Sport.pl

Amatorski Tenis Polski - mistrz Budziak

Na wysokim poziomie

Łatwiej zostać mistrzem świata niż mistrzem Europy? A to zależy gdzie. W pierwszej połowie maja na Majorce Beniamin Budziak pokonał wszystkich tenisistów-amatorów. Ograniczeniem była jedynie metryka (minimum 35 lat), a nie miejsce zamieszkania. W drugiej połowie lipca u podnóża niemieckich Alp mistrz Polski zajął drugie miejsce w rywalizacji najlepszych na Starym Kontynencie w tej samej kategorii wiekowej. Rywalizacja stała, pod każdym względem, na bardzo wysokim poziomie.

Zanim wejdziemy z Budziakiem na kort, zorientujmy się, gdzie musiał grać. Rottach-Weissach, już samą nazwę trudno zapamiętać, to dwa miasteczka w jednym. Leżą niemal nad Jeziorem Tegern, które z kolei położone jest na wysokości 747 m n.p.m. Mało? No to sobie wyobraźmy - jeśli lubimy chodzić po polskich górach - że musielibyśmy grać w tenisa na samym szczycie Bógdału w Sudetach, Sokolicy w Pieninach albo Kropiwnego w Bieszczadach.

I nie parę gemów czy seta. W Niemczech niecierpliwie czekało na Polaka kilku chętnych do rewanżu za porażki z Hiszpanii. W Capdeperze Budziak pokonał Thassilo Hauna (Niemcy) 3:6, 6:3, 6:3, a Rottach-Weissach padł niemal identyczny wynik - 6:3, 3:6, 6:3. Ten pojedynek trwał niemal równe cztery godziny. Mecz z półfinalistą mistrzostw świata Sandorem Noszaly'm (Węgry) wyglądał już na aktywny odpoczynek - 6:4, 6:1.

Tak doszliśmy - to znaczy doszedł Budziak, a my z nim - do finału z Niemcem Gerhardem Fahlke, który wyeliminował Austriaka Clemensa Weinhandla, wicemistrza świata. Bój o mistrzostwo Europy trwał cztery i pół godziny. Obaj tenisiści wytrzymali to całkiem dzielnie, czego nie można powiedzieć o rakietach Polaka. Naciągi pękały seryjnie, więc od połowy drugiego seta Budziak grał sprzętem pożyczonym od kogoś z 1200-osobowej (!) publiczności. Czyli bardzo długo, bo Niemiec zwyciężył 6:3, 6:7, 7:6.

A swoją drogą zuch z tego Fahlkego - w dwóch kolejnych meczach pokonał srebrnego i złotego medalistę mistrzostw świata.

Poznań pępkiem Polski

W zeszłym tygodniu stolicą polskiego tenisa była stolica Wielkopolski. Na kortach Olimpii zawodowcy rywalizowali w Poznań Porsche Open i kiedy zrobiło się trochę luźniej, zrobili trochę miejsca dla VIP-ów i młodzików. Wszystkie imprezy towarzyszące jednak nie pomieściły się na Golęcinie, więc niektóre "rozeszły" się po mieście. Kobiety walczące parami o Gracja Cup - jak zwykle zresztą - przygarnęło CT Kortowo.

I ledwie skończyły, a tam już kolejny turniej - Kortowo Wilson Open na 86 rakiet. Sześć kategorii singlowych, dwie konkurencje deblowe, więc grania było naprawdę dużo. W sam raz na dwa dni. Kto odpadł w sobotę i już nie musiał przesadnie dbać o formę na niedzielę, ten mógł ze spokojnym sumieniem skorzystać z dobrodziejstw miejscowej kuchni i barku. Kto dotrwał do półfinałów, temu pozostały dania raczej lekkostrawne, a napoje izotoniczne. Muzyka dla wszystkich była jednakowa.

Wyniki finałów. Singiel kobiet open: Monika Biernat - Katarzyna Wachowiak 6:0, 6:0; +45: Iwona Wojsyk - Małgorzata Grzybek 6:1, 6:1; singiel mężczyzn open: Jan Marcinkowski - Maciej Koczorowski 6:1, 6:2; +35: Janusz Przybylski - Mariusz Mijalski 6:4, 1:6, 6:3; +45: Grzegorz Przybylski - Jan Janiszak 6:3, 6:2; +55: Wacław Daszkiewicz - Bogusław Kobuszyński 7:5, 1:6, 7:6; debel kobiet: Biernat, Czerniawska - Gilewicz, Grzybek 6:3, 6:2; debel mężczyzn: Domański, Marcinkowski - J. Koczorowski, Kraska 6:3, 6:4.

Pod chmurą i pod dachem

Wakacje? Niby tak, ale pogoda taka, że nawet w tenisa nie można spokojnie pograć, bo wieje, grzmi i pada. 33 uczestników (w tym 12 z licencją atp - rekord turnieju) Pucharu Kazimierza Plocke musiało szukać schronienia pod dachem miejscowej hali sportowej, na co władze miasta spojrzały życzliwym okiem. No bo czego się nie robi dla wczasowiczów, żeby chcieli wracać co roku?

Ci, którzy wyjeżdżają nad morze z rakietami, dobrze już znają korty Barakudy. Mogą i pograć, i wygrać, o czym piszemy niemal przy każdej okazji. Wśród kobiet zwyciężyła Aleksandra Bojzan z Wrocławia, natomiast w finale singla mężczyzn spotkali się rywale z całkiem bliskiego sąsiedztwa. Dawid Wiełłowicz z Gdyni pokonał 7:6, 7:5 Jarosława Dziekońskiego z Wejherowa. Wszyscy umówili się już, w miarę możliwości weekendowo-urlopowych, na kolejny turniej.

Finał jak się patrzy

W Hillsite Open na ul. Międzyparkowej w Warszawie rywalizowano, całkiem słusznie, systemem grupowym. Różnica umiejętności była bowiem zbyt duża i szkoda, aby już po jednym meczu połowa zawodników musiała już iść do domu. Nie pograliby sobie ani ci słabsi, ani ci mocniejsi. W najbardziej zaciętym z 23 pojedynków grupowych (jeden walkower) padł wynik 6:4 (Konrad Klejment - Krzysztof Najder); 6:3 zdarzyło się zaledwie dwukrotnie, a 6:0 - aż dziesięć razy. W półfinałach też praktycznie bez emocji - w jednym 9:0, w drugim 9:1

Ale finał za to jak należy! Bartosz Wargin, który w czterech poprzednich meczach nie stracił gema, musiał się solidnie napracować, aby pokonać Mikołaja Mielcarza 9:7.

Kat rozstawionych

Również w stolicy, tyle że na Ursynowie, ciąg dalszy cyklu Jak Cudnie Gra Południe. Najlepiej zagrał Rafał Kabulski, który pokonał trzech najwyżej rozstawionych. W ćwierćfinale wyeliminował Andrzeja Dembowskiego (nr 2) 9:0, w półfinale wygrał z Łukaszem Motorem (nr 3) 9:5, natomiast w ostatnim pojedynku zawodów łatwo poradził sobie z Pawłem Lewitem (nr 1) 6:2, 6:2.