Więksi, bogatsi, ale kontuzjowani

Międzynarodowa Federacja Rugby dopuściła do zawodowstwa przed dziesięcioma laty. Przez tę dekadę rugbiści stali się więksi, bogatsi, przyciągają więcej widzów, ale też o wiele częściej ulegają kontuzjom.
Przez lata rugby było swoistym skansenem w wyczynowym sporcie. Sportowcy, których oglądały na stadionach dziesiątki tysięcy ludzi, nie dostawali za to ani grosza. Oficjalnie. Nie brakowało bowiem sposobów, aby tym najsławniejszym zapewnić godziwe warunki życia. Jednych kluby zatrudniały na mniej lub bardziej fikcyjnych etatach sekretarzy, dyrektorów czy trenerów, innych opłacał miejscowy przedsiębiorca jako wysoko wykwalifikowanych rzemieślników czy pracowników umysłowych.

Międzynarodowa Rada Rugby (IRB) postanowiła skończyć z fikcją dopiero w 1995 r. Nie sprawdziły się czarne scenariusze wróżące wzrost agresji na boisku i zniszczenie etosu rugby określanego grą pospólstwa uprawianą przez gentlemanów (w odróżnieniu od piłki nożnej - gry gentlemanów, którą uprawiają prostacy). Przypadków drastycznych naruszeń gry jest nie więcej niż przedtem.

Gra stała się natomiast szybsza, twardsza i wymagająca lepszego przygotowania fizycznego. W czasie meczów dochodzi do większej liczby starć. Rugbiści muszą więc trenować znacznie więcej niż dziesięć lat temu. Dzięki temu przybyło im mięśni i kilogramów. Przed dziesięciu laty rugbista ważył średnio 80-85 kg. Dziś o 15 kg więcej, a ponad 110-kilogramowe kolosy nie należą do rzadkości. Zmniejszyła się za to tkanka tłuszczowa graczy. Dziś to średnio około 10 proc. (dziesięć lat temu było to 15 proc.).

Większa intensywność gry powoduje większą liczbę kontuzji. Jeszcze dziesięć lat temu rugby pod względem ryzyka odniesienia urazu było daleko za piłką nożną. Dziś już ją wyprzedza. Wystarczy podać przykład zespołu Bath. Najbardziej utytułowana angielska drużyna w ciągu ubiegłego sezonu straciła na miesiąc lub dłużej aż 23 zawodników z pierwszej drużyny. Trenerzy musieli sięgać do głębokich rezerw, bo nieraz pauzowało kilkunastu zawodników jednocześnie. We wszystkich 12 zespołach Premiership było ponad 200 poważniejszych urazów. Kapitan reprezentacji Anglii Jonny Wilkinson od finału Pucharu Świata w 2003 r. ani razu nie wystąpił w kadrze, bo ciągle nękają go kontuzje.

Mimo to rugbiści nie narzekają. Ci, którzy grali w obydwu epokach (przed i po wprowadzeniu zawodowstwa), doceniają wartość zmian. - Teraz jesteśmy na pewno lepszymi zawodnikami - powiedział Walijczyk Gareth Thomas w sondzie przeprowadzonej przez BBC. - W czasach amatorstwa nie mogłem poświęcić sportowi tak wiele czasu jak teraz.

- Różnica jest ogromna - stwierdził z kolei angielski skrzydłowy Josh Lewsey. - W czasach amatorskich graliśmy w rozgrywkach klubowych na malutkich stadionach z przenośnym WC, gdzie trudno było nawet o papier toaletowy. Boiska były zniszczone, a poziom meczów mierny. To był rzeczywiście amatorka. Teraz to się zmieniło. W każdym klubie grają obcokrajowcy, a mecze stały się spektaklami.

We Francji rugby bije rekordy popularności. Trzy tygodnie temu mecz Stade Francais - Toulouse oglądało 79,5 tys. widzów. Żadne ligowe wydarzenie we Francji w żadnym sporcie nie zgromadziło takiej widowni. - Rugby stało się dziś drugim narodowym sportem we Francji. Teraz pozostało nam tylko przyciągnąć do nas kibiców piłkarskich - powiedział Serge Blanco, szef organizacji LNR, która rządzi ligą francuską.

W tym sezonie mecze ligowe we Francji oglądało z trybun o 23 proc. więcej kibiców na stadionie niż w poprzednim. Najpopularniejsze kluby decydują się na przebudowę stadionów, bo nie mogą pomieścić wszystkich chętnych. W Anglii w ciągu dziesięciu lat liczba widzów na meczach ligowych wzrosła 2,5 razy. W ciągu ostatnich trzech lat przychody klubów Premiership wzrosły o 52 proc.

Do rugby garną się także sponsorzy. Patrona mają wszystkie rozgrywki międzynarodowe (Puchar Europy to np. Heineken Cup, a liga angielska nosi miano Guinness Premiership). Najbardziej lukratywny kontrakt podpisała federacja Nowe Zelandii. Dziesięcioletnia umowa z Adidasem daje 80 mln dolarów. Rosną także zyski z tytułu praw reklamowych Pucharu Świata. W 2003 r. wyniosły 81,8 mln funtów, czyli ponad 2,5 razy więcej niż osiem lat wcześniej.

Dla Polski wprowadzenie w 1995 r. zawodowstwa w rugby nie miało praktycznie znaczenia. W naszym kraju rugbiści pozostają w większości czystymi amatorami, którzy pieniądze zarabiają poza boiskiem.

Rugby i zawodowstwo

Pierwsze spory o to, czy zawodnikom należy zwracać pieniądze za utracone zarobki z powodu wyjazdów na mecze i przerwy spowodowane kontuzjami, wybuchły w rugby już w końcu XIX wieku. Kluby z północy Anglii, które skupiały przeważnie robotników i górników, uważały, że zawodnikom należą się skromne rekompensaty. Kluby gentlemanów z Londynu i południowej Anglii były absolutnie przeciwne. W 1895 r. doszło do schizmy. Kluby z północy stworzyły własny związek nazywany w skrócie Ligą Rugby (Rugby League), w przeciwieństwie do londyńskiej Unii Rugby (Rugby Football Union). Na Północy zmieniono przepisy (m.in. zredukowano liczbę graczy do trzynastu) i dopuszczono do gry zawodowców. Wprowadzono rozgrywki o mistrzostwo kraju. RFU długie lata pozostała na straży amatorskiego statusu swojej gry. Przez lata blokowała także powstanie rozgrywek o mistrzostwo Anglii (Premier League rozpoczęła rozgrywki w 1987 r.!), aby rugby zbytnio się nie skomercjalizowało. Podpisanie kontraktu z klubem Rugby League oznaczało dla zawodnika dożywotnią dyskwalifikację.

Również na międzynarodowej arenie dochodziło do sporów, gdy chodziło o zachowanie amatorstwa. W 1930 r. Wyspiarze rządzący międzynarodową federacją rugby (IRB) wyrzucili z Turnieju Pięciu Narodów Francję m.in. właśnie z powodu oskarżeń o tolerowanie nieformalnego zawodowstwa. Francuzi wrócili do najbardziej prestiżowych rozgrywek na Starym Kontynencie dopiero w 1947 r.