Sport.pl

Wojciech Szczucki: PZPS dmucha balon

- Inne dyscypliny mogą pozazdrościć siatkówce popularności, i pieniędzy, ale jeśli słyszę z ust prezesa, że Polskę stać na każdego selekcjonera, to burzy się we mnie krew, bo nikt w związku nie zastanawia się, czy nawet najdroższy trener będzie miał z kogo wybrać kadrę - mówi Wojciech Szczucki
Po 1. kolejce Plus Ligi: Pieniądze to nie wszystko »

W rozpoczętym właśnie sezonie ekstraklasy siatkarzy jest aż ośmiu wychowanków warszawskiego Metra. Wszyscy grają w podstawowych składach swoich klubów, na Zbigniewie Bartmanie, Piotrze Nowakowskim, Bartoszu Gawryszewskim ma być oparta kadra nowego selekcjonera.

Przemysław Iwańczyk: Jakim cudem w rozgrywkach PlusLigi występuje aż ośmiu wychowanków małego, przyszkolnego klubu z warszawskiego Ursynowa?

Wojciech Szczucki: Sam się nad tym głowię (śmiech), zwłaszcza że to ludzie z ledwie trzech roczników - 1987, 88 i 89. Poważnie mówiąc, tajemnica tkwi w dobrej selekcji, a później odpowiednim prowadzeniu tych chłopców. Nie zależy nam tylko na zdobywaniu medali w kategoriach młodzieżowych. Patrzymy na wychowanków, czwarto-, piątoklasistów w szerszej perspektywie. Kształtując ich, już teraz zastanawiamy się, co z nimi będzie nawet za 10 lat.

Nie zależy panu na medalach? To przecież podstawa zdobycia państwowych dotacji.

- Takie myślenie jest jedną z największych bolączek polskiego sportu. Kluby są przez to skazane, by szukać nie najzdolniejszych, ale takich, którzy zagwarantują doraźny sukces. To zły system, zwłaszcza w siatkówce, gdzie my, trenerzy ,często widzimy w zawodniku kandydata na wielkie granie, ale dopiero za kilka lat. Co z tego, że niektórzy jeszcze są nieprzygotowani do walki o medale. Nie pomijajmy takich. Urosną, dojrzeją, będą wielkimi graczami.

W Metrze mamy i jedno, i drugie - myślimy przede wszystkim o przyszłości, ale po drodze udaje sięgnąć się po jakiś medal. Nie ma konfliktu, który zabija szkolenie młodzieży.

Sukces tkwi w selekcji. Jak ona wygląda w siatkówce?

- Opowiem, jak wygląda u nas. Zdarza się i tak, że któryś z naszych trenerów, jadąc tramwajem lub przechadzając się w hipermarkecie, dostrzeże wysokiego chłopca. Choć bywa to czasem niezręczne, podchodzimy do niego i proponujemy przyjście na zajęcia. Zresztą wystarczy nam spojrzeć na rodziców - mama duża, ojciec wielki, to i syn będzie miał niezłe warunki. Nie przepuszczamy żadnej okazji. A może właśnie z koszykiem na zakupach idzie przyszły mistrz świata...

Obecnych ligowców, często reprezentantów Polski, też pan tak znalazł?

- Oni akurat przychodzili z tradycyjnych naborów albo wyłowiliśmy ich w okolicznych szkołach.

Skąd pomysł na młodzieżowy klub siatkarski w środku największego warszawskiego osiedla?

- Jestem spadkobiercą tego, co wymyślili kilka lat temu moi koledzy - Dariusz Kopaniak i Krzysztof Zimlicki. Wszystko wynika z pasji i świadomości tego, jak wychować najlepszych w Polsce siatkarzy, oraz potencjału, bo Ursynów to przecież dzielnica na miarę większości polskich miast. Naszym celem było ściągać chłopaków z całej Warszawy, stąd usytuowanie klubu nieopodal linii metra. Stąd też wzięła się nasza nazwa.

Dlaczego w rozgrywkach PlusLigi największe i najbogatsze kluby same nie wychowują młodzieży, tylko biorą gotowych, ukształtowanych siatkarzy?

- Łatwiej jest kupić, niż wyszkolić. A właściwie nie kupić, tylko zaproponować atrakcyjny kontrakt, bo w siatkówce nie ma transferów, jedynie niewielki ekwiwalent za wyszkolenie. Kluby wychodzą z błędnego założenia, że ryzyko biegania za chłopcem z podstawówki, który jeszcze niewiele umie, jest zbyt wielkie. Może i to się nie opłaca, ale nasza filozofia jest zupełnie inna. W klubie pracują pasjonaci, którzy później z dumą czytają skarby kibica, a w nich nazwiska naszych wychowanków.

Wasi ludzie wchodzą już do reprezentacji Polski, pod tym względem zostawiacie w pobitym polu Szkołę Mistrzostwa Sportowego, na którą idą gigantyczne pieniądze z Polskiego Związku Piłki Siatkowej.

