Jakub Ciastoń: Kobiecy tenis jest mocniejszy czy słabszy niż 10-15 lat temu? Tomasz Iwański*: Patrząc generalnie i uśredniając, jest mocniejszy, bo gra więcej zawodniczek. Jest więcej pieniędzy, nagrody są równe tym w męskich rozgrywkach.
Tenis kobiecy stał się atrakcyjnym biznesem dla rodzin.
Można jednak odnieść wrażenie, że większość tenisistek gra tak samo - mocno, bez finezji, techniki... - Bo ten wysoki, średni poziom bierze się stąd, że trenują w prymitywny sposób. Zaczęło się od taty Williamsa, który doszedł do wniosku, że nauczy córki grać siłowo. Wszyscy go naśladują. Sukces Williamsa uznano też za dowód, że rodzice mogą sami wychowywać i trenować córki.
I w pewnym sensie to prawda. Żaden trener nie poświęci się treningowi młodziutkiej zawodniczki, bo to na początku nie przynosi pieniędzy. Inaczej jest z rodzicami. Ale skoro ojcowie i matki wzięli się za trenowanie, to tenis stał się mało skomplikowany. Łatwo jest nauczyć forhendu, bekhendu i mocnego uderzania, ale jeśli się nie jest doświadczonym trenerem czy byłym dobrym zawodnikiem, ciężko wprowadzić elementy skomplikowane - slajs z bekhendu, wolej, zmiany rytmu, nie mówiąc już o wariantach taktycznych i rozumieniu psychologii gry.
Powstało wiele pociesznych teorii, np. że nie wolno grać już slajsa, bo tenis jest za szybki, albo że nie można chodzić do siatki. I gdy nagle pojawiają się zawodniczki, które stosują starą zasadę, że w tenisie trzeba być wszechstronnym, jak np.
Agnieszka Radwańska, to okazuje się, że mogą wygrać ze wszystkimi. I nieważne, że rywalki uderzają mocno czy szybko. Jak im się zagra coś nieschematycznego, to głupieją.
Dlaczego w męskim tenisie tak nie jest? Widać różnorodność, technikę, mecze na niesamowitym poziomie. O męskim tenisie mówi się, że dziś pierwsza czwórka jest najlepsza w historii, o kobiecym, że brakuje liderek, osobowości. - U mężczyzn decyduje sport. I poza nielicznymi przypadkami nie rządzą nim rodzice, lecz trenerzy i menedżerowie. Jak ktoś mi mówi, że woli oglądać kobiecy tenis, to się śmieję, bo to tak jakby uważał, że kobieca piłka jest na wyższym poziomie od męskiej. Ale światem rządzą wyniki oglądalności w telewizji. Jeśli widownia uzna, że gra kobiet jest atrakcyjniejsza, bo np. długo trwają wymiany, to nic na to nie poradzimy.
Tenis kobiecy to marketing, fantastycznie sprzedawany przez WTA. I z komercyjnego punktu widzenia to fenomen. Ana Ivanović od trzech lat nic znaczącego nie ugrała, ale jest jedną z największych gwiazd, bo się uroczo uśmiecha. W tym światku bardziej się liczą ładne nogi. Wygrane mogą tylko pomóc.
Czy o obecnej czołowej dwudziestce powie pan coś pozytywnego? Widać tam zawodniczki na miarę Clijsters, Henin, Davenport, Hingis, osobowości, które mogą wygrać kilka Szlemów? - Petra Kvitova ma szansę. Jest zaniedbana fizycznie, ale się rozwija. Ma nieprawdopodobne czucie, potrafi uderzać bardzo szybkie piłki, gra agresywnie. To może być najbardziej kompletna zawodniczka przez kilka kolejnych lat. Drugą taką jest Agnieszka. Prezentuje coś ponadstandardowego. Wychował ją ojciec, ale on był tenisistą i widać to w grze Polki.
Agnieszka na korcie myśli, a nie uderza piłki z całej siły. Jej słabością jest przygotowanie fizyczne, ale nie chcę rozmawiać o Agnieszce, bo nie obserwuje jej z bliska, nie wiem, jak trenuje. Robertowi Radwańskiemu należy się szacunek i uznanie za to, ile nauczył córki.
Co pan sądzi o Karolinie Woźniackiej, liderce WTA, która nie może wygrać Wielkiego Szlema? -
Sport to biznes. Śmieszą mnie więc pytania, czy Karolina zasługuje na bycie numerem jeden. Przecież jest. Doskonale wykorzystuje możliwości, jakie daje rynek tenisowy. Z przyjemnością zgodziłbym się zarabiać 12 mln dol. rocznie, a w zamian słuchać przez cały sezon, że brzydko gram z forhendu.
Karolina jest jedną z najlepiej menedżersko prowadzonych tenisistek. Ojciec świetnie marketingowo kieruje jej karierą, ale też przygotowuje ją fizycznie. Wiele razy rozmawiałem z Piotrkiem [Woźniackim], pyta, analizuje, wyciąga wnioski. Karolina najlepiej pokazuje ten wysoki średni poziom kobiecego tenisa. Gra najlepiej średnio przez cały rok.
Jestem przekonany, że Piotrek, wynajmując różnych "sławnych" ludzi, po wysłuchaniu łapał się za głowę, mówiąc: "Jezus, Maria, co ci ludzie mówią?!". Ekspertów, którzy naprawdę czują grę, jest kilkunastu, ale najczęściej nie są to ci z najpopularniejszymi nazwiskami. Ja szanuję np. Gabiego Urpiego, trenera Pennetty, Pablo Giacopellego, który prowadził Kanepi i Peer, czy Tony'ego Hubera pracującego z Huber i Scheepers. To fachowcy, którzy mają wiedzę i potrafią wycisnąć wiele nawet z przeciętnej zawodniczki, ale nie są sławni w sensie telewizyjnym. Żeby coś doradzić, trzeba być w środku procesu, dotknąć mięśni, poznać psychikę zawodniczki, wtedy można mówić. Komentarze "Karolina powinna zrobić to i tamto" są nieuprawnione.
Woźniaccy korzystają z doradców, czasem błądzą, ale próbują, a większość tenisistek tego nie robi. - Większość myśli, że wie lepiej. Nie uznaje autorytetów. Tenisistka zarabiająca 2-3 mln dol. rocznie uważa, że nic jej nie potrzeba, bo jest na szczycie, więc po co coś zmieniać? Na porządnego trenera musiałaby wydać 200-300 tys. dol. rocznie. I traktuje to jako ryzyko, a nie szansę rozwoju i zarobienia w przyszłości 5 mln dol. i wygrania kilka Szlemów. Jest za dużo strachu, niepewności, by ktoś w tych rodzinnych biznesach zdecydował się na taki ruch. Nikt nie myśli długofalowo.
Czyli tenisistki nie przywiązują wagi do doskonalenia umiejętności? - Nie chcą wydawać pieniędzy. Najlepiej, by ktoś za trenera zapłacił - federacja narodowa, sponsor. Dziewczyny oszczędzają. Tenisistka z miejsc 70.-90. zarabia 200-300 tys. dol. rocznie minus podatki i przejazdy. Ma dziś wydać wszystko na trenera, licząc, że w przyszłości będzie lepiej grała? Na moim mailu mam sześć propozycji od zawodniczek między 160. a 90. miejscem, które zaczynają się od: "Teraz nie mogę zapłacić tyle, ile chcesz, ale jak już wejdę tam, gdzie chcę być, to natychmiast zapłacę więcej". Nauczony doświadczeniem, nie chcę przyjmować tego typu propozycji.