Robert Błoński: Za dwa tygodnie rozpoczyna się pani najważniejszy sezon w życiu. Kolejny najważniejszy - po zdobyciu Pucharu Świata i dwóch złotych medali mistrzostw świata teraz czekają panią igrzyska. Justyna Kowalczyk: Każdy kolejny sezon był moim najważniejszym i w każdym osiągałam więcej. Gdzieś jest granica, ale mam nadzieję, że jeszcze do niej nie dobiłam. Od maja do listopada ciężko pracowałam, jestem teraz lekko "zamulona", więc początek sezonu olimpijskiego będzie słaby. Parę razy dostanę na pewno kopniaka w tyłek. Ale jestem na to przygotowana.
Igrzyska dopiero w lutym. Jak chce pani rozłożyć siły, żeby starczyło na cztery miesiące rywalizacji? - O siłę w ogóle się nie boję. Trenowałam tak ostro, że na pewno mi starczy. Czasem chciało mi się płakać po treningach, ale dzięki temu zmęczenie fizyczne poczuję dopiero pod koniec kwietnia. Teraz muszę tylko być zdrowa i nie mogą mnie zdenerwować ewentualne niepowodzenia na początku.
Nie będę już tak ciężko trenować, do wysokiej formy dojdę startami. Potrzeba mi ich około trzydziestu i wtedy forma będzie najwyższa. Poprzedni sezon zaczęłam od siódmego miejsca, a skończyłam na pierwszym.
W przygotowaniach nie zmieniliśmy wiele. Sporo biegałam po płaskim, bo takie są trasy olimpijskie. Ale jeśli przez 25 lat nie nauczyłam się biegać po prostych i na zjazdach, to w 26. roku życia ciężko to nadrobić. Dlatego ucieszę się, jeśli to, co szwankowało, udało się poprawić choć o jeden procent. Naprawdę zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby móc walczyć w Kanadzie. Dobrze, że nie miałam kontuzji, bo skręconej kostki czy zapalenia okostnej nie liczę. Achilles, kręgosłup i serce nie bolały. Zapewniam, że nie spoczęłam na laurach po sukcesach. Wszyscy na mnie patrzą, śledzą mój każdy krok.
Oczekiwania są ogromne. - Przez prawie 90 lat zdobyliśmy ledwie siedem medali olimpijskich w dyscyplinach zimowych, więc niech nikt nie oczekuje, że teraz będzie ich pięć. To nie takie proste. Ja,
Adam Małysz czy Tomek Sikora będziemy walczyć z całych sił. Jeśli przegramy, będzie to wyłącznie nasza porażka i wielkie rozczarowanie. Dlatego żyję z tą presją, sama ją na siebie nakładam. Igrzyska to dla mnie priorytet. Najważniejsze będzie poradzić sobie z własnymi oczekiwaniami i nie zachorować. Ze startu na start będzie lepiej.
Po październikowym obozie na lodowcu trener Aleksander Wierietielny był zachwycony pani pracą. Chwalenie, i to publiczne, nie jest w jego stylu. - Nie jest, ale teraz miał rację, że chwalił. Moje zaangażowanie na lodowcach było ogromne. A zapewniam, że nie jest to łatwe. Każdy trening na nartach trwał nie mniej niż trzy godziny, a na wysokości trzech tysięcy metrów nie mogłam biegać za szybko. Najgorsza była monotonia okrążeń po siedmiokilometrowych pętlach, nawarstwianie się wysiłku powodowało z każdym dniem coraz większe zmęczenie i popadanie w rutynę. Tylko dzięki ogromnemu zaangażowaniu nie popadłam w apatię. Ale samo zaangażowanie nie oznacza wygrania igrzysk na płaskiej trasie.
Co spowodowało, że nauczyła się pani kontrolować każdy krok? Sukcesy w poprzednim sezonie? - Nie. Do kontrolowania zjazdów i zakrętów zmobilizowała mnie ogromna bojaźń przed Vancouver. Ale trening to nie zawody. Stres mały, presja żadna. Więc wszystko można sobie układać i kontrolować. Na zawodach nie zawsze jest tak, jak bym chciała.
Młodsza koleżanka z kadry Sylwia Jaśkowiec mówi, że kiedy jest się w formie, trasy nie mają znaczenia. Na te słowa pani się uśmiechnęła i westchnęła, żeby mówiła za siebie. - Mam nadzieję walczyć w Kanadzie o medale. A jak o
złoto, to nawet podmuch wiatru może mieć znaczenie. Moje mięśnie mniej się zakwaszają i lepiej znoszą wysiłek, kiedy jest stromo pod górę. Identyczny krok na "prostkach" jest dla mnie mniej ekonomiczny. Nie potrafię wyciągać takich samych wyników jak pod górę. Kiedy walczy się o dalsze lokaty, rzeczywiście trasa nie ma dużego znaczenia. Rywalizacja o olimpijskie złoto to prawdziwy wyścig zbrojeń. Tu nawet humor zawodniczki danego dnia może mieć znaczenie. A co dopiero profil trasy.
Pamiętam pani wypowiedź sprzed paru miesięcy: „Obiecuję złoto olimpijskie, ale w Soczi w 2014 roku”. - Tak. Bo mam wielki plan podziękować tam za wszystko swojemu trenerowi. Igrzyska będą w Rosji, u niego. A w Vancouver trasy są do bani i tyle. Pan by się zmęczył na stumetrowym podbiegu, ja - nie.
Ma pani już medal olimpijski - brąz na 30 km z Turynu. Wraca pani czasem do włoskich igrzysk z 2006 roku? - Często wspominamy je z trenerami innych ekip. Byłam młoda i nieopierzona. Tyle skrajnych rzeczy mnie tam dopadło: radość, medal, smutek, łzy, ból, a nawet utrata przytomności. U sportowców wyczynowych utrata przytomności, a ja ją straciłam a nie świadomość, oznacza, że otarłam się o śmierć. Zastanawiam się, dlaczego serce na moment stanęło. Pojawia się niepewność: czemu u mnie? Boję się takich rzeczy. Teraz jednak nie spodziewam się tak ekstremalnych doznań. Startuję z innej pozycji, jestem inną zawodniczką. Przed żadnym sezonem nigdy nie byłam wielką huraoptymistką. Po medalach MŚ, Kryształowych Kulach za PŚ nie mam też prawa być pesymistką. Co mi zostaje? Trzeba biegać. Po ciężkich treningach obejrzałam zwycięskie biegi z MŚ z Liberca i pomyślałam: "jak przeżyjesz te treningi, to zobacz, jak szybko i ładnie będziesz biegać. Czasem słyszałam od innych trenerów jak mówili do swoich zawodniczek: "Widziałaś? Zrób to jak Justyna". I wtedy aż mi skrzydła rosły. Fajne, że uczą biegać tak jak ja.
W pani teamie niewiele się zmieniło. - Szwedzkiego serwismena Ulfa Olssona zastąpił estoński Are Mets. Doszedł też inny serwismen z Estonii Peep Koidu. Dla mnie liczy się wyłącznie maksymalne zaangażowanie. Od siebie wymagam najwięcej, czasem może nawet przesadzam. Reszcie zapału też nie może braknąć do samego końca.