Chyba przywykła już pani do olimpijskich startów męża? Danuta Sikora: Wcale nie, zawsze bardzo się denerwuję. Olimpiada to najważniejsza impreza. Za każdym razem są wielkie emocje, większe niż podczas Pucharu Świata czy nawet mistrzostw świata.
- Kibice oglądają zwykle radość na mecie, na podium. Ale są pewnie mniej przyjemne chwile? Gdy jest finisz i wynik bardzo dobry, wtedy w ogóle nie pamiętam tych chwil, kiedy jestem sama i chciałabym, by Tomek był ze mną. Wiadomo, czasami wyniki są gorsze albo męża nie ma w domu, choć akurat nie startuje. Wtedy ten czas rozłąki strasznie się ciągnie. Są momenty, w których dzwonię do niego i mówię, że mógłby już skończyć ze sportem. Kiedy jednak przychodzą dobre wyniki, cieszę się, że trenuje, wyjeżdża. I zapominam o tych trudnych sytuacjach. Nastrój zależy od wyników.
- Olimpiada w Vancouver już niedługo. Jakie są pani oczekiwania? Moim marzeniem jest medal. Wiadomo, że najlepszym rezultatem, jaki może być to
złoty medal, jednak cieszyłabym się bardzo z każdego. Ale... co będzie, to będzie.
- Czy transmisje telewizyjne z zawodów ogląda pani sama, czy w większym gronie? Oglądam z dziećmi, chyba że są w szkole. Czasami przychodzi moja mama. Raczej patrzymy w wąskim, rodzinnym gronie, nikt więcej się nie zjawia. Córka ma już 12 lat i nawet się tym interesuje. Chodzi do klasy sportowej, w której uprawiają
biathlon. Emocjonuje się, wyniki śledzi na bieżąco. Syn ma sześć lat i on nie jest aż tak mocno zainteresowany. Ogląda, ale przez cały bieg zazwyczaj nie usiedzi.
- Chcielibyście, aby córka poszła w ślady taty? Nie wymagamy tego. W okolicy, w której mieszkamy, Tomek trochę rozpropagował biathlon. Jest klasa sportowa w szkole. Córka trenuje, podoba się jej to, ale co będzie później - nie wiemy. My jej nie pchamy do sportu. Sama po prostu chciała. To jej wybór.
- Często kontaktuje się pani z mężem? Bardzo dużo dzwonimy do siebie. Przed startem, kiedy mąż wychodzi z hotelu, to on telefonuje. Po biegu - też. Korzystamy również ze
skype'a.
- A widziała pani kiedyś zawody w "plenerze"? Co roku udaje mi się jeździć do włoskiej Anterselvy, gdzie odbywają się zawody Pucharu Świata. Tam mam możliwość zobaczenia biathlonu z bliska i wiem, czym to się je.
- Z racji przygotowań i startów męża macie państwo zapewne problem ze wspólnym urlopem? Zazwyczaj wspólnie wyjeżdżamy w kwietniu bądź maju. Wtedy Tomek jest w domu, nie ma obozów i może się poświęcić rodzinie, bo w czerwcu wraca do treningów. Może nie są na początku bardzo intensywne, ale zaczynają się wyjazdy na zgrupowania i nasze plany nie mogą z tym kolidować.
- Rozmawiacie czasem o treningu, startach, dalszej karierze męża? Dyskutujemy czy powinien dalej trenować. Wiadomo, że taka decyzja jest uzależniona od osiąganych wyników. Jeżeli są dobre - namawiam go, żeby kontynuował. Myślę, że on sam też czuje, czy coś z tego jeszcze będzie, czy ma to jakiś sens.