Li przeważała od początku. Grała dokładniej od broniącej tytułu Włoszki, rzadziej popełniała błędy, potrafiła fantastycznie atakować (31 "winnerów", Schiavone - 12). Pomagał jej serwis i wewnętrzny spokój - którego zabrakło pięć miesięcy temu, gdy sensacyjnie doszła do finału Australian Open, by nie sprostać w nim Kim Clijsters.
W sobotę imponowała pewnością siebie, tie-break rozegrała genialnie, nie dając ugrać Schiavone jednego choćby punktu. - W Melbourne się denerwowałam. Teraz wiedziałam, co robić - uśmiechała się Li, która w poniedziałek awansuje na najwyższe w karierze, czwarte miejsce na liście WTA.
Sobotni finał wygrała dokładnie w 22. rocznicę masakry na placu Tiananmen. Zapytana o to na konferencji, Chinka odparła wzburzona, żeby nie mieszać sportu i polityki (- Szaleństwo! - rzuciła w pierwszym odruchu po chińsku). "Zrobiła słusznie, ale my możemy napisać, że jej zwycięstwo jest symboliczne, bo tamci ludzie walczyli o wolność także dla niej. To dzięki nim mogła uprawiać sport na swój rachunek" - napisał w emocjonalnym tekście John Leicester, dziennikarz Associated Press, który 4 czerwca 1989 r. widział na żywo, jak czołgi tratowały w Pekinie demonstrujących studentów, a teraz oglądał w Paryżu triumf chińskiego sportowca w jednej z najbardziej indywidualnych, niezależnych, ale też skomercjalizowanych dyscyplin sportu.
65 mln chińskich telewidzów Rozluźnianie więzów trwało długo. Dopiero w 2008 r. chińskie władze zdecydowały się dać najlepszym tenisistom niemal pełną swobodę. W ramach programu "Fly Alone" mogli wyjechać i trenować na Zachodzie, zatrudniać zagranicznych trenerów. Li trafiła do Niemiec, pracowała ze Szwedem, bez problemów latała po świecie, od
USA po Australię. I zarabiała do własnej kieszeni - skończyło się płacenie aż 65-procentowego haraczu od nagród zdobytych na korcie (choć pozostał 12-proc. podatek). Dopiero dzięki tej wolności jej kariera wystrzeliła.
"Kiedy nad kortem centralnym powiewała w sobotę czerwona flaga i grano "Marsz ochotników" [hymn Chińskiej Republiki Ludowej], zastanawiałem się, czy chińskie władze patrzą. I czy zobaczą, że ludzie mogą dokonać wielkich czynów, jeśli da im się samodzielnie kierować losem" - pisał John Leicester. Swoboda, jaką mają tenisiści, jest bowiem w Chinach wyjątkiem. Nawet w sporcie - nastawionym wciąż na wojskowy dryl, hierarchię i masowość, a nie indywidualizm. Li na początku kariery była zresztą w trybach tej chińskiej
maszyny, bo zaczynała od badmintona. Przestała, bo autorytatywnie uznano, że jest za słaba, by osiągnąć sukces.
- To był eksperyment i dziś można powiedzieć, że się udał. Być może teraz reformę przejdą kolejne dyscypliny - powiedziała w Paryżu Sun Jinfang, w latach 80. świetna siatkarka, a dziś sekretarz chińskiej federacji tenisowej, współautorka programu "Fly Alone". Li nie zabrała głosu w sprawach na styku polityki, ale na konferencję po finale przyszła w koszulce z wiele mówiącym napisem po chińsku: "
Sport zmienia wszystko".
Na Li zmieni na pewno wizerunek tenisa w Azji, a zwłaszcza w Chinach. Zarządzające sportem federacje ATP i WTA już od kilku lat wdzięczą się głównie na tych rynkach. Próżno dziś np. szukać dużych imprez tenisowych w Niemczech, bo tamten rynek nasycił się tenisem w latach 80., przejadł go dekadę później i dziś czeka na nową Steffi Graf. W Azji z jej potężnymi sponsorami, ale bez wielkich sukcesów, wciąż jest głód. Pierwsze singlowe zwycięstwo Chinki w Szlemie rozbudzi go jeszcze bardziej. Szacuje się, że ok. 14 mln spośród 1,3 mld ludzi w Państwie Środka gra w tenisa, a rynek wart jest ponad 4 mld dol. Co będzie, jeśli te liczby się zwielokrotnią? - Chiński tenis? Duuuży i coraz większy - zaśmiała się Li na konferencji.
Według WTA jej półfinałowe zwycięstwo nad Marią Szarapową oglądało w telewizji CCTV-5 ok. 65 mln ludzi. Finał mógł dobić do 100 mln, co jest prawdopodobnie wartością większą niż widownia w całej Europie i Ameryce. - Kariera Na Li wystrzeli jak kiedyś koszykarza Yao Minga, który dzięki grze w
NBA zyskał w Chinach status gwiazdy rocka - przewiduje Stacey Allaster, szefowa WTA. Przy okazji liczy ona oczywiście na deszcz sponsorskich dolarów z Azji dla swojej organizacji.
Trener z Eurosportu Analizując, dlaczego 29-letnia Li odniosła tak wielki sukces akurat teraz, trzeba też podkreślić roszady trenerskie. Pod koniec zeszłego roku Chinkę opuścił szwedzki szkoleniowiec Thomas Hogstedt, który podpisał kontrakt z Szarapową (rozstał się z Li, wysyłając SMS-a). Chinka pracowała wyłącznie ze swoim mężem, ale w pewnym momencie powiedziała mu: - Kocham cię, ale jako trener się nie sprawdzasz. Zamiast robić postępy, ciągle się tylko spieramy, kłócimy. Musisz usunąć się w cień.
Mąż posłuchał, a na jego miejsce przyszedł Duńczyk Michael Mortensen - do tej pory bardziej znany w środowisku jako komentator lokalnego Eurosportu (w Paryżu mieszkał w jednym hotelu z polskimi sprawozdawcami). - Nie wprowadziłem w tenisie Li rewolucji. Kilka rzeczy wygładziłem, podpowiedziałem, żeby bardziej przysunęła się do siatki, bo wtedy jej ataki będą groźniejsze. Dodałem jej wiary w siebie - opowiadał Mortensen, który w kilka dni stał się trenerską gwiazdą światowego formatu. - Nigdy nie byłem w Chinach, ale czuję, że chyba się tam cieszą - stwierdził Duńczyk, którego polecił Chince... Piotr Woźniacki, ojciec Karoliny, numeru jeden światowego tenisa - która od dawna bezskutecznie próbuje wygrać pierwszego Szelma.
- Młode dziewczyny za bardzo chcą. One każdą piłkę grają na 100 procent. A kiedy masz 29 czy 30 lat, to wiesz, że czasem można odpuścić, złapać drugi oddech, żeby potem mieć siłę przyśpieszyć i zwyciężyć - zakończył duński trener.
1,7 mln dolarów zarobiła Li za zwycięstwo. 12 proc., czyli ok. 205 tys. dol. odda chińskiej federacji. To podatek za jej tenisową wolność