Sport.pl

Matkowski i Fyrstenberg grają w Masters Cup w Szanghaju

Debel jest jak wino... - Jesteśmy z Marcinem jednym z najmłodszych debli w czołówce i ciągle pniemy się w górę. Na Masters Cup jedziemy po raz drugi, ale już nie po naukę, lecz po zwycięstwa - zapowiada Mariusz Fyrstenberg. W poniedziałek rano Polacy rozegrają pierwszy mecz w elitarnym turnieju dla najlepszych par w męskim tenisie.
Masters: W singlu najlepszy Djoković

Jakub Ciastoń: Na Masters Cup, gdzie zagra osiem najlepszych debli roku, awansowaliście z Marcinem Matkowskim szczęśliwie, bo w ostatniej chwili wycofała się para z Izraela.

Mariusz Fyrstenberg: Przed zakończeniem ostatniego turnieju sezonu w Paryżu wiedzieliśmy, że kilku deblistów leczy kontuzje, ale zazwyczaj na Masters wszyscy zaciskali zęby i jechali. Głównie dla pieniędzy, bo już za sam przyjazd można dostać 25 tys. dol. na głowę, a jeśli wygra się kilka meczów, szybko można uzbierać ponad 100 tys. Dlatego nie spodziewaliśmy się, że Andy Ram i Jonathan Erlich jednak zrezygnują.

Zasłużyliście na ten występ?

- Moim zdaniem tak. W tym roku było wyjątkowo trudno wywalczyć przepustkę do ósemki najlepszych, bo jedno miejsce było zarezerwowane dla Luisa Horny i Pablo Cuevasa, niespodziewanych zwycięzców Rolanda Garrosa, którzy dostali dziką kartę.

Mieliście też bardzo udaną końcówkę sezonu...

- W Madrycie po raz pierwszy wygraliśmy turniej z Serii Masters. To nasz największy sukces. Pokonaliśmy też wreszcie kilka najmocniejszych par, w tym braci Boba i Mike Bryanów, a także Nenada Zimonjicia i Daniela Nestora. Z drugiej jednak strony, gdybyśmy nie wywalczyli awansu, to sobie sami bylibyśmy winni. Zawaliliśmy początek sezonu.

Czemu nie potraficie dobrze zagrać w Wielkim Szlemie?

- Na wimbledońskiej trawie nigdy nie będzie dobrze. Nie pasuje nam ta nawierzchnia. Piłki odbijają się nisko, a nasza gra oparta jest głównie na serwisie. Na Roland Garros, Australian Open i US Open powinno być jednak lepiej.

Dlaczego nie jest?

- Nie wiemy. Debel różni się od singla tym, że bardzo dużo zależy od rozpracowania gry rywali. Dlatego też tak długo trwa przebijanie się do czołówki. Decydują niuanse, pojedyncze ruchy. Po wielu meczach z jakąś parą z czołówki zaczynasz np. zauważać, że warto zagrać return na bekhend, a potem pójść do siatki itd. Debel to jest taka wojna na rozpracowanie przeciwnika i różne schematy zachowań.

Co ma do tego Wielki Szlem?

- To, że w tych turniejach gra wiele par złożonych z singlistów. Nie znamy dobrze ich stylu, bo rzadko grają razem. Może dlatego przegrywamy częściej. Wspomniani Izraelczycy Ram i Erlich pierwszy Wielki Szlem wygrali dopiero po sześciu latach gry razem! Debel jest jak wino. Im starszy, tym lepszy. Najlepsi mają teraz po 33-36 lat. My z Marcinem ciągle jesteśmy przed 30. Wszystko przed nami.

Co zmieniło się w waszej grze przez dwa lata?

- Gramy agresywniej, jeden z nas przy drugim serwisie rywali idzie od razu do siatki. Poprawiliśmy też woleje i returny. Oczywiście zdarzają się słabsze mecze, ale nasza gra generalnie poszła do przodu.

W Masters Cup gracie po raz drugi. W 2006 r. przegraliście wszystkie mecze. Teraz będzie lepiej?

- Wtedy byliśmy w tym towarzystwie żółtodziobami. Teraz nie chcemy już jechać po naukę, ale po zwycięstwa. Chcemy wyjść z grupy i zagrać w półfinale. To cel minimum. Niestety, już dawno było wiadomo, że nie zagramy z najsłabszą parą, czyli Horną i Cuevasem. Rozstawienie wyklucza, by siódma para grała z ósmą. Ale nie boimy się nikogo. Poza tym debel, po rewolucji sprzed dwóch lat, gdy wprowadzono super tie-break [małe punkty do 10 zamiast trzeciego seta], stał się bardziej nieobliczalny. O zwycięstwie decydują pojedyncze błędy.

Mieszkacie w tym samym hotelu co Federer?

- Singliści i debliści są traktowani w Szanghaju na równi. Różnica jest tylko taka, że w tym roku nie ma już szalonego pomysłu z identycznymi garniturami dla wszystkich. Tamten pomysł nie wypalił, bo ubrania okazały się źle skrojone i np. dochodziło do śmiesznych sytuacji, że ktoś miał rękawy do łokcia (śmiech). Tym razem kazali więc wziąć swoje garnitury i krawaty.

Z polskiego tenisa wycofał się główny sponsor Ryszard Krauze. Jaki jest krajobraz po jego odejściu?

- Nasz tenis bardzo na tym stracił. Moim zdaniem Krauze wycofał się przez polityczną zawieruchę. Szkoda, bo przez lata dawał pieniądze na rozwój młodych talentów. Bez niego nie byłoby sukcesów Agnieszki Radwańskiej i naszych, bo długo dostawaliśmy stypendia. Nie wiem, jak związek tenisowy poradzi sobie bez niego. Musi pilnie szukać nowych sponsorów.

Byliście jednymi z pierwszych, którzy stracili dopływ pieniędzy z Prokomu.

- Ale sami podjęliśmy taką decyzję. Krauze wycofywał się powoli, związek musiał ciąć koszty, żeby było jeszcze na młodych zawodników. Uznaliśmy, że my już sobie poradzimy sami. Z jednej strony dało nam to niezależność, z drugiej... ze związkiem było jednak wygodnie. Pomagał załatwić dużo spraw: wizy, lekarzy, zgrupowania, różne dokumenty. Teraz musimy robić to sami.

Czy ktoś jeszcze stoi za waszymi sukcesami? Macie sztab ludzi?

- Jest menedżer Nikodem Jaworski, który zajmuje się stroną medialną. Bardzo dużo pomagają nam też Nick Brown i Radek Szymanik, czyli trenerzy reprezentacji Polski w Pucharze Davisa. Brown był w przeszłości dobrym deblistą, jego uwagi są bardzo cenne.

Nie stać was na trenera na stałe?

- To gigantyczne koszty, to tak jakby w zespole był trzeci zawodnik. Koszty zakwaterowania i przelotów rosną, a trzeba mu przecież jeszcze coś zapłacić. W tej chwili nie ma takiej opcji, tym bardziej że utrzymujemy się sami. Ciągle szukamy nowego sponsora. Wśród deblistów jako jedni z nielicznych trenera na stałe mają Bryanowie i Nestor z Zimonjiciem. Dobry szkoleniowiec kosztuje jednak kilkaset tysięcy złotych rocznie.

Co powie pan ludziach, którzy na wieść o waszych sukcesach machają ręką, mówiąc: "to tylko debel"?

- Mają prawo do swojego zdania. Ale dziwię się takim opiniom, choćby dlatego, że właściwie wszyscy tenisowi amatorzy grają głównie w debla. To daje kilkadziesiąt milionów ludzi na całym świecie! W singla gra znacznie mniej osób, proszę zresztą zobaczyć, co dzieje się na kortach.

Ludzie, którzy funkcjonują w tenisie, mają duży szacunek zarówno do debla jako konkurencji, jak i dla samych zawodników. W USA na meczach są często pełne trybuny, ostatnio, jak graliśmy finał w Madrycie, też był full. Znamy się z czołowymi singlistami, z Federerem, Nadalem, i oni też nas szanują. Zresztą Nadal to przykład gwiazdy singla, która nie stroni od debla i czasem gra na turniejach z serii Masters.

Dlaczego tak niewielu singlistów teraz się na to decyduje?

- Bo od lat 70., 80., czyli od czasów Wojciecha Fibaka, tenis bardzo się zmienił. Gra stała się szybsza, są znacznie większe przeciążenia, kalendarz jest intensywniejszy. I trzeba się nieźle naharować, żeby wygrać jeden mecz. Dziś nie ma właściwie zawodników, których nic by nie bolało. To wszystko zrodziło specjalizację. Sezon jest tak długi, że trzeba oszczędzać organizm. Singliści nie mają więc czasu na debla. Na miejscu Nadala i Federera też bym w niego nie grał. Z drugiej jednak strony, to wciąż jest część tenisa. I my jesteśmy dumni, że w czołówce jest polski debel.

Na pewno debel odstaje też trochę medialnie od singla, ale federacja ATP od kilku lat stara się to zmienić. Powoli przynosi to efekt.

Co powie pan o Agnieszce Radwańskiej?

- Miała rewelacyjny sezon. Niektórzy narzekają na nieco słabszą końcówkę, ale proszę spojrzeć, co było wcześniej. Świetnie grała w Wielkich Szlemach, dziś jest 10. na świecie, to wizytówka naszego tenisa. Jej największą siłą jest regularność, rzadko zdarzają jej się porażki ze słabszymi. Oczywiście każdy miewa wpadki, ale forma Agnieszka jest rozchwiana bardzo rzadko.

Serwis rzeczywiście jest piętą achillesową Agnieszki?

- Na tle całego jej tenisa rzeczywiście odstaje, mogłoby być lepiej. Ale jej fenomen polega na tym, że innymi elementami gry niemal całkowicie niweluje tę stratę. Tak dobrze kontruje, gra w defensywie i porusza się, że nawet jeśli rywalki atakują jej serwis, to Radwańska szybko odrabia stratę.

Pojawiają się jednak głosy, że Agnieszka doszła do takiego miejsca, gdzie nie powinna już współpracować jedynie ze swoim ojcem. Powinna mieć cały sztab fachowców. Zgadza się pan z tym?

- Tenisiści to indywidualiści. Nie ma jednej recepty. Juan Carlos Ferrero miał przez lata trenera, który nigdy w życiu nie trzymał w ręku rakiety. Ale pasował mu, miał idealną osobowość i to decydowało. Jeśli Agnieszka doszła do 10. miejsca na świecie trenowana przez ojca, to znaczy, że ten układ cały czas się sprawdza i nie ma potrzeby tego zmieniać. Trener z zagranicy nie zawsze jest w stanie pomóc. Poza doświadczeniem i renomą liczą się też takie rzeczy jak dobry kontakt.

W męskim singlu Nadal prześcignął Federera. Na długo? Co dalej ze Szwajcarem?

- Federer miał kryzys, ale wszystko działo się w jego głowie. Słabsze występy i oddanie pola Nadalowi wynikało z tego, że od czterech lat bez przerwy wszystko wygrywał. Zmęczył się tym, a Nadal wykorzystał ten psychiczny dołek rywala. Patrząc jednak zupełnie z boku na tenis Federera, wciąż uważam, że jest absolutnie najlepszy. To zawodnik kompletny, ideał. Moim zdaniem w 2009 r. Federer znów błyśnie, ale zaskoczy kibiców, bo jeszcze bardziej zmienią się jego priorytety. Będzie jeszcze mniej grał, skoncentruje się tylko na Wielkich Szlemach. Moim zdaniem zdoła pobić rekord Samprasa i wygra 15 tytułów w Szlemie. W grze Nadala jest się do czego przyczepić. Ma nieco słabszy serwis, gorzej gra przy siatce. Nadrabia niesamowitą siłą i wytrzymałością fizyczną, ale czy da radę ciągle tak mocno przeciążać swój organizm? Ile jeszcze wytrzyma?

Najlepsze deblistki świata: passa Black