Justyna Kowalczyk wygrała
sobotni wyścig na 30 kilometrów po pasjonującym finiszu z Norweżką Marit Bjoergen. Wcześniej zdobyła brąz w
biegu łączonym na 15 kilometrów oraz srebro
w sprincie. Robert Błoński, Jakub Ciastoń: Wiele osób w Polsce, i nie tylko, płakało ze wzruszenia i radości. Justyna Kowalczyk: Ludzie! Nie ma co płakać, tylko świętować. Jak będzie źle, wtedy będziemy płakać. Dziękuję za wsparcie, doping i ściskanie kciuków. Niektórzy mają po tym medalu wielką imprezę w domach. Też bym tak chciała...(śmiech). Jeżeli komuś sprawiłam przyjemność i dostarczyłam pozytywnych emocji, to się cieszę i jestem szczęśliwa. Po to jestem sportowcem.
Płakała pani na podium? Wyglądało, że łezka się pani w oku zakręciła. - Jaa? Nieee, niemożliwe. Widocznie byłam zmęczona, wtedy oczy są zaszklone. Do płaczu było mi daleko, naprawdę. Mam medal, to powód do radości, a nie do płaczu.
Kiedy słuchała pani hymnu, czy to było inne odczucie niż podczas MŚ w Libercu? - Nie. Mazurek to Mazurek! Piękny. Hymnu zawsze i wszędzie słucha się tak samo, z identyczną pokorą i dumą. Przepełnia mnie radość.
Złoty medal olimpijski na szyi to na pewno wyjątkowa sprawa. Proszę opisać to uczucie. - Nie pytajcie o uczucia, jestem piekielnie zmęczona i niesamowicie szczęśliwa. Dostojność tego momentu dotrze do mnie później. Może za tydzień, jak będę na PŚ w Lahti? Tam już nie będzie takiego gwaru. Będę wypoczęta, spokojna. I wtedy pomyślę: "daliśmy radę"
Dekorowała panią Irena Szewińska. - I to było niesamowite. Spotkałyśmy się przed dekoracją i wyobraźcie sobie, że... chciała ode mnie autograf! Śmiałam się. Jejku, to ja pani Irenie daję autografy? Ale jaja. Najpierw siedmiokrotna medalistka chce ode mnie autograf, a za chwilę wiesza mi na szyi
złoty medal... Nie, no to już za dużo, jak na jeden wieczór. Nie myślę o tym, czy dorównam pani Irenie w liczbie medali zdobytych igrzyskach. Sportowiec nie myśli o takich rzeczach, tylko trenuje i walczy.
Kiedyś to pani będzie wieszała olimpijskie medale? - Na razie w ogóle o tym nie myślę. Chcę fajnie zakończyć ten sezon. Przecież mamy ogromną szansę wywalczyć Puchar Świata, obronić trofeum sprzed roku. Być może powalczymy jeszcze o małą Kryształową Kulę w sprintach. Jeśli się uda, to będzie ewenement. Muszę się zmobilizować na ten ostatni miesiąc rywalizacji. O zwycięstwa w poszczególnych biegach może być trudno, ale chcę być w czołówce i nie tracić za dużo punktów.
Widziała pani kiedykolwiek złoty skok Wojciecha Fortuny? Ma pani świadomość, czego dokonała? - Może kiedyś w dzieciństwie, jak były igrzyska w telewizji, to pokazali powtórkę z Sapporo. Dokładnie tego skoku nie potrafię odtworzyć. Świadomość tego, czego dokonałam mam, choć nie do końca zdaję sobie sprawę. To na pewno wielka sprawa. W dyscyplinach zimowych ciężko o sukcesy, ciężko przebić się do czołówki, ciężko o medale. A już olimpijskie
złoto wydaje się nieosiągalne. Przez tyle lat było... A ja jestem szczęściara, że mi się udało. Jestem szczęściara, że mam tak wspaniałego trenera i team z którym pracuję.
Po dwóch poprzednich medalach w Vancouver powiedziała pani, że sportowo czuje się spełniona. - Bo tak jest. A teraz, jako sportowiec, czuję się spełniona jeszcze bardziej. Bardzo się cieszę, że te igrzyska tak pięknie mi się udały. W każdym starcie pobiegłam na najwyższym z osiągalnych dla mnie poziomów. Trafiłam tutaj idealnie z życiową formą. A jest to miejsce, którego nienawidzę, nie cierpię i mam nadzieję że już tutaj nigdy nie wrócę. Wywalczyłam coś, czego nie ma np. Finka Virpi Kuitunen. Kiedyś dominowała kiedyś przez trzy lata, ale o takich medalach nie może nawet pomyśleć. Nie było mi tu dobrze, są na świecie miejsca w których czuję się zdecydowanie lepiej.
Kanada jest piękna, lubię Canmore i starty na olimpijskich trasach z 1988 roku. W Whistler nie podobało mi się nic. Trasy, całe zamieszanie wokół mnie. Wyjeżdżam stąd z mieszanymi uczuciami. Sportowo jestem hiperzadowolona, w każdej innej kwestii mogło być lepiej.
Z czego jest pani niezadowolona? - Że w tym momencie, podczas igrzysk, rozpętałam burzę dotyczącą astmy. Chciałam za to przeprosić. To nie był czas, żeby o tym rozmawiać. To nie był personalny atak na Marit, która zawsze była dla mnie sportową idolką i taką pozostanie. Dla mnie to ideał biegaczki. Ale problem astmy w naszej dyscyplinie nie zniknął, jest wielu chorych i to trzeba jakoś rozwiązać. Dziś już nie czas na komentarze, więcej powiem jak się skończy sezon czyli w Falun. Jeszcze raz przepraszam i zapewniam, że to nie miał być osobisty atak na Marit, tylko zwrócenie uwagi na problem.