Sport.pl

Torebki Sereny Williams

Jak zdrowie?

- Nie narzekam. Każdy sportowiec przechodzi przez kontuzje.

Wygrała pani US Open po sześciu latach. Czy to zwycięstwo ma specjalne znaczenie, jakiś wyjątkowy smak?

- O tak! Z wielu powodów. Przede wszystkim to mój jedyny w tym roku sukces w turnieju Wielkiego Szlema. Poza tym właśnie bardzo długo nie mogłam wygrać w ojczyźnie. Mam na myśli US Open, a nie turnieje w Charleston czy nawet Miami, bo to nie to samo. Od dawna marzyłam o tym zwycięstwie i wreszcie marzenie się spełniło.

Co jest dla pani ważniejsze? Wygranie US Open czy pierwsze miejsce w rankingu WTA?

- Oczywiście US Open. Jeśli będę grała dobrze, tak dobrze, jak potrafię, to będę numerem 1 na świecie.

Czyli plan na ten rok został już prawie wykonany.

- Ależ skąd, sezon nie kończy się na US Open. Mam nadzieję, że będę dobrze grała w pozostałych tegorocznych turniejach i cieszyła się z samej gry.

Kiedy trudniej zostać numerem 1 na świecie: pierwszy raz czy wracając po spadku w rankingu poza czołową setkę?

- Nie potrafię ocenić. W obu przypadkach jest to bardzo trudne i wymaga ogromnej pracy.

Długo pani świętowała po zwycięstwie na Flushing Meadows?

- Nie, bo cały czas muszę trenować. Wyścig do pierwszego miejsca na zakończenie sezonu ciągle trwa. Chcę go wygrać.

I chce pani powiedzieć, że nazajutrz po wygraniu US Open w planach nie było nic poza treningiem? Żadnych przyjemności?

- Nie, aż tak źle nie było. Ale nie miałam też czasu na celebrowanie sukcesu. Po US Open zostałam w Nowym Jorku, gdzie w następnym tygodniu odbywały się doroczne pokazy mody. To dla mnie wspaniały relaks. W ogóle lubię Nowy Jork i świetnie się tam czuję, zwłaszcza podczas US Open. Gram mecz albo trenuję, a potem siedzę w hotelu i po prostu odpoczywam.

A po powrocie do domu?

- Zawsze mam wrażenie, że jestem bardziej zajęta niż poza domem, zawsze jest przecież coś do zrobienia.

Dzisiaj czołówka jest bardzo wyrówna, nie ma zawodniczki, która by dominowała, a co kilka tygodni jest inna liderka rankingu WTA. Czy to dobre dla kobiecego tenisa?

- Mam nadzieję, że w przyszłym roku to się zmieni, bo będę grała znacznie lepiej niż teraz.

Jak z siostrą planujecie starty? Siadacie razem, patrzycie w kalendarz i ustalacie, gdzie warto pojechać?

- Nie, każda z nas sama planuje swój grafik. Czasem się zdarza, że - poza turniejami obowiązkowymi - wybieramy te same miejsca.

A czy często się zdarza, że podróżując na tej samej trasie wybiera pani inne loty niż siostra? W Stuttgarcie trochę się dziwiono, że pani przyleciała z Miami przez Frankfurt, a Venus przez Zurich.

- To jej wina, bo nie posłuchała dobrej rady młodszej siostry. Ja zarezerwowałam bilet z Miami do Stuttgartu jeszcze podczas Wimbledonu. Mówiłam Venus, aby się pospieszyła, bo już brakowało miejsc. Nie wiem, na co czekała. No i potem się okazało, że musi wylecieć kilka godzin wcześniej ode mnie. W ich samolocie - leciała razem z tatą - wykryto jakąś usterkę techniczną, więc lot był bardzo opóźniony. W efekcie, przez całkowity przypadek wylądowaliśmy w Stuttgarcie niemal w tym samym czasie. Takie rodzinne spotkanie na lotnisku.

Co pani niedawno robiła w Afryce? Przecież tam nie ma żadnych turniejów WTA.

- To prawda, że pod tym względem to wciąż jeszcze nie odkryty ląd. Pojechałam tam jednak z innych powodów. Po pierwsze: jeszcze nigdy wcześniej tam nie byłam. Afryka zrobiła na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Po drugie: mam tam wielu fanów, więc chciałam się z nimi spotkać. Po trzecie: ja też, w jakiś sposób, pochodzę z Afryki, tam są moje korzenie, jestem z tym kontynentem oczywiście związana. A po czwarte: znów się tam wybieram w listopadzie, aby obejrzeć miejsce, w którym ma być wybudowana szkoła, którą ufundowałam.

Gdzie konkretnie?

- W Senegalu. Dzieci są tam naprawdę biedne, nawet wyobrazić to sobie niezwykle trudno. Nie trzeba wielkich pieniędzy, żeby im bardzo pomóc. Do mojego pomysłu przyłączył się także prezydent tego kraju. Ale proszę nie pytać, ile dzieci będzie się w tej szkole uczyło, bo nie wiem. To będzie zależało od władz Senegalu.

A co sobie ostatnio pani kupiła?

- Nic. Jestem w trakcie urządzania domu w zupełnie innym stylu niż dotychczas, takie małe podniesienie standardu, i na to wydaję sporo pieniędzy.

Za wygraną w Nowym Jorku może pani sobie poszaleć.

- Nie, obiecałam sobie, że będę się trzymała założonego budżetu. Ekonomia przede wszystkim.

I żadnych butów, żadnej torebki? Aż trudno uwierzyć...

- No nie, tak źle nie jest. Każda kobieta kocha buty i torebki, a ja nigdy nie twierdziłam, że mam ich wystarczająco dużo. Na nową torebkę zawsze znajdę parę dolarów, nawet jeśli są coraz mniej warte i wszystko, zwłaszcza tu w Europie, zrobiło się bardzo drogie. W Rzymie czy Paryżu kupowałam kiedyś po trzy tygodniowo, ale teraz z tym koniec. Może w Stanach, tam teraz znacznie taniej.

Interesuje się pani ekonomią?

- Tak mniej więcej. Wiem, co się teraz dzieje i bardzo mnie to niepokoi.

Co pani robi ze starymi torebkami?

- Nic. I to jest problem, bo nie mam gdzie ich trzymać. Nawet tych niepotrzebnych nie wyrzucam, więc przez te lata uzbierała się już spora kolekcja.

To może, póki przebudowa domu jeszcze się nie zakończyła, powinna pani pomyśleć o specjalnym pomieszczeniu na torebki. A potem udostępnić je zwiedzającym.

- Dobry pomysł - urządzę w domu muzeum!