Sport.pl

Edwin van der Sar. Nielatający Holender

Alex Ferguson nie chciał, by Edwin van der Sar zestarzał się na naszych oczach. Prawdopodobnie uznał, że pięciokrotny finalista Ligi Mistrzów na upokorzenia nie zasługuje i trzeba go chronić także przed samym sobą oraz kumplami z szatni, którzy usiłowali wyprosić bramkarza, by został z nimi na jeszcze jeden sezon - Rooney błagał ponoć pod prysznicem, drużyna gromadnie swoje apele wyśpiewywała.
3 : 1
Informacje
Liga Mistrzów 2010/11 - Finał
Sobota 28.05.2011 godzina 20:45
Wyniki szczegółowe
1 Poł
2 Poł
Wynik
FC Barcelona
1
2
3
Manchester United
1
0
1
Składy i szczegóły
FC Barcelona
Bramki:
Pedro (27.), Messi (54.), Villa (69.)
Kartki:
Alves (60.), Valdes (85.) - żółta
Skład:
Valdes - Alves (88. Puyol), Mascherano, Pique, Abidal - Xavi, Busquets, Iniesta - Pedro (90. Afellay), Messi, Villa (86. Keita)
Manchester United
Bramki:
Rooney (34.)
Kartki:
Carrick (61.), Valencia (80.) - żółta
Skład:
Van der Sar - Fabio (69. Nani), Ferdinand, Vidic, Evra - Valencia, Carrick (77. Scholes), Giggs, Park - Rooney, Hernandez
Zawodzili, aż Holender zaczął dumać, czy nie warto ponadwyrężać kończyn przez kolejny rok, tym razem już nieodwołalnie ostatni z ostatnich. Zagadnął trenera. Entuzjastycznej odpowiedzi nie dostał. Raczej sugestię, by sprawę głęboko przemyślał.

Kto regularnie spogląda na jego szczudłowatą, zawsze sprężoną do skoku i gotową do wykręcającej oczy ekwilibrystyki sylwetkę, nie miał prawa wypatrzyć powodu, by van der Sar rzucał futbol. Dziś, gdy w powszechnej opinii nikt w angielskiej Premier League nie broni zręczniej od niego? Gdy w wieku niespełna 41 lat nosi na sobie odsetek tłuszczu w organizmie identyczny z tym, który nosił jako dwudziestolatek? Gdy wrócił do przeszłości - i młodości zarazem - w sensie ścisłym, bo jak wiosny 1992, 1995 i 1996 roku żegnał w finałach europejskich pucharów, tak wiosny 2008, 2009 i 2011 żegnał w finałach Ligi Mistrzów? Gdy wywołuje wrażenie, że wraz z całym Manchesterem United wciąż potężnieje, bowiem doświadczenia i sprytu z każdym meczem mu przybywa, a refleksu i zwinności nie ubywa?

A jednak Ferguson, wśród trenerskich mędrców prawie jak mistrz Yoda, Holendra nie zachęcał. Nie zniechęcał, ale też nie zachęcał. Intencji możemy się jedynie domyślać - van der Sar przeskoczył w listopadzie czterdziestkę, zatem wszedł w fazę, w której nie znasz dnia ani godziny. Jeszcze przed chwilą kopnięta piłka płynęła przez powietrze wolniuteńko, jakby gotowa cierpliwie poczekać na twoją reakcję, a teraz pruje bez opamiętania, jakby chciała rozszarpać siatkę, zanim zauważysz, że wystartowała. Jeszcze przed chwilą rozciągałeś się do szpagatu jednym szarpnięciem, a teraz bez trzech stęknięć ani rusz. Pewne atuty w pewnym wieku znikają nagle, bez uprzejmego zaanonsowania, że party się kończy. I mogą uczynić bezbronnym nawet van der Sara, który woli z wyczuciem się przesuwać, by łapać piłkę na stojąco, niż wzlatywać pod poprzeczkę albo obijać się o słupki. On najchętniej nie rzucałby się na trawę nigdy, jego biograf utrzymuje wręcz, że uwielbianych przez bramkarskich szpanerów parad zwyczajnie nienawidzi, bo jeśli musi wygramolić się z trawy, nie zdąży błyskawicznie wznowić gry i pchnąć drużyny do kontrataku. Holender to lodowaty, obliczający współrzędne najbardziej ekonomicznych ruchów analityk, nie rozegzaltowany, latający efekciarz.

I w ogóle przypadek niepowtarzalny. Skoro stalowym uściskiem dłoni zgniótłby słupek, to w trakcie przedmeczowego powitania z rywalami lubi sprawdzić wytrzymałość ich palców. Swoje rzemiosło uważa za zbyt proste, by ubierać je w duże słowa, więc niezorientowanym tłumaczy, że nie uprawia sportu, lecz wykonuje zleconą robotę. Co brzmi jeszcze paradniej, kiedy dowiadujemy się, że dzięki wszechstronności i wyśmienitej grze nogami podczas mundialu w 1994 roku był królem strzelców treningów reprezentacji Holandii. To m.in. dlatego jako jeden z nielicznych obcokrajowców byłby idealnym bramkarzem dla Barcelony, również żądającej, żeby między słupkami stał ostatni obrońca, aktywnie uczestniczący w zabawie piłką. To m.in. dlatego musiał uciekać z Juventusu Turyn - kiedy tam podawał do partnerów z defensywy, ci wpadali w panikę, a trener we wściekłość.

