Chcę medalu. To moje marzenia, moja nadzieja. Trasa w Turynie jest położona wysoko, 1500-1600 m n.p.m. To działa na moją korzyść.

Gdyby po igrzyskach w Turynie przyszedł jeszcze jeden, czwarty, moment zwątpienia, skończyłbym karierę. Niby mógłbym trenować jeszcze i sześć lat, ale organizmu się nie oszuka. Po skończeniu kariery mógłbym zostać przy biatlonie, ale tylko z młodzieżą. Nie interesuje mnie praca z seniorami, za dużo problemów. Uczę się w kolegium nauczycielskim w Raciborzu. Maturę zrobiłem w liceum ogólnokształcącym, po zawodówce w Wodzisławiu. Po tym kolegium chcę iść na dwuletnie studia. Aby zostać nauczycielem. Ale wcześniej chcę zdobyć olimpijski medal.