Zdecydowanym faworytem niedzielnego męskiego finału Australian Open (godz. 9.30 w Eurosporcie) jest rozstawiony z jedynką Novak Djoković. Stawiają na niego eksperci, bukmacherzy, zawodnicy. Aktualny lider rankingu ATP ma w nim tak ogromną przewagę, że może przegrywać wszystko do wiosny, a jej nie straci. Zawdzięcza to rewelacyjnemu poprzedniemu sezonowi, w którym od stycznia do maja wygrał 41 spotkań z rzędu. Do końca roku triumfował w 10 imprezach, w tym w trzech Wielkich Szlemach - Australian Open, Wimbledonie i
US Open. Zarobił 12,6 mln dol. W rankingu prestiżowego portalu Tennis.com jedynie sezon 2007 w wykonaniu Federera - gdy zabrakło mu jednego meczu do klasycznego Szlema, oraz 1969 r. Roda Lavera - ze skompletowanym Szlemem - zostały ocenione wyżej.
Nadal to król obalony, który na tron próbuje wrócić. Panował przed Djokoviciem - wtedy to on zgarnął trzy Szlemy i dominował bezdyskusyjnie. Wszyscy chwalili jego lepszy niż wcześniej serwis, bekhend i wytrzymałość.
Djoković znalazł jednak sposób na Nadala. W poprzednim sezonie pokonał go sześciokrotnie, m.in. w finałach Wimbledonu i US Open. Zwyciężał bez względu na miejsce i okoliczności, także na terytorium rywala - w Madrycie, oraz na jego ulubionej nawierzchni - czerwonej mączce.
Sukces Djokovicia zaczął się od przełomu w psychice. W grudniu 2010 r. Serbowie pokonali w finale Pucharu Davisa Francuzów. - Tamten mecz, rozgrywany w wypełnionej po brzegi hali w Belgradzie, natchnął Novaka wiarą w siebie. Stał się innym człowiekiem, który dąży do celu i nigdy się nie poddaje - opowiadał słowacki trener Djokovicia Marian Vajda.
Od tego czasu właściwie nie było już tarapatów, z których Serb nie umiałby się na korcie wydostać. Do silniejszej psychiki dołożył skuteczniejszy tenis. Przede wszystkim forhend, uderzenie, które zawsze sprawiało mu problemy. Z genialnego płaskiego bekhendu słynął zawsze, ale dopiero wzmocnienie drugiej strony otworzyło mu drogę na szczyt. Pomaga mu też nieco lepszy serwis i wytrzymałość. Furorę zrobiła opowieść o bezglutenowej diecie, dzięki której wyeliminował alergie i zwiększył pojemność płuc.
- Novak jest dziś od Nadala szybszy, lepiej się broni, znacznie poprawił forhend, ale przede wszystkim jak nikt inny umie atakować Nadala zarówno z prawej, jak i lewej strony. Rafa to jednak
szkoła hiszpańska, czyli wolniejsza, zachowawcza gra pod górę. Doprowadzona do perfekcji, ale jednak pasywna - mówił Wojciech Fibak po przegranym przez Nadala wrześniowym finale US Open.
Po tamtym meczu, szóstej z rzędu porażce, Hiszpan powiedział: - Znów przegrałem i z pokorą pochylam głowę, bo Novak jest ode mnie lepszy. Ale to zmotywuje mnie do jeszcze cięższej
pracy. Będę próbował aż do skutku.
Gdy takie słowa wypowiada Nadal - nie mający sobie równych pod względem pracowitości i waleczności - trzeba je traktować serio. Hiszpan zaczynał karierę jako tenisista jednowymiarowy - szybki i umięśniony, ale zdolny do zwycięstw jedynie na czerwonej mączce. Taki był jeszcze w 2006 r. Później wszyscy przecierali oczy, bo rozwijał się i zdobywał kolejne terytoria - w 2007 r. doszedł do finału Wimbledonu, w następnym roku już w nim triumfował, pokonując na trawie Rogera Federera. Kilka miesięcy później w Australii dokonał kolejnego przełomu - dopadł Szwajcara także na twardej nawierzchni, co wydawało się kiedyś nie do pomyślenia.
Dziś tak samo nie do pomyślenia wydaje się wygrana z Djokoviciem. Ale Nadal i jego charyzmatyczny trener - wujek Toni - to mistrzowie rozwiązywania łamigłówek. Do Federera dobrali się, atakując bekhend Szwajcara. Twarde korty w Australii i US Open opanowali dzięki agresywniejszej grze - płaskim atakom z bekhendu, silniejszemu serwisowi, skróceniu pola gry.
Teraz, w zimowej przerwie, gdzieś na kortach Majorki też trwał wyścig zbrojeń. Wiadomo, że Nadal zmienił rakietę na nieco cięższą, by wzmocnić serwis. Co jeszcze przyszykował na Serba, nie wiadomo, bo - jak zauważył jeden z amerykańskich dziennikarzy - nie dowiemy się, o ile lepszy jest Nadal, dopóki nie zmierzy się z Djokoviciem.
Wygrany półfinał Hiszpana z Rogerem Federerem pokazał, że gorszy nie jest na pewno. Szwajcara stłamsił, górując nad nim mentalnie i wymuszając błędy sprytną taktyką. Ale Djoković - choć dużo mówiło się, że jednak sporo do szczytu mu brakuje - też pokazał moc. W półfinale rozbił po blisko pięciogodzinnej bitwie Andy'ego Murraya 6:3, 3:6, 6:7 (4-7), 6:1, 7:5. Szkot momentami walczył wybornie, a Serb sprawił wrażenie zmęczonego i chorego (ponoć kontratakują jego alergie), ale najważniejsze piłki niezmiennie wygrywał, bo był ciut agresywniejszy.
Atak będzie też kluczem do zwycięstwa w niedzielę, bo obaj bronią się doskonale. Nadal potrafi biegać do upadłego, sięgać piłek, których nikt inny nie złapie, ale Djoković w poprzednim sezonie pokazał, że w defensywie mu dorównuje. Zwyciężał, bo lepiej atakował. W niedzielę okaże się, czy Nadal zdoła odpowiedzieć.
Dziś o 9.30 rano (również w Eurosporcie) w finale kobiet Viktoria Azarenka zmierzy się z Marią Szarapową. Białorusinka spróbuje zdobyć pierwszy tytuł wielkoszlemowy, Rosjanka - czwarty. Korespondenci z Melbourne na Twitterze przypominają, by zabrać zatyczki do uszu, bo obie krzyczą z mocą powyżej 80 decybeli. Zwyciężczyni zastąpi Karolinę Woźniacką jako liderka rankingu WTA w miejsce. Jeśli zatriumfuje Azarenka, to drugi raz z rzędu okaże się, że
Agnieszka Radwańska przegrywa w Melbourne z późniejszą zdobywczynią tytułu (rok temu z Kim Clijsters).
11. tytuł wielkoszlemowy może zdobyć Nadal, czym zrównałby się z Bjoernem Borgiem i Rodem Laverem
5. tytuł może trafić na konto Djokovicia
Półfinał na twarzach dziewczyn Murray'a i Djokovicia