Sport.pl

Tenis. Agnieszka Radwańska bez litości w Kalifornii

Polka rozbiła Niemkę Annikę Beck 6:0, 6:0 i jest już w 1/8 finału "piątej lewy Wielkiego Szlema" w Indian Wells. Droga do półfinału wydaje się otwarta, choć tenis na pustyni to nie jest to, co Radwańska lubi najbardziej. Relacje z Indian Wells w TVP
- Rywalka nie zagrała źle, ale wyszedł mi perfekcyjny mecz, wszystko działało jak trzeba - mówiła rozstawiona z dwójką Radwańska po zaliczeniu tzw. rowerka, jak w tenisowym żargonie mówi się o zwycięstwie do zera.

"Rowerki" - o ile nie jest się Sereną Williams i nie opiera gry na atomowych petardach nie do obrony - nie zdarzają się często. Radwańska ostatni zafundowała przeciwniczce w styczniu 2013 r., gdy w Sydney rozbiła Słowaczkę Dominikę Cibulkovą. Scenariusz był podobny. I wtedy, i teraz Radwańska zagrała doskonale w defensywie, trudno było znaleźć kilka akcji, w których nie miałaby totalnej kontroli nad tym, co działo się z piłką.

20-letnia Beck nie jest dziewczyną znikąd, w rankingu WTA zajmuje 48. miejsce, w Niemczech uchodzi za jeden z większych młodych talentów. W zeszłym roku sięgnęła m.in. finału w Luksemburgu. W poniedziałek ostro walczyła przez 67 minut, miała siedem szans na przełamanie serwisu Radwańskiej, ale nie zdołała wykorzystać ani jednej, bo Polka zgarnęła wszystkie kluczowe wymiany.

- Nie czujesz choć odrobiny litości dla rywalki, gdy przegrywa w taki sposób? - pytali Radwańską dziennikarze. - W tenisie nie ma na to czasu, myślisz tylko o tym, żeby zdobyć następną piłkę - odparła Polka, która zaznaczyła, że o ile dobrze pamięta, jej nigdy nikt nie potraktował "rowerkiem".

Na twardych kortach na pustyni w Indian Wells Radwańska tylko raz, w debiucie w 2007 r., odpadła przed 1/8 finału. Trudno jednak też nazwać Kalifornię wybitnie jej przychylnym miejscem, najlepszy wynik osiągnęła w 2010 r., gdy doszła do półfinału. Na twardej nawierzchni dużo lepiej wiodło jej się np. w Miami, Tokio, Pekinie, Dubaju, Sydney czy San Diego, gdzie zwyciężała. Polka podkreśla, że lubi szybkie korty, na których łatwo kontratakować, ale te w Kalifornii jej zdaniem aż tak szybkie nie są, zwłaszcza gdy trzeba czasem grać wieczorem, przy niskiej temperaturze i większej wilgotności.

Jeśli jednak kiedyś ma się udać podbicie Kalifornii, to w tym roku okazja wydaje się całkiem dobra. Nie startuje Serena Williams, Viktoria Azarenka przyjechała bez formy i już odpadła, Maria Szarapowa i Na Li są po drugiej stronie drabinki. Na drodze Polki do finału najwyżej rozstawiona jest Rumunka Simona Halep (nr 6).

We wtorek o ćwierćfinał Radwańska powalczy z 24-letnią Francuzką Alizé Cornet (WTA 23), mocno zmęczoną trwającym ponad trzy i pół godziny pojedynkiem III rundy z Hiszpanką Carlą Suárez-Navarro. - Nie wiem, jak wygrałam ten mecz, w końcówce słaniałam się na nogach, po prostu starałam się trafić w piłkę - przyznała Cornet. Od 2008 r. grały ze sobą trzykrotnie, Polka za każdym razem zwyciężała, ostatnio w styczniu po trzech zaciętych setach w Pucharze Hopmana. Cornet, opierająca swój tenis na regularności i mocnych uderzeniach z linii końcowej, w tym sezonie zdumiała świat, gdy w lutym w Dubaju pokonała Serenę Williams, ale Amerykanka nieco się do tej sensacji dołożyła własnymi błędami. - Z Alizé rywalizowałam jeszcze w turniejach dla 14-latek, znamy się doskonale, ona nigdy się nie poddaje, to będzie ciężki mecz - stwierdziła Radwańska. Na drodze do ewentualnego półfinału jej rywalkami mogą być Karolina Woźniacka (WTA 12) lub Jelena Janković (WTA 8). Z Dunką wygrała trzy ostatnie pojedynki, z Serbką - cztery.

Nie licząc występu starszej z sióstr Radwańskich, w Kalifornii był polski pogrom. W I i II rundach singla odpadli Łukasz Kubot, Urszula Radwańska i Jerzy Janowicz, a Michał Przysiężny wycofał się z powodu kontuzji. W deblu szybko przegrali Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski oraz występujący z zagranicznymi partnerami lub partnerkami Janowicz, Klaudia Jans-Ignacik i Alicja Rosolska. Zwycięstwo odnieśli tylko mistrzowie Australian Open Łukasz Kubot i Szwed Robert Lindstedt, którzy pokonali w I rundzie Hiszpanów Feliciano Lopeza i Tommy'ego Robredo 6:4, 3:6, 10-7.

Więcej o: