Sport.pl

Liga niemiecka. Bayernu problem z kibolami

Bayern Monachium i niemiecki futbol z iście polskim dylematem: czy podjąć walkę z kibolami, którzy są dla klubu coraz większym problemem, ale zapewniają widowisko na trybunach?
"Kłamca" - to jedno z delikatniejszych określeń, jakich kibole Bayernu używają wobec Uli Hoenessa. Legenda Bayernu, jego prezes, jest tej wiosny wrogiem numer jeden monachijskich ultrasów. Powód jest prosty: deklaracja, że chciałby pomóc zadłużonemu po uszy TSV 1860 Monachium.

Gdy oprócz obraźliwych haseł na transparentach pojawiły się groźby, Hoeness powiedział jedynie, że "jest zaszokowany". Chętniej mówią inni. Dyrektor sportowy Bayernu Christian Nerlinger kiboli nazywa "wstydem dla klubu", szef rady nadzorczej Karl-Heinz Rummenige nie boi się słowa "hańba". Jednak kiboli ze stadionu nie wyrzucają. Dlaczego?

Gdy Bayern w marcu jeszcze prowadził w przegranym później meczu Ligi Mistrzów z Interem, na monachijskim stadionie dominowała cisza. Tysiące Niemców - przyzwyczajonych do tego, że regularnie płacą za możliwość oglądania zespół gwiazd - hit Champions League oglądało w milczeniu. Gdyby nie grupa monachijskich fanatyków mecze Bayernu byłyby pozbawione jakiejkolwiek żywiołowości na trybunach.

Jednych i drugich łączy słowo "Schickeria".

W Monachium ma ono podwójne znaczenie. Tak określa się snobistyczne towarzystwo, które lubi bywać w operze, teatrze, VIP-owskiej loży na stadionie ("schick" oznacza coś wyjątkowo szykownego, wytwornego).

"Schickeria" to również liczna grupa fanatyków. Allianz Arena bywa stadionem tętniącym życiem dzięki szalikowcom dbającym o oprawę i pobudzającym tysiące niezaangażowanych widzów do dopingu.

Jednak "Schickeria" ma też drugą stronę. Wiosną 2007 r. jej członkowie napadli na autobus z fanami z Norymbergi. Kierownictwo Bayernu poinformowało, że fani z "Schickerii" otrzymują dożywotni zakaz wstępu na stadion.

Tyle teorii. W praktyce zarząd niemieckiego klubu słowa nie dotrzymał. "Schickeria" jak była na stadionie, tak jest nadal.

Jesienią 2010 r. to policja prosiła o nałożenie na członków "Schickerii" zakazu wstępu na wszystkie stadiony w Niemczech. Zrobiła to po tym, gdy kibole jadący pociągiem na mecz w Mainz zaatakowali policjantów.

Teraz wrogiem szalikowców stało się kierownictwo własnej drużyny. Kiedy w przeszłości na swojej stronie internetowej kibole zamieścili zdjęcie, na którym stoją przed klubową kasą bez spodni - jakby w geście pogardy wobec cen biletów - działacze nie reagowali. Gdy jednak kibole od ponad miesiąca sprzeciwiają się zatrudnieniu w Monachium bramkarza Schalke Manuela Neuera, atakują Hoenessa i chcą dyktować warunki, zarząd klubu robi się coraz ostrzejszy. Były już zatrzymania, interwencja policji, wyrzucenie kilku najbardziej agresywnych kiboli ze stadionu. Jednak grupa - jako całość - pozostaje niezagrożona.

Jest tak, mimo że w Niemczech zakazem stadionowym można ukarać kibola w każdej chwili. Nie są potrzebne dowody. Wystarcza tzw. domniemanie popełnienia przestępstwa na stadionie. Tak było z jednym z monachijczyków, który w 2009 r. został ukarany 20-miesięcznym zakazem wyłącznie na podstawie podejrzenia, że jest członkiem "Schickerii" i mógł stosować przemoc. Sprawa trafiła nawet do niemieckiego sądu najwyższego, który nie zmienił werdyktu niższej instancji.

Szefowie Bayernu nie chcą otwartej wojny z szalikowcami, ale jednoczą się też przeciwnicy "Schickerii". Tysiące przeciętnych widzów - m.in. w serwisach społecznościowych - otwarcie sprzeciwia się kibolskiej dominacji w Monachium. A bez tych przeciętnych Bayern nie ma szans na wielkie pieniądze.

2,9 tys.

kiboli ma w Niemczech zakazy stadionowe. Najwięcej w Bundeslidze szalikowcy Bayernu - niemal 200.

Zakazy po niemiecku

Dla szalikowców ukaranych zakazami stadionowymi, ale nie łamiących od tego momentu prawa, kluby uruchamiają programy, w trakcie których mogą oczyścić się z zakazu. W Borussii Dortmund, po tym, gdy przedstawiciele kiboli, klubu oraz policjanci ustalili nowe zasady współpracy, szalikowcy z drobnymi wykroczeniami mogli wybrać: trzy godziny robót społecznych w zamian za anulowanie jednego miesiąca zakazu stadionowego. Rekordziści mieli kary trzyletnie. Skorzystało z tego kilkadziesiąt osób.

Zdarza się też - co w Niemczech jest krytykowane - że kluby same odwieszają zakazy. Schalke, gdy odczuło, jak zmienił się doping na stadionie, zakazy uzgadniało z samymi kibolami. Policja przekazała nazwiska "zagrożonych" osób, a szalikowcy i tzw. koordynatorzy pośredniczący między fanami a klubem zobowiązali się do ich pilnowania.

Więcej o: