Jakub Ciastoń: Odżyła pani w sierpniu na twardych kortach w USA. Półfinał w Stanford, finał w San Diego, potem było ciut gorzej, bo w Cincinnati i Montrealu trzecie rundy, ale w sumie przed US Open chyba nie ma powodów do narzekania? Agnieszka Radwańska: - Jestem zadowolona z formy i wyników. Chyba dobrze zrobił mi odpoczynek po Wimbledonie. Tak naprawdę, to nie umiem inaczej wytłumaczyć czemu w Stanford i San Diego było tak dobrze. W tym pierwszym turnieju właściwie ciągle coś mi zawadzało, bo nawierzchnia była strasznie wolna, ciągle wiał wiatr i jeszcze musiałam od początku męczyć się w trzysetówkach. W San Diego grało mi się już lepiej, ale też nic szczególnego się nie wydarzyło. Po prostu wygrywałam mecze. Przyszedł pierwszy w sezonie finał, ale też nie poczułam, że to jest jakiś wyjątkowy moment. Wcześniej byłam już cztery razy w półfinałach, więc nie było aż tak źle. W każdym sezonie są górki i dołki, normalna rzecz.
W finale w San Diego i potem w Montrealu przegrywała pani z Kuzniecową, a w Stanford i w Cincinnati z Szarapową. Rosjanki jakoś panią prześladują. I to skutecznie. Czy to dlatego, że obie nauczyły się z panią grać? - Z Kuzniecową były dość równe mecze, co najmniej jeden z nich mogłam wygrać, a Szarapowa gra ostatnio coraz lepiej, choć w Stanford może i była do ogrania. W Cincinnati źle się czułam, przyleciałam w ostatniej chwili prosto po finale z San Diego, a tam zawsze jest potworny upał, to najgorszy turniej jeśli chodzi o słońce. A Szarapowa super tam grała. Obie mają niższy ode mnie ranking, ale to właściwie są tenisistki z pierwszej dziesiątki, taka jest realna siła ich gry. Przegrać z nimi to żaden wstyd. Jeśli Szarapowa będzie grała w Nowym Jorku tak jak ostatnio, to można ją nawet uznać za faworytkę US Open.
Może tajemnica tego, że wyniki w sierpniu były lepsze niż np. wiosną, tkwi w nawierzchni. Twarde korty wyjątkowo pani służą. W Miami i Indian Wells też od jakiegoś czasu świetnie sobie pani radziła. - Czy ja wiem? Dziś większość turniejów jest na "hardkorcie", bez dobrej gry na tej nawierzchni nie ma co marzyć o wysokiej pozycji w rankingu. Nawierzchnia nie ma więc aż tak dużego znaczenia.
Kiedy rozmawialiśmy rok temu, rękę miała pani w bandażu, a kontuzja uniemożliwiła pani dobry start. - Teraz jest w porządku. Nic nie boli. Człowiek uczy się na błędach. Wtedy zepsułam sobie US Open, bo grałam za dużo, w sumie aż sześć imprez z rzędu. Niepotrzebnie pojechałam do New Haven, doznałam kontuzji i klops. Teraz tego błędu już nie zrobiłam. Ręka jeszcze czasem boli, jak np. jest deszcz i piłki są mokre albo jak są dwa długie mecze pod rząd. Ale nie ma porównania z tym, co było rok temu. Wtedy nie mogłam trzymać rakiety w ręku.
W internecie furorę robi filmik z San Diego z panią w roli głównej. Na golfowym treningu trafiła pani piłką w głowę kamerzysty! - (spazmatyczny śmiech) Dalej nie wiem, jak ja to zrobiłam, dalej się z tego śmieję. Dostał w głowę, ale nic mu się nie stało, bo piłka była tak podkręcona, że leciała bardzo wolno. To była promocja pola golfowego zorganizowana przez WTA. Ja w sumie lubię grać w golfa, choć nie umiem. Ale się nie zrażam! Zagrałam mu po prostu bekhend, ja nie umiem trzymać dobrze kija. W internecie obejrzało ten film już ponad 100 tys. ludzi, w tym chyba połowa to Ula [siostra Agnieszki], bo ciągle to ogląda i się śmieje ze mnie.
