Robert Błoński, Jakub Ciastoń: To prawda, że po sezonie przestaje pan prowadzić kadrę biatlonistów? Roman Bondaruk: Z Nadią Biłową podjęliśmy wstępnie taką decyzję. Długo się zastanawialiśmy, ale widzimy że po sezonie trzeba skończyć współpracę z Polskim Związkiem Biatlonu.
Dlaczego? - Nasze umowy kończą się po tym sezonie. Do tej pory nikt nie rozmawiał z nami o przyszłości. Nie zaproponowano nowego kontraktu, nie powiedziano, że mamy sobie szukać pracy. Z różnych źródeł wiem, że Związek ma się zastanawiać do maja albo nawet czerwca i wtedy podjąć decyzję. Dla nas to za późno. Gdybyśmy wtedy dowiedzieli się, że w Polsce nie pracujemy, trudno by nam było znaleźć pracę gdzie indziej. Dlatego uprzedzamy decyzję, od maja zaczynają się przygotowania do nowego sezonu. Mam trzy propozycje, ze Wschodu i Zachodu, mógłbym pracować jako dyrektor departamentu sportu na Ukrainie, ale na razie nikomu niczego nie obiecałem. Nie jest to szantaż wobec prezesa PZBiat. czy w ogóle Związku. Nigdy o nic nie prosiłem. Z Nadią prowadzimy reprezentacje od ośmiu lat. W tym czasie nasi zawodnicy wywalczyli ponad 25 medali. Liczymy igrzyska, mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy i Puchary Świata. To rekordowe wyniki w polskim biatlonie. Żal kończyć w ten sposób, ale skoro nas nie chcą, niczego nie proponują, nie rozmawiają, to sami musimy podjąć pewne decyzje. Szanuję prezesa i sekretarza generalnego, ale nie wszystko od nich zależy. Tam jest jakaś koalicja, mają może innego kandydata. Nie wiem jak to jest. Cztery lata temu w Turynie, poprzedni prezes - Zbigniew Lewicki - podpisał z nami umowę w trakcie igrzysk, przed startem Tomka Sikory na 20 km w którym zdobył srebrny medal.
Przemawia przez pana żal, tak jakby chciał zostać w Polsce? - Będę musiał wszystko tu zostawić, a przyzwyczaiłem się bardzo i zżyłem z Polską. Syn mieszka we Lwowie, ale dostał kartę pobytu i moglibyśmy mieszkać na miejscu. Ale nie mogę czekać.
Kto jest przeciwko panu? - Proszę spytać prezesa. W Zarządzie też nie wszyscy współpracują z prezesem. Mają swoje pomysły.
Pan ma z kimś konflikt? - Absolutnie nie mam. Po prostu nigdy w życiu się nie spotykaliśmy, nie rozmawialiśmy. Z wiceprezesem ds. sportowych i szefem wyszkolenia zdarzyło się kilka razy zamienić parę słów. Tyle. Do końca sezonu zostały jeszcze trzy starty w Pucharze Świata i na nich się koncentruję. Po ostatnim występie zdecydujemy o przyszłości.
Jedno pytanie o igrzyska i występ Tomasza Sikory. W biegu masowym był jedenasty, na pierwszym strzelaniu miał dwa "pudła".
- Marzenia prysły szybko. Na te igrzyska, on sam mówił, był lepiej przygotowany niż na te w Turynie. To samo można powiedzieć o dziewczynach. W Turynie tylko Krystyna Pałka wystrzeliła, była piąta. Tutaj dziewczyny zakwalifikowały się do biegu ze startu wspólnego, Weronika Nowakowska zajęła piąte miejsce, Agnieszka Cyl - siódme. Tomek biegał świetnie, to było widać po czasach w biegu. Zawiodło strzelanie, inaczej zdobyłby medal. Ale inni też mieli problemy - Bjoerndalen przyjechał tu po
złoto, a na 20 km miał siedem niecelnych strzałów! Zdobył tylko jeden medal. Liderka PŚ, Szwedka Jonsson, miała problemy z zajęciem miejsca w dziesiątce.
Dlaczego Sikora tak źle strzelał w Whistler? - Nie wiemy, obaj się dziwimy. Na ostatnim PŚ przed igrzyskami, w Anterselvie, strzelał bezbłędnie. Kiedy tu przyjechaliśmy, na treningach, strzelał "zera". Super. Zaczęły się igrzyska i było źle. Coś w głowie źle pracowało. Lufa podskakiwała dokładnie w momencie, w którym palec naciskał spust. Nie robił tego specjalnie, ale zabrakło pewności siebie. Te pięć strzałów, razem ze złożeniem się do pozycji, powinno zająć nie więcej niż pół minuty. Działa automatyzm, nie ma czasu żeby celować, po zawodniku widać pewność. Tego mu zabrakło.
Co dalej z męskim biatlonem, jeśli Sikora skończy karierę? - Mam nadzieję, że jeszcze rok-dwa potrenuje. Do igrzysk w Soczi nie, bo to dla niego za długo. Nawet go nie będę namawiał. W saneczkach czy bobslejach można startować do czterdziestki, ale nie w biatlonie. Rozmawiałem z nim wstępnie na ten temat i mówił, że fizycznie czuje się świetnie. I może dalej biegać. Jeśli nie skończy kariery, będzie trenował poza kadrą Polski, indywidualnie.
Pan ma być jego konsultantem. - Zaproponowałem mu, że nawet jeśli odejdę, będzie mógł na mnie liczyć w każdej chwili. Pomogę mu w przygotowaniu planów treningowych, zgrupowań, współpracy ze sponsorami, testowaniem nabojów. Sam by sobie nie dał rady. I nawet nie poproszę Związku, by mi za to płacił. Zrobię to społecznie, bo bardzo cenię Sikorę. Nigdy między nami nie było nieporozumień czy konfliktów. To świetny, chętny do współpracy chłopak. Żal mi będzie zostawiać polski biatlon.
Nie ma odwrotu od tej sytuacji? - Nie wiem. Ale te osiem lat było najlepszymi w mojej 35-letniej karierze trenerskiej. W 1998 roku w Nagano moja zawodniczka, Jelena Pietrowa zdobyła srebrny medal. Pracowałem z nią ponad 10 lat i to też było moje szczęście. Tomek potem zrobił taki sam wynik.