Sport.pl

Rafał Stec: Siatkarz musi wygrywać, piłkarzowi wystarczy być

Odkąd odkryłem istnienie Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości (powstał w Ameryce już 18 lat temu!), nieco śmielej przyznaję się publicznie do swej idei, żeby zlikwidować polską piłkę nożną.
Na amatorskie gierki delikwentów szczególnie opornych oczywiście przymknąłbym oko. Nie chcę totalnego zakazu, myślę raczej o finezyjnym eksperymencie inżynierii społecznej - szeroko zakrojonym zohydzaniu uprawiania futbolu przy równoczesnym zachwalaniu innych sportów, co z czasem wsparlibyśmy ustawą o rozwiązaniu klubów, rozbiórce stadionów, przymusowej reedukacji relacjonujących kopaninę dziennikarzy etc. Ot, skosić równo z trawą, byle ostrożnie i stopniowo, bez uwieszania u portfeli podatników setek tysięcy bezrobotnych, którym nie wystarczyłoby kompetencji - od menedżerskich po etyczne - na zarządzanie jarzyniakiem.

Aktywistami Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości kieruje przekonanie, że ludzie uświniają planetę i bez nich wyglądałaby ona ładniej. Mną kieruje silne przekonanie, że ludzie polskiej piłki uświniają polski sport i bez nich wyglądałby on ładniej. Wysłuchuję też utyskiwań przedstawicieli innych dyscyplin, często wybitnych w skali globalnej, wypytujących po kolejnych boiskowych katastrofach, sądowych wyrokach skazujących oraz kibolskich plugastwach o granicę upodlenia naszego futbolu, poza którą Polak ze wstrętem się odeń odwróci.

Czy kiedykolwiek zdołają zepchnąć go w cień dekorowane medalami siatkówka lub szczypiorniak?

Nie zdołają. Wyniki niedawnego raportu firmy Ernst & Young tylko pogłębią kompleks innych sportowców - oto w okresie gnicia na historycznym dnie nasz futbol staje się dynamiczne rozwijającym się biznesem. Kluby przegrywają, lecz zarabiają. Powtarza się paradoks sprzed kilku lat - jak teraz pucharowe klęski nie wstrzymują wzrostu przychodów, tak wówczas wybuch bezprecedensowej w Europie afery korupcyjnej zbiegł się z wzrostem frekwencji na trybunach.

Wypatrujący przepływu tłumu z otwartych stadionów do zamkniętych hal, porzućcie wszelkie nadzieje. Jaźń amatora nadwiślańskiej kopaniny pozostaje fascynującą osobliwością, argumentacja broniąca powabu polskich murawianych wykopków brzmi właściwie zawsze tak samo - nasza liga jest fajna, bo jest nasza. Argumentacja ujmująca prostotą, a zarazem obezwładniająca - nie sposób jej obalić ani choćby podważyć.

Niezawodnie działa również mechanizm wyparcia. Pewien typ bywalca stadionów zniesie każdy fetor, sam pamiętam zdumiewającą reakcję kolegów z poznańskiego oddziału "Gazety" na zarzuty korupcyjne dla Piotra Reissa. Po teoretycznie szokujących wieściach, że symbol poznańskiego Lecha mógł poznańskiego Lecha zdradzić za srebrniki, na łamach przeczytałem wywód o spodziewanych sportowych korzyściach z podejrzeń wobec gwiazdora - miały rozwiązać problem z odsuwaniem na ławkę rezerwowych podstarzałego, lecz zasłużonego gracza. Wyobrażacie sobie madrycką prasę, która po oskarżeniu o handel punktami Raula Gonzaleza pociesza się konstatacją, że niezręczne byłoby trzymanie go w rezerwie?

Gdybyśmy unicestwili polską piłkę, nasz sport zyskałby...

... także dlatego, że utalentowani atletycznie młodzi zajęliby się czymś pożyteczniejszym i wreszcie nie marnotrawilibyśmy zdrowej tkanki narodu na wyzwania, którym nigdy nie podołamy. Wypada dojrzeć i spojrzeć przeszywającej prawdzie w oczy: narodem futbolistów to my nie jesteśmy. Owe niespełna półtorej dekady sukcesów (lata 1970-1983, biorąc pod uwagę międzynarodowe popisy klubów i reprezentacji) rozum nakazuje uznać raczej za zakłócenie naturalnego porządku rzeczy, a przecież nawet wtedy nie udało się niczego wygrać. Europejskie puchary zdobywali piłkarze z Belgradu, Bratysławy, Budapesztu, Bukaresztu, Kijowa, Magdeburga, Tbilisi czy Zagrzebia, nasz prymus - zabrzański Górnik - dokopał się ledwie do finału.

Kiedy czas anomalii minął, obnażyła nas rewizja granic. Gdyby zwarta socjalistyczna Europa nie rozczłonkowała się na maciupeńkie państewka, nie znęcałyby nad Polakami Słowenia, Słowacja i Łotwa, Levadia Tallin, Dinamo Tbilisi i Vetra Wilno. A do rosołu nasi jeszcze rozebrani nie zostali, na swoją kolej wciąż czekają coraz zuchwalej rozbijający się po zachodnich ligach Czarnogórcy, Bośniacy, Macedończycy.

Niestety - znów zwracam się do siatkarskiego wicemistrza świata i mistrza Europy - nawet z Bałkanów ocalenie nie przyjdzie. Jeszcze raz przypomnij sobie lata 70., z których pochodzą mity założycielskie polskiej potęgi w grach zespołowych. Hubert Wagner osobowością przyćmiewał Kazimierza Górskiego, to jego wybrańcy sięgali po złoto, to oni prali znienawidzonych Ruskich. A jednak wygrał futbol.

Zapaść w branży zazwyczaj odbija się na ludziach,

których branża utrzymuje. Piłkarzy ta reguła nie dotyczy, polski ligowiec nie tylko nie dostał ostro po dupie, on wciąż wiedzie słodkie życie. Wałkoni się na treningach i między nimi (rzućcie okiem na jego brzuch, z którego spływa narośl o konsystencji budyniu), do pracy wpada na chwilę (nie ma mowy o urzędowych ośmiu godzinach), świetnie zarabia, rozdaje autografy, czuje się gwiazdką niszowej telewizji. Z jego perspektywy niewiele się zmieniło, to czołowi siatkarze musieli doskoczyć do światowej czołówki, by w ogóle móc porównywać się z nim pensją. Płacące za futbolowe transmisje lub skróty meczów stacje niechętnie oceniają, jak jest, bo gdyby uczciwie oceniały, obsobaczałyby własny produkt.

Produkt cenny, o który biją się w emocjonujących w przetargach. Klęski za granicą nie zniechęcają, bo polska piłka jest grajdołem w pełni autarkicznym - kibic z Krakowa nasyci się triumfem nad Warszawą, kibica z Warszawy kręcą zmagania z Poznaniem itd. Samowystarczalność daje futbolowi ogromną przewagę nad innymi dyscyplinami, które bez sukcesu na zewnątrz nie istnieją, nie umieją rozwinąć silnych marek na lokalnym rynku. Potentaci siatkarscy wywodzą się z małych miast (Bełchatów, Rzeszów, Kędzierzyn-Koźle, Jastrzębie), karmią ich często spółki skarbu państwa, stołeczna Politechnika z trudem wynajduje niezbyt hojnych sponsorów. Między Bełchatowem a Kędzierzynem skwierczą sztuczne ognie, lud rozpalają futbolowe animozje między metropoliami.

Nadciągają potencjalnie jeszcze lepsze czasy, bo w wielkich miastach rosną wielkie stadiony. Żeby je zaludnić - także kibicem zamożniejszym, niezbędnym do rzucenia wyzwania zagranicznej konkurencji - kluby muszą się postarać. Odchamiać trybuny, zadbać o fana, który na razie stadionu się brzydzi. Jeśli zadowolą się rolą panów na własnej zagrodzie i wygrywaniem lokalnej ligi patałachów, nie muszą - to demoralizujący rdzeń samowystarczalnego systemu - robić nic. Wystarczy im być.