Jakub Ciastoń: Ostatnie tygodnie były dla pana trudne, bo nie mógł pan grać przez kontuzję lewej kostki. Łukasz Kubot: - Przyszła w bardzo złym momencie, bo w samym środku sezonu. Zerwałem więzadło w kostce dwa dni po Wimbledonie na jednym z pierwszych treningów w Czechach [w Pradze Kubot ma od lat bazę treningową]. Straciłem cały lipiec i pół sierpnia. Nie zagrałem ani w zaplanowanych już imprezach w Europie na czerwonej mączce - Stuttgarcie, Hamburgu i chorwackim Umagu, ani w pierwszych dwóch turniejach na kortach twardych w
USA.
Jak w ogóle doszło do tej kontuzji? - Po wielu analizach doszliśmy z trenerami do wniosku, że trzeba trochę zmienić mój ruch rakietą przy serwisie. Zrobiliśmy to przed Wimbledonem. Generalnie wyszło dobrze, ale przez minimalną zmianę ruchu, zaczęły pracować trochę inne mięśnie i coś musiało się przeciążyć. Padło na kostkę, źle stanąłem i już. Rehabilitację przechodziłem w Pradze, prowadził ją Martin Janoszka, który kiedyś pracował z Tomaszem Berdychem. Zaczynaliśmy o 8 rano, kończyliśmy o 20. Dużo czasu spędzałem też na siłowni pracując nad górną częścią ciała, mięśniami grzbietu, brzucha, ciągle przerzucałem piłki lekarskie. Dopiero po trzech tygodniach mogłem wsiąść na stacjonarny rowerek. Trzeba było poczekać aż więzadło się zrośnie, jedno było zerwane, ale dwa następne naderwane, więc trochę to trwało. Rehabilitant postawił mnie na nogi najszybciej jak tylko mógł, ale było jeszcze za wcześnie bym wystartował już w
Toronto [początek sierpnia]. Nie chciałem zresztą ryzykować, wolałem dmuchać na zimne. Wróciłem więc dopiero dwa tygodnie temu w Cincinnati.
Mentalnie ta przerwa zrobiła mi nawet dobrze, bo mogłem trochę odpocząć od wyjazdów, hoteli, całego tego tenisowego szaleństwa. Sportowo, wiadomo, że to był poważny cios, ale mam nadzieję, że się odbuduję.
Powrót po kontuzji to było od razu rzucenie na głęboką wodę - Cincinnati, kort centralny, a na przeciwko nowy bohater Ameryki John Isner, który w Wimbledonie wygrał najdłuższy w historii tenisa 11-godzinny mecz. Przegrał pan gładko 2:6, 3:6. - Rzeczywiście niewiele było
gry w tym meczu, bo Isner [206 cm wzrostu] tak rewelacyjnie serwował, że ciężko było coś zrobić. Ale ten mecz pomógł mi potem w deblu, bo byłem tak wyczulony na błyskawiczne returny, że z marszu doszliśmy z Oliverem Marachem do półfinału. To było dla nas bardzo ważne, bo w pierwszym turnieju po mojej kontuzji pokazaliśmy, że ciągle liczymy się w walce o kończący sezon deblowy Masters w Londynie. Podbudowało mnie to psychicznie.
Potem było New Haven, gdzie w I rundzie singla odpadł pan z Niemcem Danielem Brandsem 4:6, 6:2, 5:7. - Wysoki, bardzo dobrze serwujący zawodnik, ale były trzy sety, było zdecydowanie lepiej. Z tamtego meczu byłem już w miarę zadowolony, moja gra zaczynała się układać. Mam nadzieję, że do
US Open jestem przygotowany dobrze. Mam też nadzieję, że ból będzie mnie omijał. Chciałbym wreszcie przełamać złą passę. Ostatni mecz singlowy wygrałem w Wimbledonie, spadłem w rankingu, może Wielki Szlem znów będzie dla mnie szczęśliwy.
W I rundzie US Open czeka Hiszpan Guillermo Garcia-Lopez, 52. na liście ATP. To będzie twardy orzech do zgryzienia? - To nie jest typowy Hiszpan, który biega z tyłu kortu i przebija piłkę. On uderza płasko, nieźle serwuje, jest dość uniwersalny. Ma jednoręczny bekhend, umie dobrze zmieniać rytm, zagrać znienacka po linii. Grałem z nim raz w tym roku w lidze niemieckiej, przegrałem 4:6, 4:6. Żeby wygrać, będę musiał starać się grać agresywnie, chodzić do siatki. To nie jest idealne losowanie, ale mogło być gorsze. Szanse są 50 na 50, no może 60 do 40 dla niego. Bardzo ważny będzie mój serwis, który otworzy mi drogę do ofensywy. Mam nadzieję.
Kto jest z panem w Nowym Jorku? - Mój czeski trener Tomas Hlasek.
Od jakiegoś czasu w sprawach taktyki doradzał panu Wojciech Fibak, czy ta współpraca trwa? - Tak, ale to zawsze był układ całkowicie nieformalny. Pan Wojtek po prostu czasem dzwoni i rozmawiamy o tym, co można poprawić albo omawiamy poszczególne mecze. Jego rady są zazwyczaj bardzo celne.
Po 11 latach ściął pan włosy na krótkie. Nowa fryzura pomaga? - No nie bardzo, bo dwa dni potem zerwałem więzadło (śmiech). A tak na serio, to na pewno jest chłodniej w głowę, co przy upałach jest rozwiązaniem dobrym. Dużo ludzi mnie nie poznaje. Stają, wydaje im się, że twarz jest znajoma, ale nie wiedzą kto to, jest zabawnie.
Na kogo pan stawia - Federer, Nadal, Murray? - Męski tenis ostatnio się bardzo wyrównał. Na pewno ta trójka plus Djoković to główni faworyci, ale nie zdziwiłbym się, gdyby daleko zaszedł Berdych, albo ktoś z Amerykanów - Roddick, Fish, Querrey. Najlepsze wrażenie robi jednak Murray.
Wszyscy mówią, że Nadal ma mniejszą szansę na wygranie US Open, bo korty są dla niego za szybkie. Rzeczywiście tu są szybsze niż w Australii? - Tak, są zdecydowanie szybsze. Dużo będzie zależało od pogody. Jak będzie upał, będzie bardzo szybko, jak deszczowo, wolniej, czyli lepiej dla Nadala.