Puste sklepy i ulice, tłumy przy rozstawionych wszędzie billboardach, umalowane twarze, kibice obwieszeni flagami, z trabkami i w kapeluszach. Wszyscy czekali na jedno - gwizdek sędziego rozpoczynający najważniejszy mecz igrzysk.
- To prawdziwe derby. Hokej jest dla nas czymś takim jak dla Europy piłka nożna. Nie potrafimy bez tego żyć. To spotkanie to nie jest zwykły mecz o punkty. To coś znacznie więcej. Ten, kto wygra, będzie musiał kłaniać się sąsiadom z zagranicy - powiedział jeden z fanów śledzących zmagania zawodników na dużym ekranie w centrum miasta.
Kanadyjczycy o awans do fazy ćwierćfinałowej zagrają play-off z Niemcami, którzy w zbiorczej tabeli rundy kwalifikacyjnej zajęli przedostatnie miejsce.
Spotkanie dwóch wielkich potęg nie rozczarowało i do ostatnich sekund trzymało widzów w napięciu. Już pierwsza minuta przyniosła prowadzenie reprezentacji
USA. Broniącego bramki gospodarzy Martina Brodeura zaskoczył hokeista polskiego pochodzenia Brian Rafalski. Obrońca Detroit Red Wings miał w niedzielę swój dzień. Mniej niż pół minuty po wyrównaniu Erica Staala, to właśnie Rafalski znów wyprowadził Amerykanów na prowadzenie. Później dołożył jeszcze asystę.
Drugim bohaterem reprezentacji USA był bez wątpienia Ryan Miller, który obronił aż 42 strzały. Postawa golkipera Buffalo Sabres miała olbrzymie znaczenie dla wyniku meczu. Kanadyjczycy mieli bowiem ponad dwukrotną przewagę w celnych uderzeniach (45-22).
Mimo oblężenia bramki Amerykanów, to gospodarze przegrywali po pierwszej tercji. Drugą partię zaczęli jednak wyśmienicie. Nie minęły cztery minuty gry, a Dany Heatley (San Jose Sharks) doprowadził do wyrównania. Później Kanadyjczycy starali się jak mogli, by wyjść na prowadzenie, ale gola pod koniec tercji zdobył zespół USA. Do siatki trafił kapitan New York Rangers Chris Drury.
Kiedy Amerykanie w 48. minucie meczu wykorzystali grę w przewadze i za sprawą Jamie Langenbrunnera (New Jersey Devils) wyszli na dwubramkowe prowadzenie, wydawało się, że jest po meczu. Emocje miały jednak dopiero nadejść.
Na trzy minuty przed końcem nadzieje w serca rozgrzanych do czerwoności kibiców gospodarzy wlał Sidney Crosby. Hokeista Pittsburgh Penguins wykorzystał grę w przewadze i trafił do bramki rywali.
Sześćdziesiąt sekund przed końcem meczu Kanadyjczycy postawili wszystko na jedną kartę, zdejmując bramkarza Martina Brodeura, ale po stracie krążka otrzymali od USA decydujący cios. Do pustej bramki trafił Ryan Kesler i tym samym zapewnił Amerykanom udział w ćwierćfinale.
Po ostatnim gwizdku sędziego cieszyła się tylko niewielka grupka Amerykanów. Przyjechali do Kanady z New Jersey. Biletów na mecz nie dostali, więc postanowili obejrzeć go na ulicy.
- To jak tykanie bomby zegarowej. Najmniejszy ruch amerykańskiego hokeisty i gwizdy, huki, trąbienie. Ale za to jaka duma teraz. W tej chwili jakoś ucichło - śmiała się siedmioosobowa grupka Amerykanów.
I faktycznie. To oni krzyczeli i cieszyli się najgłośniej. Kanadyjczycy ze spuszczonymi głowami schodzili do domów. Tłumnie wychodzili z pubów i po cichu kierowali się do domów. - Smutny to widok. Ale co zrobić? To tylko sport - skomentował Bryan, mieszkaniec Vancouver.
Główni faworyci do zdobycia olimpijskiego złota, jakimi okrzyknięto Kanadyjczyków, wciąż mają realne szanse na triumf w turnieju. Droga do podium stała się jednak dla gospodarzy nieoczekiwanie ciężka. Po porażce z USA, zmuszeni są rozegrać dodatkowy mecz fazy play-off, który może mieć wpływ na ich formę w decydujących potyczkach.