Van der Sar gwałtownym porywom nie ulega. Ochraniającym pole karne kolegom wydaje rozkazy po cichu, ci czują się przy nim bezpiecznie właśnie ze względu na otaczający go bezwietrzny spokój, więc w ojczyźnie nazywany jest "lodowym królikiem". To zwrot nieprzetłumaczalny, ale nasz Tomasz Kuszczak jego doniosłość musiał pojąć prędko i z bólem. Gdy musiał wyręczać Holendra w bramce, pozbawieni strażnika piłkarze Manchesteru natychmiast czuli, że komfort gry się ulotnił, ostro rugali Polaka, dawali mu odczuć, że nie mają zaufania.

Wspomnianemu biografowi van der Sar najpierw odmawiał współpracy, argumentując, że nigdy nie potrafił zgrywać rockandrollowca i na papier wyleje się przeraźliwe nudziarstwo. Oczywiście się mylił, życie złożyło mu się ze zbyt wielu przejmujących dramatów, oszałamiających sukcesów i zaskakujących zwrotów, by cokolwiek jeszcze koloryzować literaturą.

Miesiącami rehabilitował żonę, która po wylewie przestała się ruszać, ale w bramce - kiedy już do niej wrócił - wciąż stał niewzruszony, skupiony, zdeterminowany, by jego osobista tragedia nie zniweczyła wysiłku kolegów. Gadatliwy nigdy nie był, ale tylko jemu zdarzało się zagadnąć szefa marketingu w klubie, jak to możliwe, że podniósł przychody o 30 proc., skoro koniunktury nie ma i inne działy ledwie wychodzą na zero. W reprezentacji Holandii rozegrał 130 meczów, więcej niż ktokolwiek inny, ale jej najcenniejszy sukces - ubiegłoroczne srebro mundialu - z własnej woli oglądał w telewizji. W Manchesterze ustanowił ligowy rekord świata, zachowując czyste konto przez 1311 minut, i uskładał mnóstwo trofeów, ale zdaje sobie sprawę, że mógł osiągnąć znacznie więcej. "Moją największą pomyłką było to, że nie ściągnąłem Edwina wcześniej" - wzdycha Alex Ferguson, który latami szukał godnego następcy legendarnego Petera Schemichela. I bezwiednie komentuje tym samym całą karierę van der Sara.

Bo to jednak był bramkarz wiecznie spóźniony. Profesjonalnym futbolistą postanowił zostać dopiero jako dorosły. Choć jeszcze w pierwszej połowie lat 90. zdobył Puchar UEFA i Puchar Europy, to potem aż sześć sezonów przeputał w zbyt małym dlań Fulham i - wcześniej - Juventusie (w Turynie wykończyli go nerwowo, wyjeżdżał stamtąd, jak opowiadał, z poczuciem, że rękawice zawsze zakłada wysmarowane masłem). I to pomimo zainteresowania Manchesteru, okazywanego mu już u schyłku poprzedniego stulecia, lecz nieskonsumowanego po decyzji szefów klubu, by wobec pozyskania Roya Carrolla dodatkowych pieniędzy na piłkołapa nie trwonić.

A zanim nauczył się Holender bronić rzuty karne, wielokrotnie przez nie przegrywał. W 1996 roku w finale Ligi Mistrzów i ćwierćfinale mistrzostw kontynentu, w 1998 roku w półfinale mundialu, w 2000 roku - gdy rozczarowali i koledzy, bo przestrzelili wszystkie "jedenastki" - w półfinale ME. Dopiero wówczas, będąc już po trzydziestce, skonstatował, że jego sławny poprzednik spomiędzy reprezentacyjnych słupków Hans van Breukelen uderzenia z karnych zatrzymywał wspaniale. Poprosił o nauki, dostał je, prędko pojął, że sukces zależy od skrupulatnego przestudiowania zachowań strzelających. I podczas Euro 2004 zatrzymał Olofa Mellberga, a Holendrzy wyeliminowali Szwedów. I w 2007 roku zatrzymał kolejno (!) trzech piłkarzy Chelsea, a Manchester zdobył otwierającą sezon Tarczę Wspólnoty. I w 2008 roku zatrzymał Nicolasa Anelkę, a Manchester wygrał Ligę Mistrzów. Właściwy cud nastąpił ułamek sekundy później. Van der Sar się zapomniał, zamaszystym ciosem przeszył powietrze, wreszcie ucieszył się jak nie on, z fajerwerkami.

Sobotniej porażki, przed którą wszystkie nawyki strzeleckie barcelończyków analizował na iPadzie, już nie przykryje triumfem. Rękawice zdjął na zawsze, choć się wahał - bramkarzom się zazdrości, bowiem sportowo żyją dłużej, ale zarazem trudniej podjąć im ostateczną decyzję. Oni nie wycofują się powoli, nie skracają sobie meczów do końcowej półgodziny, a potem kwadransa, zanim wyjdą z szatni na zawsze. Muszą wybrać właściwy moment, żeby pewnego wieczoru przed całym światem nie obnażyć swego niedołęstwa. Tego chciał van der Sar. Bramkarz, który przez całą karierę gorączkowo analizował, gdzie stanąć, by piłka pofrunęła wprost w niego. I pomogła mu nie chwalić się, że jest wirtuozem.


Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Więcej o: