W piątek czekają go kwalifikacje do konkursu na normalnej skoczni, w sobotę walczy już o medal. Małysz wystartuje na igrzyskach po raz czwarty, z Salt Lake City przywiózł brąz i srebro. Zdobył cztery tytuły mistrza świata i cztery Kryształowe Kule za Puchar Świata. Marzy o olimpijskim złocie, igrzyska w Vancouver to jego ostatnia szansa. Jest zdeterminowany jak nigdy, a w ostatnich zawodach PŚ, w których startował, latał fenomenalnie i zajął drugie miejsce. Przegrał tylko z liderem PŚ Szwajcarem Ammannem.
Robert Błoński, Jakub Ciastoń: Jedzie pan na igrzyska spokojny o formę? Adam Małysz: Cały czas starałem się trzymać w czołówce. Ostatnie trzy starty - w Zakopanem, Oberstdorfie i Klingenthal były bardzo udane. Jestem podbudowany psychicznie, spokojny i doskonale przygotowany. Potrzebuję tylko świeżości w nogach i szczęścia.
Niech pan nie będzie taki skromny, lepszego momentu na optymalną formę chyba nie mógł pan sobie wymarzyć. - Wiem, że strasznie długo na to czekaliście, niektórzy już postawili na mnie krzyżyk. To nie było dla mnie łatwe, ale wiara czyni cuda. Jeślibym nie wierzył, że efekt przyjdzie, to nie chciałbym współpracować z tak wspaniałym trenerem jak Hannu Lepistoe. Ciągle powtarzał, że robiąc swoje, dojdziemy do formy.
Nie leci pan za późno do Vancouver, zaledwie pięć dni przed konkursem? - Może ostatni będą pierwszymi? (śmiech) Rok temu na próbie przedolimpijskiej byłem w Whistler dzień przed konkursem i nie sprawiło mi to żadnego problemu. Nie mam problemów z aklimatyzacją. Gorzej jest po powrocie do domu. W Kanadzie konkursy są wcześnie, czyli tak jakbyśmy skakali w Europie przy świetle. Nie będzie problemu. Nie chciałem lecieć do Kanady za wcześnie, siedzieć w wiosce i denerwować się przed startem. Nie wiedziałbym, co ze sobą zrobić.
Oczekiwania wobec polskiej ekipy są wyjątkowo duże, mówi się nawet o pięciu medalach - pana, Justyny Kowalczyk, Tomasza Sikory... - Jaki sens miałoby jechanie bez wiary, że będzie się walczyło o medal? To w pewnym sensie nasz obowiązek, żeby walczyć o medale.
Czuje pan presję? - Tak. I dobrze, bo presja pomaga. Jestem doświadczony, wiem, jak się zachować przed startem. Wiek będzie moim dużym atutem.
A sprzęt? - Mówiło się, że Austriacy mają jakieś cudowne kombinezony. My takich nie mamy, ale staram się w ogóle nie zaprzątać sobie głowy sprawami, na które nie mam wpływu. Kombinezony same nie skoczą po medal.
Pójdzie pan na ceremonię otwarcia? - Nie. Bo dzień później jest konkurs.
Nie korciło pana, żeby zostać chorążym reprezentacji? - Bez szans. To fajne przeżycie, ale za bardzo wyczerpujące. Nie chciałbym stać na mrozie tyle godzin. Na ceremonii otwarcia byłem tylko raz - w Nagano w 1998 roku.