Porozmawiajmy o losowaniu. W I rundzie gra pani z Hiszpanką Arantxą Parrą Santonją. Co pani powie o rywalce? - Nigdy z nią nie grałam, ale wiem, że gra bardzo mocno, dwuręczny ma zarówno forhend, jak i bekhend, gra taki bardzo ostry tenis. Zobaczymy jak będzie
Dalej może być Chinka Peng, Rosjanka Pietrowa, kolejna Rosjanka Zwonariewa... - Nigdy nie komentuję losowania dalej niż I runda.
Przyzna pani jednak, że turniej kobiecy może być niezwykle ciekawy. Nie ma Sereny Williams, Justine Henin, w czołówce wiele dziewczyn gra w kratkę... - Rzeczywiście, każda może być w finale. U nas jest inaczej niż w męskim tenisie, gdzie skład półfinałów można właściwie w ciemno przewidywać.
Czy to oznacza, że kobiecy tenis jest słabszy, czy mocniejszy? - Kobiecy tenis jest bardziej wyrównany, pierwsza piętnastka jest właściwie na zbliżonym poziomie. Myślę, że jest przez to mocniejszy.
Pani faworyci do zwycięstwa? - U kobiet nie mam pojęcia, a u mężczyzn stawiam na Nadala. Wiem, że to wbrew wszystkim, bo mówi się, że to dla niego za szybkie korty, ale ja mam przeczucie. Nadal umie walczyć i będzie chciał wygrać, bo w Nowym Jorku nigdy nie zwyciężył.
Pani lubi Nowy Jork? Pamiętam, że cztery lata temu mówiła pani, że nie, bo jest tłok, hałas i smród hamburgerów. - Nowy Jork to ja lubię, szczególnie Manhattan. Nie przepadam za kortami. Moim numerem jeden pozostaje Australian Open, potem Wimbledon, US Open jest trzeci, a na końcu
Roland Garros. Tenisiści oceniają turnieje pod względem drobiazgów - czy samochody są na czas, czy trzeba czekać w kolejkach w restauracji dla zawodników, czy można bez problemu się zapisać na trening itd.
Weekend przed US Open to także różne imprezy, promocje, pokazy, no i słynne players party... - Ludzie myślą, że na players party to nie wiadomo jakie cuda się dzieją. A to jest zwykłe spotkanie, rozmowy, jedzenie, czasem jakieś tańce. Nikt przecież nie chleje i nie baluje pół nocy, bo rano trzeba wstać na trening. Na players party trzeba się pokazać, bo to też część naszej pracy, tak samo jak rozdawanie autografów, czy udział w różnych promocjach. Na niektórych turniejach za opuszczenie players party są nawet kary finansowe.
Przed Wimbledonem mówiła pani, że celem jest 1/8 finału-ćwierćfinał, co pani powie przed US Open? - Nie chcę wybiegać myślami daleko, koncentruję się na kolejnej rundzie, a wiadomo, że chcę zajść jak najdalej. Wiadomo też, że jest okazja, bo nie bronię dużo punktów. Mam jeszcze ciągle szansę, żeby pod koniec roku pojechać na Masters.
Po ośmiu miesiącach spowodowanych kontuzją kręgosłupa w Szlemie zagra pani siostra Urszula. - Ula wraca po ciężkiej kontuzji, ale dobrze, że już gra. Na efekty trzeba poczekać. Przy takich urazach często jest tak, że przestaje boleć w jednym miejscu, a zaczyna w innym, bo przeciążenia inaczej się rozkładają. W tym roku Ula ma prawo przegrywać, porażki nie są ważne, ważne żeby próbowała. Dopiero w przyszłym roku zacznie grać na poważnie i odbudowywać swoją pozycję.