- Sprawa jest dopiero w toku i ani Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl), ani też Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS), nie podjęły żadnej decyzji - zaznaczył radca prawny, członek Trybunału Arbitrazowego ds. Sportu przy Polskim Komitecie Olimpijskim.
Po stwierdzeniu, że analiza próbki B dała taki sam rezultat jak badanie próbki A, sprawą polskiej zawodniczki zajmie się w pierwszej kolejności Komisja Dyscyplinarna MKOl, która czeka na wyjaśnienie Kornelii Marek.
- Ta komisja może tylko podjąć decyzję o dyskwalifikacji naszej sztafety, która z udziałem Marek zajęła szóste miejsce oraz o ewentualnej dyskwalifikacji zawodniczki w biegu na 30 km, gdzie była jedenasta. I na tym sprawę zakończy, gdyż nie ma innej mocy prawnej. Potem przekaże ją do Międzynarodowej Federacji Narciarskiej i dopiero ona nałoży na Polkę karę - wyjaśnił w rozmowie z Żukowski.
Dodał, że za stwierdzenie obecności w organizmie Marek niedozwolonej substancji z rodziny EPO (syntetyczna odmiana erytropoetyny), grożą dwa lata dyskwalifikacji. Komisja Dyscyplinarna MKOl może, ale nie musi, zabronić jej startu w następnej "białej olimpiadzie", za cztery lata w Soczi.
- Tu nastąpiła zmiana przepisów. O ile w regulaminie pekińskich igrzysk był zapis, że w następnych ukarany za doping sportowiec nie będzie mógł wziąć udziału, tak w regulaminie dyscyplinarnym igrzysk w Vancouver wprowadzono modyfikację i dwuletnia dyskwalifikacja nie jest jednoznaczna z zakazem startu w następnej imprezie MKOl - poinformował mecenas.
Czy Kornelii Marek będzie przysługiwało odwołanie? - Tak, do Trybunału Sportowego w Lozannie, i to dwutorowo: od pozbawienia szóstej lokaty sztafety i ewentualnie jedenastej w biegu na 30 km, czyli dyskwalifikacji w tych zawodach, a także od wymiaru kary nałożonej przez FIS - odpowiedział Żukowski.
Podkreślił też, że złamany został przepis mówiący o ochronie danych osobowych podejrzanej po pierwszym badaniu antydopingowym (próbka A), a przed potwierdzeniem badaniem próbki B.
- Wiadomość taka ma klauzulę poufności i może być przekazana tylko trzem osobom z danego narodowego komitetu olimpijskiego: prezesowi, sekretarzowi generalnemu lub szefowi misji olimpijskiej. Dopiero po wyniku analizy próbki B bądź też po odstąpieniu od niej na wniosek zawodnika, można ujawnić nazwisko - przypomniał obowiązujące zasady radca prawny.
Ludwik Żukowski zwrócił też uwagę, że kodeks antydopingowy stanowi, iż infuzje dożylne (tzw. kroplówki) są zabronione. Nawet gdyby podawać tą drogą wodę z glukozą. Wszystkie witaminy i dozwolone środki wspomagające, powinny być wprowadzane do organizmu doustnie. Ale tego zazwyczaj nie przestrzega się i jest to najczęściej łamany przepis" - wspomniał.
W swym oświadczeniu-wyjaśnieniu Kornelia Marek przyznała, że otrzymywała środki w postaci zastrzyków. Ujawniła też nazwisko osoby, która je wykonywała. Czy może liczyć na łagodniejszy wymiar kary?
- Niestety, nie ma takiej ewentualności. Sportowiec ponosi odpowiedzialność za to, co jest w jego organizmie. Na przykład kajakarz Adam Seroczyński, który padł ofiarą zabrudzenia żywności podczas pekińskich igrzysk, został zdyskwalifikowany - powiedział Żukowski.
Dodał, że sprawa ta nie jest jeszcze zakończona, a on walczy, by można było chociaż oczyścić honor zawodnika. - W mojej 30-letniej karierze prawnika jest to najsmutniejszy przypadek. Seroczyński, wielbiciel wątróbek i kurczaków, jadł tego sporo w Pekinie, nie wiedząc, że są zabrudzone środkami do tuczu trzody chlewnej, wśród których jest zakazany clenbuterol. Ale on w przypadku konkurencji wytrzymałościowych nie poprawia wyników, tylko je pogarsza. Bardzo mi żal naszego kajakarza - zaznaczył.
Natomiast oburzony jest stwierdzeniami, gdy wymienia się Justynę
Kowalczyk w gronie osób przyłapanych na dopingu. Rok przed igrzyskami w Turynie zawodniczka została zdyskwalifikowana na dwa lata, po pozytywnym wyniku badania.
- Popełniony został wówczas błąd. Zaliczono glucocostisteroid, który był w leku przepisanym przez lekarza z Mszany Dolnej na zapelenie ścięgna Achillesa, jako czysty doping. W 2006 roku nie było już tego środka w grupie zakazanych, a Justyna została oczyszczona z zarzutów dopingu poza formalnym niepowiadomieniem FIS o użyciu lekarstwa, za które odpowiedzialny był głównie Polski Związek Narciarski i to on poniósł karę finansową nałożoną przez FIS - powiedział mecenes Żukowski, który reprezentował w postępowaniu Justynę Kowalczyk.
Badanie antydopingowe Kornelii Marek, które przeprowadzono po biegu sztafetowym 4x5 km, dało wynik pozytywny. 12 marca, na żądanie zawodniczki, w olimpijskim laboratorium w Richmond rozpoczęła się analiza próbki B. 16 marca MKOl potwierdził obecność niedozwolonej substancji w organizmie Polki.
Niezależnie od postępowania, jakie prowadzić będzie MKOl i FIS, sprawą zajął się Polski Związek Narciarski. 16 marca prezydium zarządu podjęło pierwsze decyzje o skreśleniu Marek z
kadry narodowej i grupy szkolenia olimpijskiego oraz cofnięciu stypendium.
Na 22 marca zwołane zostało do Krakowa nadzwyczajne posiedzenie zarządu PZN. Wyjaśnieniem sprawy dopingu zawodniczki zajmie się Komisja Dyscyplinarna i Etyki. Nadzór zapowiedział minister sportu i turystyki.