- SMS także padły ofiarą polskiego systemu sportowego, w którym wynik jest najważniejszy. Trener, który prowadzi kadrę dwa, trzy lata i nie zdobywa medali, ma naprawdę ciężkie życie. Nikt nie analizuje, ilu z jego wychowanków trafia później do pierwszej reprezentacji, więc taki szkoleniowiec się zatraca, nie ma w głowie, jak prowadzić chłopaka, by za kilka lat był dobrze ukształtowanym sportowcem. W Polsce jest naprawdę wiele talentów siatkarskich. Są znakomici technicznie, ale fizycznie jeszcze nie dojrzeli i takich w SMS-ach nie chcą. Później przepadają, bo nikt ich nie monitoruje, ważniejsi są ci najwięksi i najsilniejsi. Przyznam nieskromnie, że Metro uratowało wiele karier. Np. Piotr Nowakowski zaczął późno dojrzewać i w myśl systemu obowiązującego w SMS nie nadawał się do siatkówki.

SMS są potrzebne, ale w PZPS brakuje wizji, jak mają funkcjonować.

Czyli kasa, która idzie na SMS, w większości wyrzucana jest w błoto?

- Nie chcę wnikać, jak PZPS wydaje pieniądze, ale jeśli słyszę z ust prezesa, że Polskę stać na każdego selekcjonera, to burzy się we mnie krew, bo nikt w związku nie umie zejść na ziemię i zastanowić się, z kogo później ten nawet najdroższy trener wybierze kadrę.

Skoro o kasie mowa, jeśli z naszego klubu wszystkie trzy grupy - kadeci, młodzicy i juniorzy - zakwalifikują się do walki o mistrzostwo Polski, sami musimy znaleźć 40 tys. zł, by na te imprezy w ogóle jechać. W podobnej sytuacji jest większość klubów, bo PZPS, który jest organizatorem rozgrywek, nie dokłada złotówki. Przepraszam dokładają. Za kilkaset złotych kupują medale i puchary, na tym ich rola się kończy.

Mimo że nasz klub wychowuje wielu reprezentantów, wielu ligowców, PZPS jest dla nas abstrakcyjną instytucją, która może nas na przykład zlikwidować, nie dopuścić do rozgrywek, ale nigdy nam nie pomogła. Dariusz Kopaniak, który zakładał Metro, odszedł z siatkówki m.in. dlatego, że ze swoimi pomysłami trafiał w PZPS na ścianę.

Z czego utrzymuje się Metro?

- Mamy coraz więcej źródeł finansowania - miasto, prywatni sponsorzy. Ale to i tak za mało, więc rodzice naszych dzieciaków płacą składki. Od pięciu lat jest ta sama - 90 zł miesięcznie. Oczywiście nie jest tak, że jeśli kogoś nie stać, wyrzucamy go z treningu. Płacą ci, którzy mogą.

Jeszcze kilka lat temu niewiele dzieciaków garnęło się do siatkówki. Teraz co rusz słychać, że masowo chcą być Wlazłym, Kadziewiczem czy Murkiem.

- Kiedy zaczynaliśmy pracę w naszym klubie, na fali transmisji telewizyjnych z NBA na topie była koszykówka. Piłka nożna jak zwykle nie miała żadnej konkurencji, a ja, kiedy zachęcałem młodzież na trening siatkarski widziałem, jak kręcą nosem. Z niczym dobrym im się to nie kojarzyło. Gdyby spytać przechodniów, nikt nie wymieniłby nazwiska ani jednego reprezentanta Polski. Wszystko zmienił srebrny medal mistrzostw świata w 2006 roku, siatkarze przestali być anonimowi, a my mamy w klubie problemy, by opanować grupy, w których chętnych do gry jest ponad nasze możliwości.

Włochy też przeżywały okres prosperity, ale teraz znów zmagają się z siatkarską zapaścią. Co zrobić, by uniknąć tego w Polsce?

- To, co wydarzyło się u nas, jest bezprecedensowe. Żal byłoby tego nie wykorzystać. Działacze PZPS muszą zbudować poważne struktury szkoleniowe. Jeśli nie, nadmuchiwany nieustannie balon popularności siatkówki pęknie z hukiem.

Rok 2014. Mówi panu coś ta data?

- Tak, mistrzostwa świata w Polsce. Mam nadzieję, że zagra w nich kilku moich zawodników.

Sądzi pan, że stworzymy do tego czasu reprezentację, która będzie w stanie walczyć o medal? Wielu trenerów przestrzega, że choć w Polsce jest koniunktura na siatkówkę, a wokół niej wiele pieniędzy, zapomina się o przygotowaniu siatkarzy.

- Inne dyscypliny mogą nam zazdrościć i popularności, i pieniędzy, bez względu na to, gdzie one trafiają. Ale nie mają czego zazdrościć, jeśli chodzi o perspektywiczne myślenie. Moim zdaniem, już teraz powinien powstać program, który pozwoli wyselekcjonować grupę na mundial 2014, nie bacząc na jej wyniki, bo to nie jest teraz najistotniejsze. Niestety, PZPS myśli o reprezentantach, kiedy ci mają 19 lat i są wychowani przez małe, biedne kluby. Działacze są przyzwyczajeni, że ktoś odwali za nich czarną robotę. To my, w tak małych klubach jak Metro, myślimy o przyszłości reprezentacji.

Trzecia część meczu - Przemysław Iwańczyk o siatce »

Więcej o: