Sport.pl

Tenis. Djoković uskrzydlony

Wielki mecz Novaka Djokovicia w półfinale Australian Open. Serb rozbił Rogera Federera 7:6 (7-3), 7:5, 6:4. Eksperci już mówią: - To może być jego rok! Karolina Woźniacka zagrała zbyt defensywnie i poległa z Chinką Na Li, która w finale zmierzy się z Kim Clijsters.
Trzęsienie ziemi w Melbourne trwa. Dzień po tym, jak z turniejem pożegnał się kontuzjowany Rafael Nadal, z wielkim hukiem wyleciał z niego drugi z głównych faworytów. Federera wgniótł w kort Novak Djoković, który zagrał jeden z najlepszych meczów w karierze.

Zmierzch epoki

Rozstawiony z trójką Serb ogrywał już Szwajcara w ważnych meczach, m.in. w półfinale Australian Open 2008, gdy zdobył jedynego dotąd Szlema, a także rok temu w półfinale US Open, ale w Melbourne mało kto wierzył w niespodziankę. Większość fachowców widziała w finale Federera, bo Szwajcar dość komfortowo wygrywał ostatnie pojedynki z Serbem, m.in. w listopadzie na Masters w Londynie. Wyłamywali się nieliczni, m.in. Mats Wilander, trzykrotny mistrz Australian Open z lat 80., który trzy dni temu mówił "Gazecie", że Djoković jest w życiowej formie, i że nigdy nie był tak blisko Federera i Nadala.

To, co stało się wczoraj na Rod Laver Arena, przeszło jednak wszelkie oczekiwania. Djoković był od Federera o klasę lepszy, genialnie się ruszał, zdążał nawet do skrótów, do których miał 10 m. - Najważniejsze było to, że wygrał wojnę na forhendy. Jeszcze nie widziałem, by ktoś tak zgasił forhend Szwajcara. Djoković kontrował go jeszcze mocniejszymi piłkami. Zrobił to dzięki szybkości, zawsze był na miejscu przed piłką - komentował Patrick McEnroe, ekspert australijskiej stacji Channel 7.

Djoković zmiażdżył też Federera mentalną siłą i odwagą. Najważniejsze piłki uderzał z niesamowitą agresją, nigdy nie wstrzymywał ręki, potrafił zagrać asy przy break pointach. Nie dał się też, tak jak w 2008 r., wytrącić z równowagi kibicom, którzy byli w większości za Federerem. Mowa ciała Djokovicia mówiła od początku, że wyszedł na kort po zwycięstwo.

W drugim secie Szwajcar prowadził 5:2, ale fenomenalnie grający Djoković potrafił wygrać pięć gemów z rzędu! Stary mistrz nie miał jak zrobić krzywdy Serbowi. Zadziwiające, że po wielkiej wrzawie, jaką zrobiono wokół poprawy agresywności w tenisie Federera pod kierownictwem trenera Paula Annacone'a, tym bardziej ofensywnym graczem na korcie był wczoraj Djoković. - Novak to już zawodnik niemal kompletny. Znacznie sprawniejszy, szybszy, silniejszy. To może być jego rok - mówił Darren Cahill, były trener Agassiego i Hewitta. - Dominacja Rafy i Rogera w tym roku się skończy - przewidywał Mats Wilander.

To możliwe? - Spokojnie, poczekajcie sześć miesięcy - obruszył się na konferencji Szwajcar. - Za szybko na takie wnioski. To był mój wielki mecz, ale niezwykle pasuje mi nawierzchnia w Melbourne. Kort jest wolny, mam dużo czasu na podejmowanie decyzji, poczekajmy na inne imprezy, inne nawierzchnie - dodał skromnie Djoković.

Jego słowacki trener Marian Vajda podkreślał, że wielkie znaczenie psychologiczne miało dla Novaka zwycięstwo Serbii w grudniowym finale Pucharu Davisa nad Francją. - Uskrzydlić cały kraj to nieziemskie uczucie. Trenowałem ze zdwojoną mocą - potwierdził z pasją w głosie Novak.

W finale jego rywalem będzie Andy Murray lub David Ferrer, którzy zmierzą się ze sobą dziś o 9.30 rano polskiego czasu.

Dopiero po raz drugi od trzech lat wielkoszlemowym mistrzem nie zostanie Nadal ani Federer, którzy między sobą rozdzielili 10 z ostatnich 11 Szlemów. Od zwycięstwa Djokovicia w 2008 r. w Australii tylko Juan Martin del Potro zdołał zwyciężyć w 2009 r. na US Open. Federer po raz pierwszy od 2003 r. nie będzie też miał na koncie choć jednego wielkoszlemowego tytułu. W ostatnich 12 miesiącach nie zagrał nawet w jednym finale. I jak tu nie mówić o zmierzchu epoki?

Pierwsza Chinka w finale

Wśród kobiet też sensacja - Na Li pokonała rozstawioną z jedynką Karolinę Woźniacką 3:6, 7:5, 6:3 i jako pierwsza Chinka zagra w wielkoszlemowym finale. Dziennikarze w Melbourne żartowali, że padł też prawdopodobnie historyczny rekord telewizyjnej widowni meczu tenisowego - w Państwie Środka mogło go oglądać nawet kilkaset milionów ludzi.

Eksperci nie szczędzili gorzkich słów Karolinie, która w drugim secie nie wykorzystała meczbola. Dunka polskiego pochodzenia od kilku tygodni przekonywała, że zasługuje na bycie numerem jeden, że nie gra wyłącznie nudnego i defensywnego tenisa i że jest na dobrej drodze, żeby wygrać Szlema. Wczoraj pokazała, że jest na odwrót. - Nie można nie atakować nawet przy meczbolu. Nie da się wygrać Szlema, czekając wyłącznie na błędy rywalki - mówiła Reanne Stubbs, była doskonała australijska deblistka. Statystyki były miażdżące - Karolina w trzeciej partii nie zagrała ani jednego winnera! Chinka posłała ich 15, a w całym meczu - 42, przy ledwie 10 Dunki. Najszybszy forhend Li miał prędkość 120 km/godz., Karoliny - 105 km/godz. Kwintesencją tego ultradefensywnego stylu była komputerowa analiza, że ponad 94 proc. piłek (!) zagrywała zza linii końcowej. Li grała dużo agresywniej, starała się "wchodzić" na piłkę i uderzać ją płasko. Początkowo często się myliła, ale odwaga w końcu popłaciła.

Woźniackiej bronił Sven Groenefeld, doradca trenera Piotra Woźniackiego z ramienia Adidasa. - Defensywa to nie może być zarzut, Karolina taki ma styl. O zwycięstwie zdecydowało kilka piłek - mówił Holender. W podobnym tonie wypowiadała się Karolina, ale minę miała zdruzgotaną.

- Źle spałam w nocy, mój mąż chrapał, budziłam się co godzinę, zasnęłam dopiero nad ranem - żartowała Chinka. Co sprawiło, że w końcu wstałaś z łóżka? - Prize Money! - odparła Li. Za finał dostanie 1,1 mln dol., jeśli wygra - dwa razy więcej. Dodała, że liczy na boom tenisowy w Chinach. Ale to drażliwy temat, bo 28-latka z Wuhanu w 2008 r. rozstała się z rodzimą - sterowaną oczywiście przez państwo - federacją i dopiero wtedy jej wyniki i forma wystrzeliły. Rozstania robią jej zresztą wyjątkowo dobrze, bo pod koniec 2010 r. Maria Szarapowa podebrała jej szwedzkiego trenera Thomasa Hogstedta. Rosjance jakoś specjalnie to nie pomogło, Li - jak widać, wręcz przeciwnie. Jej szkoleniowcem jest teraz mąż Jiang Shan.

W sobotnim finale Chinka zmierzy się z Kim Clijsters, która łatwo pokonała Wierę Zwonariewą. Belgijka będzie faworytką, ale musi uważać, bo Li w tym roku nie przegrała jeszcze meczu, a dwa tygodnie temu w finale w Sydney ograła Clijsters 7:6 (6-3), 6:3. No i ma, lekko licząc, jakiś miliard kibiców więcej.

Przygniębione twarze Nadala i Federera »


Więcej o: