Sport.pl

Czy wreszcie przestaniemy klęczeć przed kibolem

Przypadki "Litara" i "Starucha" są najsmutniejsze. Uświadamiają, że w Polsce mamy wszystko, by kibolstwo skutecznie zwalczać, oprócz chęci właściwych ludzi, by je zwalczać
Sport.pl na Facebooku! Najświeższe informacje »

Rok temu w artykule "Kibolski klub sportowy Lech" napisaliśmy, że szefowie aktualnego mistrza Polski nie tylko tolerują na stadionie, ale świadomie współpracują z kryminalistami. Od tamtej pory ujawnialiśmy szczegóły: o hołubionych na poznańskich trybunach bandytach zamieszanych w handel narkotykami; o bojówkarzach podejrzanych o przynależność do gangów, którzy organizują mecze Lecha; o wpuszczaniu kiboli na obiekt bez żadnej kontroli; o powierzeniu im utrzymywania tam bezpieczeństwa i zarabiania milionów na kateringu; o przestępczej przeszłości Krzysztofa Markowicza, przywódcy kibolskiej Wiary Lecha oraz Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców.

Ten ostatni to "Litar". Na czele "kibiców" w Polsce stoi człowiek, który publicznie przyznaje, że komfort oglądania meczów ma "w d...", temu, kto za cicho kibicuje, grozi "masażem twarzy" i nazywa "piz...". I który podczas meczu Polska - Wybrzeże Kości Słoniowej popychał, opluł i wyrzucił z trybuny rodzinę z dziećmi. Siostra oplutej kobiety mówiła nam: - Ten pan [Markowicz] kazał nam wyp... Nie podobało mu się, że jesteśmy ubrani w barwy reprezentacji.

Odpowiednikiem "Litara" na stadionie Legii jest "Staruch", który po śmierci współwłaściciela klubu Jana Wejcherta (drugim jest Mariusz Walter) zaintonował "Jeszcze jeden!". Zarząd obiecywał, że "już nigdy nie wpuści go na stadion". Ale "Staruch" od jesieni znów "prowadzi doping", czyli intonuje - przez zamontowaną za zgodą klubu aparaturę nagłaśniającą - co mają śpiewać inni (m.in. bluzgi typu "strzelcie, k..., gola").. A w internetowym filmie sławiącym uroki kibolstwa ryczy przez mikrofon (nagrane przed meczem): "Nie wiem, czy część z was się zorientowała, ale jesteśmy na » żylecie «. A to nie jest miejsce dla jakichś, k..., odpicowanych małolatek, dla jakichś długowłosych, k..., pazi, dla jakichś, k..., gamoni. Jak widzisz, że kolega obok ciebie nie śpiewa, to zaj... mu w łeb. Posłuchaj: wyp..., jak nie chcesz śpiewać, bo ci zaj... w łeb zaraz". W sobotę "Staruch" uderzył piłkarza swojej drużyny Jakuba Rzeźniczaka.

Poznań i Warszawa nie są wyjątkami, wśród kibolskich wodzów roi się od person, które trzeba by trzymać z dala od sportu, żeby swoją wypaczoną wizją świata nie infekowały najmłodszych widzów, dopiero uczących się dopingowania. Duchowym patronem znacznej części kiboli identyfikujących się ze Śląskiem Wrocław jest Roman Zieliński, autor książki "Jak pokochałem Adolfa Hitlera" i kultowej wśród nich pozycji "Liga chuliganów".

Przypadki "Litara" i "Starucha" są jednak najsmutniejsze, bo uświadamiają, że w Polsce mamy wszystko, by kibolstwo skutecznie zwalczać, oprócz chęci właściwych ludzi, by je zwalczać.

Obaj kibole po wielokroć zachowywali się haniebnie, wybryki obu zostały nagłośnione i z detalami opisane, obu dawno temu można było bezzwłocznie ukarać stadionową banicją. I obaj reprezentują stadionową mniejszość. Mniejszość najbardziej jazgotliwą, wulgarną i agresywną, ale mniejszość. Mniejszość terroryzującą resztę trybun - słabszą, bo nie tak zorganizowaną, skupioną na piłce nożnej - skazaną na znoszenie ich bluzgów i ostentacyjną pogardę dla zawodników, których niby dopingują, ale zarazem wyzywają z obrzydzeniem od "grajków", ewentualnie leją po twarzach.

