Sport.pl

Liga włoska. 12. kolejka. Milan króluje. Inter abdykuje?

Mnóstwo ofiar, jedna czerwona kartka, jeden rzut karny, jeden gol. Jeden, ale bezcenny. Derby dla Milanu, który nie tylko zwycięża 1:0, ale rozciąga przewagę nad Interem do sześciu punktów.
Nie wszyscy wiedzieli, kto wygra, ale niemal wszyscy typowali, że rozstrzygający będzie pojedynek lubiących chuliganić dryblasów, napastnika Zlatana Ibrahimovicia i 37-letniego już obrońcy Marco Materazziego. Występ tego ostatniego uświadamiał skalę kadrowych kłopotów Interu - w tym sezonie nie wszedł na boisko nawet na moment ani w Serie A, ani w Lidze Mistrzów.

Wszedł dopiero, gdy nastał wieczór najbardziej prestiżowy. I nie minęło pięć minut, gdy sfaulował w polu karnym szwedzkiego rywala. Sfaulował niepotrzebnie, bo sytuacja nie była krytyczna, miał wsparcie innego defensora, pewnie grającego tej jesieni - w przeciwieństwie do większości partnerów - Lucio.

Ale stało się. Z jedenastu metrów uderzał sam Ibrahomovic. I było 0:1.

Po objęciu prowadzenia Milan na szczyty wznosić się nie musiał. To szokujące, jak Inter - wiosną nieustraszony - ostatnio wyblakł. W niedzielę przez pół godziny z okładem brakowało mu siły, idei, wściekłej reakcji na straconego gola. Znów przypominał tamtą drużynę sprzed ery Mourinho, która w wielkich wyzwaniach Ligi Mistrzów pokornie czekała na wyrok. Dopiero niedługo przed przerwą gospodarze się ocknęli. Bramce Abbiatiego jednak nie zagrozili, a Milan - w pełni usatysfakcjonowany wynikiem - kiedy mógł, maksymalnie wydłużał przetrzymywanie piłki w środku pola.

Materazzi debiutował w tym sezonie w lidze, bo Walter Samuel zerwał kolanowe więzadła. Bo całą drużynę obrońców tytułu zdziesiątkowały urazy, które po przyjściu trenera Rafaela Beniteza kładą kolejnych piłkarzy niemal każdego dnia. Wczoraj obciążeń nie wytrzymał nawet nastoleni Joel Obi. Kolejny uraz mięśniowy, jeszcze w pierwszej połowie musiał zastąpić go inny młodzieniec, Coutinho.

Na drugą połowę nie wyszedł również Diego Milito. Fenomenalnego wiosną snajpera, który wrócił na murawę po miesiącu leczenia się, zastąpił Goran Pandev, inny rekonwalescent.

Derby brzydły z minuty na minutę. Zasłużoną czerwoną kartkę dostał Abate, przed przerwą być może zasłużył na nią też Gattuso, na granicy wykluczenia balansował nacierający korkami w Materazziego Ibrahimovic. Goście mogli kończyć w ośmiu.

Fauli było sporo, kontuzja goniła kontuzję. Rzadko zdarzają się mecze z czterema zmianami przed 60. minutą. Na San Siro się zdarzył.

Inter jest w coraz większych opałach. I ze względu na sytuację w tabeli (piąte miejsce!), i ze względu na kolejne urazy. Nie wiadomo, jak poważne. Ale wiadomo, że za tydzień nerazzuri jadą na mecz z Chievo, które w ostatnich czterech kolejkach straciło jednego gola. A nastroje w szatni obrońców tytułu są coraz podlejsze.

Milan do pozycji lidera musi się dopiero po przyzwyczajać, ale i na tę drużynę nieszczęścia spadają stadami. W środę straciła na cały sezon Filippo Inzaghiego (zerwał więzadła), w piątek lekarze zdiagnozowali kolejne naderwanie mięśnia udowego u Alexandre Pato. 21-letni napastnik w zeszłym sezonie bez końca leczył nogę prawą, w tym sezonie co rusz nie wytrzymuje mu lewa. Brazylijczyk, któremu mnóstwo eksperów wróżyło karierę na miarę nagród dla najlepszego gracza globu, staje się pacjentem chronicznym i z trudem wracającym do zdrowia - nęka go lęk, że następnym ostrym zrywem wyrządzi sobie krzywdę.

Pato czeka przerwa przynajmniej do końca roku, więc jeśli odpoczynku będzie potrzebował Ibrahimovic, na środku ataku Milanu będzie ziała czarna dziura. Robinho to raczej skrzydłowy, Dominic Adiyiah został wypożyczony do Regginy, innych napastników nie ma. Dlatego rossoneri sięgają po swoją ulubioną metodę transferową - chcą dopaść piłkarza zdolnego, którego gdzie indziej nie chcą. W styczniu planują zaoferować Realowi Madryt 15 mln euro za Karima Benzemę obwołanego przez trenera Mourinho niereformowalnym leniem. A jeśli się nie uda, rozważają pozyskanie 31-letniego snajpera Atletico Madryt Diego Forlana.

Hit największy poprzedził hit mniejszy, za to bardziej interesujący. Mecz Juventusu z Romą toczył się imponującym, rzadko widywanym ostatnio w Serie A tempie, a kończył - i w pierwszej, i w drugiej połowie - klasyczną włoską awanturą. Trwał w sumie ponad sto minut.

Tuż przed przerwą, w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry, goście wykonywali rzut wolny. I po kopnięciu Tottiego sędzia odesłałby pewnie gwizdkiem piłkarzy do szatni, gdyby strzału ręką nie zatrzymał Pepe. Z rzutu karnego też strzelał 34-letni kapitan rzymian. Zanim jednak wyrównał na 1:1, protestujący turyńczycy opadli arbitra, który miał prawo rozdawać żółte kartki hurtem.

W 50. minucie drugiej połowy znów zawrzało, bo Chiellini nie chciał zrozumieć, że skoro obficie krwawi (z głowy i tak owiniętej bandażem), to ma obowiązek zejść z boiska, by opatrzył go lekarz. Tym razem to Juventus miał rzut wolny i najlepszy obrońca gospodarzy liczył, że przyda się w polu karnym. Kiedy arbiter nie pozwolił, wściekły Chiellini usiadł na trawie. Z czasem zszedł, potem wrócił, ale wyniku już nie zmienił. 1:1.

Incydenty wieńczące grę oddawały poziom emocji i napięcia, jakie unosiły się nad murawą. Poprzedziły je jednak delicje czysto futbolowe. Gospodarze objęli prowadzenie po akrobatycznym woleju Vincenzo Iaquinty, który wykorzystał dośrodkowanie Alberto Aquilaniego. Ten ostatni - odzyskany dla włoskiego futbolu po koszmarnym sezonie w Liverpoolu - zachwycał sprytnymi podaniami, skutecznie dryblował, decydował, którą flanką gospodarze zaatakują. Czyżby Juventus znalazł nowego lidera?

Milion euro odszkodowania dla Cassano?  »


Więcej o: