Sport.pl

Tenis. Li podbiła media, tenis podbije Chiny?

Dość anonimowa dotąd Chinka Na Li objawiła się światu jako niezwykle ciekawa postać - romantyczna rebeliantka, z tatuażem w kształcie róży i serca na klatce piersiowej, która nie bała się powiedzieć m.in.: - Nie walczę dla mojego narodu, czy kraju, walczę dla samej siebie.
Li przegrała, ale pod względem marketingowo-wizerunkowym jest zwyciężczynią Australian Open - tak mówią wszyscy dziennikarze w Melbourne. To było odkrycie medialnej gwiazdy. Chinka na konferencjach prasowych brylowała świetnymi ripostami, refleksem, genialnym poczuciem humoru ("moje rodzinne miasto jest malutkie, tylko siedem milionów mieszkańców"), potrafiła żartować nawet z szefowej chińskiej federacji tenisowej (że za to, co zrobiła powinna jej postawić coś więcej, niż tylko obiad) i z własnego męża Jiang Shana (że chrapie w nocy i jest jak Bank of China jeśli chodzi o śledzenie wydatków z karty kredytowej). - Wszystko jedno czy jesteś gruby, szczupły, przystojny czy brzydki, ja i tak zawsze będę cię kochać - powiedziała o swoim mężu Li do mikrofonu na Rod Laver Arena.

Dość anonimowa dotąd Chinka objawiła się światu jako niezwykle ciekawa postać - romantyczna rebeliantka, z tatuażem w kształcie róży i serca na klatce piersiowej, która nie bała się powiedzieć m.in.: - Nie walczę dla mojego narodu, czy kraju, walczę dla samej siebie.

Li trafiła do tenisa przypadkowo, bo jako juniorka uprawiała badmintona, ale trenerzy powiedzieli, że się nie nadaje i pozostał jej mniej popularny w kraju tenis. Ale zrezygnowana rzuciła go na dwa lata, gdy nie mogła przebić się do pierwszej setki rankingu i zaczęła studiować dziennikarstwo. W powrocie do tenisa znów pomógł przypadek - o pomoc poprosiła ją akademicka drużyna, Li zgodziła się, a po jakimś czasie odkryła, że czuje się pewna siebie i gra lepiej. Tak została uratowana dla tenisowego świata. Z chińską federacją rozstała się na dobre w 2008 r. Od tego czasu pracuje na własny rachunek i nie musi już oddawać 60 proc. haraczu z nagród.

W Melbourne niespełna 29-letnia Li została najstarszą od czasu 33-letniej Chris Evert finalistką kobiecego singla. Została też pierwszą osobą z Azji, która doszła tak daleko w Szlemie.

Władze światowego tenisa chiński finał przyjęły z euforią. I już liczą przyszłe zyski. Z ostatnich analiz wynika, że chiński rynek tenisowy jest dziś wart 4 mld. dol. Ale na razie ledwie 14 mln spośród 1,3 mld mieszkańców uprawia tę dyscyplinę sportu. To i tak 10 razy więcej niż we Francji, i jakieś 140 razy więcej niż w Polsce. - Jej finał może otworzyć tenisowi drzwi do największego skarbca świata - mówi Tony Godsick, słynny menedżer z agencji marketingowej IMG. Li porównuje się już do koszykarza Yao Minga, dzięki któremu desant w Chinach przypuściła NBA.

Pytanie tylko, czy niepokorna dusza Li podporządkuje się tym rozgrywkom o miliardy dolarów. - Nie wiem, co myślą o mnie w Chinach, bo nigdy na swój temat nic nie czytam - wzruszyła ramionami.

Na koniec oczywiście znów było śmiesznie. Dziennikarze zadali standardowe pytanie, co tenisistka zrobi po turnieju, czy coś kupi, będzie zwiedzać? - Nie, muszę porządnie odpocząć, zregenerować się. W poniedziałek idę do amerykańskiej ambasady. Muszę sobie wyrobić wizę - odpowiedziała z poważną miną Li.



Więcej o: