Rywalizacja bobsleistów rozpocznie się dziś o godzinie 22, kiedy odbędzie się pierwszy przejazd. Kolejny zaplanowany jest na 23:30. Relacja Z czuba i na żywo na Sport.pl od godziny 17.
Faworytami są
Niemcy, których pilotem jest multimedalista Andre Lange. Zdobył on już cztery
złote krążki olimpijskie i dziś liczy na dodanie kolejnego do swojej kolekcji. Zagrozić im mogą Rosjanie oraz Brytyjczycy z pilotem Johnem Jamesem Jacksonem.
Polacy w składzie Dawid Kupczyk, Paweł Mróz, Marcin Niewiara oraz Marcin Płacheta nie są wśród czołówki, ale liczą na sprawienie niespodzianki.
Dzisiejszy występ jest wyjątkowy również z innego powodu.
Prezes PKOl Piotr Nurowski zapewnił, że zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, poniesie wraz z sekretarzem generalnym PKOl-u Adamem Krzesińskim bobslej polskich zawodników.
Kluczowy jest sprint Dlaczego Jamajczycy wygrali kiedyś z Polakami? - Bo mieli lepszych sprinterów, a w bobslejach nabór robi się głównie wśród lekkoatletów. Żeby rozpędzić boba, trzeba biegać na 60 metrów w czasie 6,5 sekundy. Nasi zawodnicy tak biegają. Kiedyś bobsleista Marcin Płacheta zmierzył się ze sprinterskim mistrzem Marcinem Urbasiem. Wynik? 6,39 do 6,46 dla Płachety - mówi Andrzej Kupczyk, który na igrzyskach w
Monachium był siódmy na 800 metrów, ale potem zamienił lekkoatletykę na lodową rynnę i został specem od przygotowania fizycznego w sportach saneczkowych. Przed igrzyskami w Salt Lake City pracował dwa lata z Kanadyjczykami, doprowadził ich do złota i kilkudziesięciu zwycięstw w PŚ. Teraz razem z Andrzejem Żyłą jest trenerem polskich bobsleistów. I ojcem pilota Dawida Kupczyka, który dziś zaczyna rywalizację w czwórkach.
Wszystko to trochę poplątane, ale pasuje do trenera idealnie, bo mówi szybko, czasem trochę bezładnie, za to niezwykle ciekawie.
240 kg do 40 km/godz. - Trening bobsleisty należy do najcięższych. Jak kiedyś przyszedł do nas dziesięcioboista, to po tygodniu leżał i tylko oczy do góry wywracał - wspomina Kupczyk senior. Chodzi o to, że poza szybkością bardzo intensywnie ćwiczy się siłę. Bobsleiści nie wychodzą z siłowni zwłaszcza latem. Ważącego 240 kg boba trzeba rozpędzić w kilka sekund do 40 km/godz., a miejsca - w zależności od toru - jest ledwie od 40 do 60 metrów. Dlatego właśnie bobsleje najbardziej przypominają bieg na 60 metrów. - Tyle że na lodzie. Proszę sobie teraz wyobrazić, że biegnie pan 40 km/godz. i przy tej szybkości wykonuje kilka czynności, żeby w cztery osoby się w tym bobie zmieścić w dwie sekundy. W telewizji to może i wygląda na łatwe.
- Urbaś przegrał z Płachetą na 60 metrów, ale to normalne, bo jak pracowałem w Kanadzie, to Donovan Bailey, były mistrz olimpijski w sprincie, też przegrywał z bobsleistami. Na 60 metrów zawsze będą od nich szybsi, ale już na 100 metrów nie. Lekkoatleta waży 80 kg, a bobsleista czasem 100 kg - dodaje.
Niemcy biorą tylko lekkoatletów. Rosjanie do rozpychających robią selekcję wśród trójskoczków, skoczków w dal, a Amerykanie - futbolistów. - Niemcy pytają mnie, dlaczego ja nie mogę skorzystać ze sprinterów, wziąć kogoś, kto biega 10,40 s na setkę. A ja nie mogę, bo bym zabrał sprintera z reprezentacji Polski - mówi Kupczyk.
Najpierw skaczesz, potem siadasz Do boba wskakują w kolejności: pilot Dawid Kupczyk, dwójka rozpychających Michał Zblewski i Marcin Niewiara oraz hamulcowy Paweł Mróz. Pilot wskakuje pierwszy, ale nie może przysiąść, dopóki ten drugi nie włoży nóg, i tak dalej. Siadają w odwrotnej kolejności, niż wskakują. A zanim ostatni wskoczy, Kupczyk za pomocą linek sterowniczych, zaczyna już skręcać płozami. Na trzecim zakręcie osiągają 80 km/godz., na jedenastym - ponad 150 km/godz. - Dziś zabrałem na tor lekarza kadry Jarka Krzywańskiego i przy "jedenastce" powiedział, że na sam widok chce mu się wymiotować - mówi Kupczyk senior.
- Generalnie jest trochę jak w Formule 1, tyle że u nas przeciążenia dochodzą do 6G i czasem można się, za przeproszeniem, posmarkać. Poza tym wszystkie manewry wykonuje się na mniejszej przestrzeni. Zakręt ma 30 metrów, w F1 ciut więcej - mówi Kupczyk junior. - Żeby zrozumieć, trzeba stanąć na wirażu i patrzeć na płozy. Na początku widzisz tylko smugę, ale potem zaczynasz rozróżniać, że jedni jadą wyżej, inni niżej, każdy szuka idealnego toru - dodaje trener.
- Pilota szkoli się latami. Gdyby do boba wsadzić Kubicę, to na trzecim zakręcie skończyłby karierę, przewrócił się. Ale za rok, dwa... może coś by z niego było - mówi Andrzej Kupczyk.
Pilot robi maksymalnie pięć zjazdów dziennie. Więcej nie da rady, nie wytrzyma psychicznie. Zacznie się mylić, będzie wypadek. Pilot musi odpocząć, czasem robi nawet dzień przerwy.
Ze sprzętem kiedyś była partyzantka. W Turynie cztery lata temu Polacy pożyczali go od Duńczyków i Rosjan. Teraz mają swój - porządną dwójkę za 40 tys. dolarów, a czwórkę dwuletnią od niemieckiego Singera. Tradycyjnie jest trochę jak w zimnej wojnie - Niemcy, Szwajcarzy, Kanadyjczycy, Amerykanie mają kosmiczne technologie, testy w tunelach aerodynamicznych, reszta ich podpatruje. - Ale niewiele widać, bo jak tylko podnoszą boba do góry, to stają w szczelnym kółeczku, żeby nikt zobaczył, co tam w środku mają - mówi pilot czwórki.
Polska jak Jamajka Polacy martwią się trochę o płozy, bo mają nowe od bardzo niedawna, a powinni je testować od lata.