Sport.pl

Ekstraklasa. Legia - słabi lecz zwycięscy

W meczu dwóch słabych zespołów Legia lepsza od Arki. Drużyna Macieja Skorży wróciła przynajmniej na drugie miejsce. Korona przegrała w Zabrzu
W 38. minucie piłkarze Legii wyprowadzili pierwszą w meczu kontrę. Vrdoljak wpadł w pole karne, ale podał bardzo źle i bramkarz Witkowski złapał piłkę. Za jego plecami przewrócili się legionista Radović i Holender Bruma z Arki. Chwilę wcześniej Serb faulował obrońcę gości i sędzia już wtedy powinien przerwać akcję. Nie zrobił tego. Kiedy podnosili się z murawy, a Witkowski szykował do wznowienia gry, Bruma - w ramach rewanżu - pociągnął Radovicia za koszulkę i powalił na ziemię.

Ciężko stwierdzić, który którego faulował bardziej. Słabo spisujący się w całym spotkaniu japoński arbiter Masaaki Toma, który prowadził m.in. mecze Lecha z Lechią i Polski z Wybrzeżem Kości Słoniowej, gwizdnął i podyktował kontrowersyjnego karnego. Kapitan Legii strzelił lekko, niemal w środek bramki. Piłka przeleciała pod brzuchem bramkarza Arki i Legia szczęśliwie prowadziła. Wcześniej nic nie wskazywało na to, że drużyna Macieja Skorży zdobędzie bramkę, bo grała słabo.

Mecz z Arką był tegorocznym pożegnaniem Legii z Łazienkowską. Miał również być rehabilitacją w oczach kibiców za wstydliwe 0:4 z Wisłą w poprzedniej kolejce. Trener zmienił bramkarza Machnowskiego na Skabę, skrzydłowego Szałachowskiego na Iwańskiego, napastnika Kucharczyka na Mezengę. Na prawą obronę wrócił odsunięty za kartki Rzeźniczak. Zmieniło się też ustawienie - skrzydłowy Radović był początkowo drugim napastnikiem. Roszady nic nie dały.

Pierwsza połowa była najgorszą w wykonaniu Legii w tym sezonie. Do momentu wątpliwego karnego warszawianie byli pod bramką Arki trzy razy: wykonywali dwa rzuty rożne, jeden wolny i oddali jeden celny strzał. A przecież grali z drużyną, która na obcym boisku nie strzeliła bramki od 21 listopada ubiegłego roku (mecz z Piastem w Gliwicach). Wtedy do bramki trafił Budziński - w piątek miał idealną okazję, ale na początku nie wykorzystał szansy sam na sam ze Skabą. W tym sezonie na wyjazdach Arka wywalczyła dwa punkty w siedmiu meczach. Okazja do zmazania plamy z Krakowa była świetna.

Legioniści grali wolno, statycznie i bez najmniejszego pomysłu. Wszystkim rządził chaos. Z ligowej szarzyzny wyróżniał się pewny bramkarz Skaba, który zagrał w bramce Legii w ligowym meczu po raz pierwszy od ósmego marca 2009 r. Potem był wypożyczony do Polonii Bytom, a tę rundę rozpoczął jako numer trzy, a skończy pewnie jako numer jeden. Na dobrą sprawę jednak dziś nie wiadomo, który bramkarz stanie między słupkami po zimowych przygotowaniach. Ogniw nadających się do wymiany jest więcej niż zawodników, którzy mogą poprowadzić Legię do mistrzostwa Polski.

Druga połowa była równie słaba jak pierwsza. Ambitni gdynianie próbowali wyrównać, Legii zależało żeby bramki nie stracić. Atakowała więc oszczędnie. Do 80. min nie było celnego strzału. Wtedy Mezenga kopnął piłkę wzdłuż bramki, a Witkowski wbił ją ręką do własnej bramki. Chwilę później Iwański nie wykorzystał sytuacji sam na sam, potem japoński sędzia za drugi faul w ciągu kilkunastu minut wyrzucił z boiska arkowca Płotkę.

Po stracie gola i piłkarza Arka czekała już na końcowy gwizdek. Mecz skończyłby się wynikiem 2:0 dla Legii, ale w ostatniej minucie bramkarz gości Norbert Witkowski nie złapał piłki po strzale z rzutu wolnego Tomasza Kiełbowicza. Wyślizgnęła mu się z rąk, wpadła do siatki i trzy punkty zostały w Warszawie.

Więcej o: