Do pokonania jest sześć pięciokilometrowych pętli: trzy razy "czerwoną" i trzy razy "niebieską". Zaczynają od "czerwonej", dużo trudniejszej, z trzema podbiegami. - Będzie szansa zmęczenia rywalek - mówi trener Aleksander Wierietielny.
Po "czerwonej" trasie
Kowalczyk biegła właśnie w sztafecie, gdy na swojej zmianie znokautowała rywalki awansując z dziesiątego na pierwsze miejsce. - Chciałam się jej trzymać, ale nie było szans. Jak patrzę na wyniki, to wiem, czemu było to niemożliwe - uśmiechała się pod nosem Finka Virpi Kuitunen, która również znakomicie biega klasykiem. Kowalczyk przebiegła pięć kilometrów w 14 minut, czyli miała średnią prędkość ponad 20 km/godz.
W sobotę pójście na całość już od startu byłoby jednak skazaniem się na porażkę. Polka już przekonała się tutaj, co to znaczy prowadzić bieg. W starcie łączonym przez 7,5 km klasykiem długo była na czele, dyktując tempo. Rozerwała peleton, odjechała "łyżwiarkom", ale zdobyła brąz. Na finiszu wyprzedziły ją dwie rywalki.
W sobotę nie chce prowadzić biegu, ale też nie dopuści, by na metę dojechały większą grupą. Będzie się utrzymywała w czołówce. Zdaniem trenera Wierietielnego prawdziwy wyścig na 30 km zaczyna się pięć kilometrów przed metą. Tyle że wtedy wbiegną na pętlę "niebieską". Płaską, pełną zjazdów i zakrętów. Tam wszystko się rozstrzygnie.