Rządami cywilizowanej kibicowskiej większości delektowałem się niedawno w Dortmundzie. W niespełna 600-tysięcznym mieście 80 tys. ludzi przychodzi na każdy mecz. Jeśli ostrożnie założyć, że każdy z nich ma w rodzinie lub gronie znajomych dwóch fanów podziwiających piłkarzy w telewizji, w każdej kolejce Bundesligi uczestniczy około 250 tys. osób. Czyli co weekend mają tam wydarzenie angażujące emocjonalnie blisko połowę mieszkańców miasta rozmiarów Poznania.

U nas tak być nie może. Szefowie klubów widzą w Polakach naród kaleki, który futbolem w stanie czystym pasjonować się nie będzie nigdy, więc pozostaje oddać stadiony grupce cwanych bandytów. Naprawdę skromnej grupce, bo sektory "najbardziej fanatyczne" wypełnia głównie mięso armatnie, czyli zagubieni młodzi poddawani manipulacji dla finansowych zysków nimi manipulujących. Pisaliśmy o tym nie jeden raz, nasze tezy potwierdził kazus Lecha - za determinacją kibolskich hersztów kryje się interes ekonomiczny, oni potrzebują tłumu po to, by wyciągać gruby szmal.






Prezesi klękają przed kibolem też z troski o swój biznes, rzekomo bez chuligańskiego "wsparcia" zagrożony. Dziennikarze milczą z lenistwa i ze strachu, bo zajmowanie się patologią jest niewdzięczne, o czym wie każdy, komu kibolstwo groziło, kogo kibolstwo próbowało zohydzić w internecie albo nękało telefonami.

W każdym cywilizowanym kraju, który dba o kulturę sportową i szerzej - higienę życia społecznego, uderzenie Rzeźniczaka byłoby głównym tematem weekendu. Wyobraźcie sobie, że jakiś bydlak zeskakuje z trybun w Madrycie, by uderzyć Sergio Ramosa z Realu. Albo londyńczyk uderza Branislawa Ivanovicia z Chelsea. Albo mediolańczyk uderza Maicona z Interu.

U nas większość milczy albo bąka coś półgębkiem, byle odbębnić obowiązek. TVN, TVN 24 i Onet.pl - mające z Legią wspólnego właściciela - do wczoraj o sprawie się nie zająknęły, wyjąwszy jedną małą notkę w portalu. Utrzymujący ligę przy życiu - i dlatego przez lata zdolny wymuszać zmiany - Canal+ w swoim flagowym, podsumowującym weekend programie "Liga+ Ekstra" też o Rzeźniczaku zapomniał, podobnie jak TVP - ponoć misyjna - w również podsumowującej kolejkę "Szybkiej piłce". Chwaląca się swoją opiniotwórczością "Rzeczpospolita" skwitowała skandal pojedynczym, schowanym w głębi tekstu zdaniem, choć akurat w walce z kibolstwem - kwestią ponad ideologicznymi i politycznymi sporami - wyjątkowo mogłaby stanąć z "Gazetą" ramię w ramię.

Legia wczoraj wreszcie zareagowała, ale wcześniej pozwoliła na poniżenie przestraszonego - jak się domyślamy - piłkarza, dopuszczając do jego spotkania z kibolem. Obaj, jak czytamy w opublikowanym wspólnym oświadczeniu, "wyjaśnili sobie wszystkie nieporozumienia", bijący nawet nie przeprosił. Nie przeprosił, dodajmy, ulubionego piłkarza właściciela klubu Mariusza Waltera, który o pracowitym, pochodzącym z niebogatej rodziny Rzeźniczaku mówi wręcz z czułością.

Za karę "Staruch" ma nie wrócić na stadion. Jak długo? Czy Legia znów stanie się jedynym polskim klubem, który usiłuje wypalić z trybun kibolską gangrenę?

Staruch rok bez Legii Warszawa »


Więcej o: