- Pierwsze igrzyska to zawsze szok. Podziwiam tych, którzy w debiucie stawali na podium, bo to trzeba mieć naprawdę silną psychikę - ocenił najlepszy polski skoczek narciarski.
Do Nagano (1998 rok) Małysz poleciał jako 20-latek. Mało znany na arenie międzynarodowej nie pokazał się także w Japonii z najlepszej strony. Zajął 51. i 52. miejsce.
- Już lecąc do Nagano zastanawiałem się "co to będzie"? Spaliłem się zanim dotarłem na skocznię. To jednak chyba normalne, "frycowe" trzeba zapłacić - dodał.
Co go zaskoczyło? - To, co wszystkich. Na co dzień widujemy się jedynie z zawodnikami z naszych dyscyplin. Nie ma czasu ani możliwości poznać innych sportowców, a na igrzyskach mieszkamy wszyscy razem, spotykamy się na stołówce, możemy normalnie porozmawiać. Nie mówię tu nawet o sportowcach z innych państw, ale z reprezentacji Polski. Co z tego, że jesteśmy w jednej kadrze, jak zazwyczaj trenujemy i startujemy w różnych zakątkach świata i rzadko mamy możliwość się poznać.
Nagano zapamiętał jeszcze z innych powodów, a najbardziej z perfekcyjnego przygotowania. - Wszystko było na najwyższym poziomie. Poukładane, zgodne z planem, żadnych opóźnień, czy niespodzianek. Niełatwo zorganizować tak dużą imprezę, a oni poradzili sobie znakomicie - ocenił.
Gorzej pod tym względem było cztery lata później w Salt Lake City. Igrzyska w Stanach Zjednoczonych odbyły się pod hasłem "bezpieczeństwo".
- Byliśmy tam niespełna pół roku po zamach terrorystycznych na World Trade Center w Nowym Jorku. Amerykanie oszaleli na punkcie kontroli, prześwietlania. To było bardzo męczące i czuliśmy się jak więźniowie. Zabierało mnóstwo czasu i drażniło - wspominał Małysz.
Zawodnicy w stanie Utah byli całkowicie odizolowani. W pokojach nie mieli nawet telewizorów. - To był koszmar. Nie mieliśmy z nikim kontaktu. Nie pozwalano nam podejść do kibiców. Nie wiedzieliśmy co się dzieje naokoło, docierały do nas szczątkowe informacje" - powiedział czterokrotny zdobywca Kryształowej Kuli.
Igrzyska w
USA pamięta jednak jeszcze z innego powodu. Zdobył dwa medale - srebrny oraz brązowy i mimo że wszyscy liczyli na
złoto, po sukcesie wybuchł szał radości.
- Co innego jechać na zawody w roli faworyta, a co innego faktycznie wygrać.
Sport to loteria i tak naprawdę dopóki nie stanie się na najwyższym stopniu podium, nigdy nie powinno się mówić o zwycięstwach. Wszystko się może wydarzyć, a ja z tych dwóch krążków jestem bardzo dumny - zaznaczył.
Cztery lata po swoim największym sukcesie Małysz nie był już w tak porywającej formie. Nie mówiono już o medalach, wynikach w czołówce. Igrzyska w Turynie były dla niego także całkowicie innym przeżyciem.
- Organizacyjnie fatalnie. Panował okropny bałagan. Nie czuło się atmosfery olimpiady. Głównie przez to, że nie było jednej wioski olimpijskiej, a trzy. Mieszkaliśmy oddzielnie, więc nie mieliśmy kontaktu z pozostałymi zawodnikami, a przecież na tym powinny polegać igrzyska, że wszyscy są razem - ocenił.
Samo zakwaterowanie było także specyficzne. - Dostaliśmy do dyspozycji starą willę. Miała na pewno jakiś charakter zabytkowy. Jak wszedłem tam po raz pierwszy to poczułem się jak w jakimś filmie. Mieszkała z nami starsza
kobieta, która też dodawała temu miejscu klimat. Na regałach stały stare książki, na sufitach widać było pajęczyny, w pokoju było tylko łóżko. Miałem wrażenie, że tam nikt nie przebywał przynajmniej sto lat - wspominał.
Tak jak w 2002 i 2006 roku, tak i tym razem Małysz zrezygnuje z ceremonii otwarcia. - Mam nadzieję, że w pokojach będą telewizory, bym mógł wszystko śledzić. Jest kilka powodów, dla których rezygnuję z udziału w tym wydarzeniu. Najważniejszym jest chyba fakt, że na drugi dzień jest konkurs finałowy na normalnej skoczni. Muszę się oszczędzać - powiedział.
To będą czwarte igrzyska 32-letniego zawodnika KS Wisła Ustronianka, ale tylko raz, w 1998 roku w Nagano, zdecydował się uczestniczyć w ceremonii otwarcia.
- Wtedy wszystko było dla mnie nowe. Chciałem jak najintensywniej przeżyć każdy dzień. Nie wyobrażałem sobie, bym mógł coś przegapić. Teraz jest inaczej. Wiem już z czym to się je i przekonałem się, że to nie jest żadna atrakcja. Na pewno są to jakieś emocje, ale wszystko znacznie lepiej widać w telewizji. Najpierw stoi się godzinami przed stadionem, nie widać tego, co się dzieje w środku, potem kroczy się za flagą, pomacha się chwilę i to wszystko - ocenił.
Małysz rywalizację w Vancouver rozpocznie jeszcze przed zapaleniem znicza olimpijskiego. Na 12 lutego, na godz. 19.00 czasu polskiego, zaplanowano kwalifikacje do konkursu na normalnej skoczni.