Sport.pl

Djoković vs. Murray: Kto wyjdzie z cienia?

Andy Murray pokonał Davida Ferrera 4:6, 7:6 (7-2), 6:1, 7:6 (7-2) i w niedzielnym finale Australian Open zmierzy się z Novakiem Djokoviciem. - Jeśli Federer dalej będzie gasł, a Nadal kolekcjonował kontuzje, może to być bitwa o przyszłą pozycję numer jeden na świecie - szepcze się w Melbourne
Sport.pl na Facebooku! Sprawdź nas »

Ferrer zgotował Murrayowi na Rod Laver Arena piekło. Przez 3 godz. i 46 min ganiał za piłkami posyłanymi przez Szkota z taką zawziętością, jakby od tego, czy przerzuci je za siatkę, zależało jego życie, a nie pierwszy w karierze wielkoszlemowy finał.

Ferrer to siódma rakieta globu, od lat utrzymuje się w czołówce, grał m.in. w półfinale US Open 2007, ale jednocześnie jest najskromniejszym i najbardziej anonimowym zawodnikiem na szczycie. - Bo zawsze był w cieniu. Kiedyś Juana Carlosa Ferrero, Carlosa Moi, a potem Rafaela Nadala. Kiedy jesteś świetny, ale jednak tylko drugi, to uczy pokory - mówili hiszpańscy dziennikarze.

Roger Federer powiedział jednak kiedyś o Ferrerze, że jest najlepiej returnującym tenisistą świata. Jeśli dołożyć do tego niezwykłą szybkość, jego ostry jak brzytwa forhend, a także determinację, by w wieku 28 lat wyjść wreszcie w końcu z tego hiszpańskiego cienia, można mieć obraz tego, co działo się wczoraj na korcie.

Murray przegrał seta, klął pod nosem, w drugiej partii musiał bronić setbola, ale ostatecznie przetrwał i zwyciężył. - Uratowało go, że wytrzymał fizycznie nawałnicę Hiszpana, a potem przesunął się do przodu i zagrał agresywniej. W kluczowych momentach jego większy arsenał zagrań robił różnicę - komentował Brad Gilbert, były trener Szkota, a w Melbourne ekspert amerykańskiej stacji ESPN. Dropszot, lob, slajs, odwrócona rotacja, genialny wolej, czasem akrobatyczny smecz - tak grał Murray, kiedy robiło się naprawdę gorąco. Umiał udowodnić, dlaczego uważany jest za największego obok Federera tenisowego wirtuoza.

Djoković, prywatnie przyjaciel Szkota, z którym często trenuje, a w przeszłości rywalizował w turniejach juniorskich, tak wielkiego talentu i różnorodności gry nie ma. Ale ma coś, czego Szkotowi wciąż bardzo brakuje - większą solidność, spokój i rozwagę. Rozchwiane emocje, a wraz z nimi roztrzęsiony czasem jak galareta tenis Murraya - tego tłum brytyjskich dziennikarzy w finale obawiać się będzie najbardziej. - Andy pracuje nad stroną mentalną, ale Djoković jest mocniejszy - wzdychają dziennikarze z Londynu, których liczba na metr kwadratowy powierzchni biura prasowego w Melbourne nieustannie rośnie, bo... dolatują nowi (w końcu na Szlema czekają już 75 lat). Serb ma też większe wielkoszlemowe doświadczenie, w przeciwieństwie do Szkota wygrał już raz w Szlemie - w 2008 r. pokonał w finale Australian Open Jo-Wilfrieda Tsongę.

Murray swoje dwa dotychczasowe finały przegrywał jednak z Federerem, Brytyjczycy pocieszają się więc, że może Djoković aż tak bardzo nie sparaliżuje ich tenisowego wrażliwca. - Kiedy grałem z Rogerem, wszystko działo się tak szybko, że nie nadążałem za sytuacją na korcie - tłumaczył Andy.

Obaj przyznają, że niezwykle pasuje im nawierzchnia w Melbourne - twarda, ale dużo wolniejsza niż w Nowym Jorku na US Open. Mimo kilku różnic fundament ich gry jest bowiem identyczny - to świetna defensywa i kontratak, czyli umiejętność dojścia do każdej piłki, a potem odbicia jej mocniej i trudniej dla rywala. Na wolniejszym korcie czasu na to jest po prostu więcej - Murray z Ferrerem wygrał wczoraj wymianę z 46 uderzeniami!

Aż trudno uwierzyć, ale Serb ze Szkotem nie grali ze sobą od prawie dwóch lat. Wynika to z tego, że praktycznie cały czas byli numerami trzy i cztery za plecami Federera i Nadala. W turniejowych drabinkach rozstawiano ich po przeciwległych stronach i nie wpadali na siebie, bo - nawet jeśli któryś z nich ograł Rogera albo Rafę - to ten drugi najczęściej przed finałem przegrywał. Ostatnie trzy mecze w 2008 i 2009 r. zgarnął Murray, a wcześniej czterokrotnie triumfował Djoković.

- Stare dzieje, bez znaczenia. Murray dziś więcej widzi, umie wyciągać wnioski, gra agresywniej, a Djoković w ciągu ostatniego roku zrobił gigantyczny postęp. Jest silniejszy, szybszy, jeszcze bardziej regularny. Przebieg meczu jest więc kompletną zagadką - oceniał Brad Gilbert.

W męskim tenisie dopiero po raz drugi od stycznia 2005 r., gdy Marat Safin bił się w Melbourne o tytuł z Lleytonem Hewittem, w wielkoszlemowym finale zabraknie Federera lub Nadala. Choć jeden z nich pojawiał się w 22 z ostatnich 23 finałów. Wyjątkiem był wspomniany już 2008 r.

Odpadnięcie Federera zaskoczyło, ale jeszcze większe zdziwienie wywołała jego reakcja na porażkę. Federer po raz pierwszy był tak nieprzyjemny, wręcz opryskliwy dla dziennikarzy. Narzekali nawet Szwajcarzy. - Za długo czytał listy od wielbicieli, nie zauważył, że są już w tenisie lepsi od niego - ironizował Pat Cash, australijski mistrz Wimbledonu z 1987 r. - Jeśli Federer dalej będzie gasł, a Nadal kolekcjonował kontuzje, to może być bitwa o przyszłą pozycję numer jeden - szepczą już w Melbourne niektórzy dziennikarze, choć odważnych, by powiedzieć to głośno, na razie brak.

W sobotę o 9.30 rano Kim Clijsters walczy we wzbudzającym dużo mniejsze emocje kobiecym finale z Na Li. Większość ekspertów, dziennikarzy oraz bukmacherów stawia na Belgijkę, ale Chinka nie jest bez szans - dwa tygodnie temu ograła Clijsters w finale w Sydney. Męski finał w niedzielę, także o 9.30. Relacje na żywo na Sport.pl.

Novak Djoković wyeliminował Rogera Federera »


Kto będzie liderem rankingu ATP na koniec 2011 roku?
Więcej o: