Sport.pl

Tenis. Andy Murray, ukochany nudziarz Jej Królewskiej Mości

- Mamo, Rafael Nadal trenuje z Carlosem Moyą. Ja też chcę do Hiszpanii. Musisz się zgodzić! - jęczał do słuchawki 16-letni chłopiec. Mama podjęła właściwą decyzję - o jednym z największych wygranych 2012 roku w tenisie pisze dziennikarz Sport.pl i ?Gazety? Jakub Ciastoń.
Thomas Hamilton wkroczył do podstawówki w malutkim szkockim Dunblane 13 marca 1996 r. Uzbrojony w dwa pistolety szaleniec, były opiekun skautów i sprzedawca w szkolnym sklepiku, zastrzelił 16 dzieci i nauczyciela. Na koniec popełnił samobójstwo. Do dziś jest to najtragiczniejsza tego typu zbrodnia w Wielkiej Brytanii. Jednym z uczniów tej szkoły był ośmioletni Andy Murray. Nic mu się nie stało, w porę zdążył skryć się pod biurkiem. - Byłem za mały, by do końca zrozumieć, co się stało. Ale na nas wszystkich ten dzień odcisnął swoje piętno - mówił po latach.

Uśmiechnięty i ponury

Sport w rodzinie był od pokoleń. Dziadek w latach 50. kopał piłkę w Hibernianie. Brat matki był zawodowym golfistą. Jego ojciec William też uprawiał ten sport. Wybór tenisa był trochę wbrew szkockiej tradycji. Andy zawdzięcza go matce Judy, mistrzyni kraju, a potem trenerce juniorskiej i seniorskiej kadry. Postanowiła, że obaj synowie pójdą tą samą drogą. Andy już jako trzyletni szkrab dostał rakietę i razem ze starszym bratem Jamiem obijał ściany. Zaczęły się wyjazdy na turnieje dla dzieci. Judy woziła lokalną drużynę busem.

Jamie po raz pierwszy przegrał z młodszym bratem na turnieju dla 12-latków w Solihull. Po meczu w busie doszło do bójki. Andy się przechwalał, Jamie uderzył go w twarz. Judy musiała zatrzymać samochód, żeby ich uspokoić.

Stało się jasne, że młodszy z braci będzie lepszy. Do dziś Jamie jest w cieniu, a jego kariera ogranicza się wyłącznie do debla. Ale żyją w zgodzie. - Ja jestem ten uśmiechnięty, a on ten ponury, ale się dogadujemy - żartuje Jamie. - Nie doszedłbym tam, gdzie jestem, gdyby nie mój brat, z którym od początku mogłem rywalizować - mówi Andy.

Myślał na korcie

Gdy Andy miał 12 lat, wygrał na Florydzie Orange Bowl, czyli nieoficjalne juniorskie mistrzostwa świata. - Już wtedy wyróżniał się tym, że myślał na korcie. Dzieci po meczu zazwyczaj znikały, szły się bawić. On obserwował rywali. W wieku 11 lat, patrząc na turniejową drabinkę, potrafił powiedzieć coś o przeciwnikach, np.: "Ten gość nie lubi chodzić do siatki", "Ten ma słaby forhend" - opowiadał Leon Smith, pierwszy trener.

Andy był perfekcjonistą. Wściekał się, gdy tylko coś mu nie wychodziło. Wymagał od siebie idealnej gry. Zostało mu to do dziś. Gdy mu nie idzie, przeklina i dyskutuje sam ze sobą.

Po zwycięstwie w Orange Bowl wygrał mistrzostwa Wlk. Brytanii do 14 lat jako 12-latek.

I wtedy pojawił się problem.

W Anglii brakowało dobrych akademii, o czym Judy szybko się przekonała. Jamie wrócił z Lawn Tennis Association (LTA) Academy w Cambridge ze złymi nawykami, grał gorzej niż przed wyjazdem. Brytyjski tenis do dziś słynie z nieudolności - federacja wydaje miliony na projekty, które nie przynoszą efektów.

Andy'ego uratowali Hiszpanie. Jako 16-latek wyjechał na juniorskie MŚ, gdzie spotkał m.in. starszego o rok Rafaela Nadala. Gdy Murray zobaczył, jak świetnie zorganizowane jest hiszpańskie szkolenie juniorów, zadzwonił do matki. - Mamo, on trenuje z Carlosem Moyą, ma świetne warunki. Ja muszę wyjechać do Hiszpanii - jęczał. Matka się zgodziła, choć rachunek był wielki - 30 tys. euro.

Zero alkoholu

Trafił do Barcelony do szkoły Emilio Sancheza, byłego najlepszego deblisty na świecie, brata Arantxy Sanchez Vicario. - Kiedy go zobaczyłem po raz pierwszy, myślałem, że to pomyłka. Chudy jak patyk, nogi jak tyczki, przygarbiony, jakiś taki powolny. Nie wierzyłem, że to jest tenisista. Myślałem, że to jeden z tych dzieciaków, których rodzice zmuszają do sportu. Ale kiedy zagrałem z nim seta, wiedziałem, że się pomyliłem - wspominał Sanchez.

Od początku największym problemem Murraya była siła. Musiał nabrać krzepy, by wytrzymać długie mecze. Trzeba było nauczyć go grać na czerwonej mączce. - W Barcelonie zostałem tenisistą - powiedział Murray po dwóch latach w Hiszpanii, gdzie przyswoił sobie defensywny styl oparty na kontrataku, który preferuje do dziś.

Został kolejnym po Gregu Rusedskim brytyjskim tenisistą, który nie przeszedł przez rodzimy system szkolenia. - Kiedy wchodzisz do wartego 40 mln funtów centrum tenisowego w Roehampton, otacza cię pustka, nikogo tam nie ma. To po co zbudowaliśmy to centrum? - spytał kiedyś Murray.

Od zawsze był pracowity, nie ciągnęło go na imprezy. Twierdzi, że alkoholu napił się tylko dwa razy w życiu. - Piwo jest ohydne; nie wiem, jak można je lubić - mówił.

W poszukiwaniu Szlema

W 2004 r. Murray wygrał juniorski US Open i został najlepszym młodym sportowcem roku według BBC. Jako 17-latek został też najmłodszym brytyjskim tenisistą reprezentującym kraj w Pucharze Davisa. W 2005 r. przeszedł na zawodowstwo i kilka miesięcy później doszedł do pierwszego finału turnieju ATP. Henmanowi zajęło to 34 turnieje, Murray zrobił to za ósmym podejściem. W ciągu roku przeskoczył w rankingu ponad 400 miejsc. Został jednym z najmłodszych w historii tenisistów w pierwszej setce. Tylko Borg, Hewitt, Nadal i Roddick przebili się do niej wcześniej.

W debiucie na Wimbledonie doszedł do trzeciej rundy, pokonując finalistę sprzed roku Davida Nalbandiana. "Ten chłopak kiedyś tu wygra" - obwieścił "The Sun".

Od 2006 r. talent Murraya szlifował Brad Gilbert, były szkoleniowiec Agassiego i Roddicka. LTA płaciła mu za roczny kontrakt (a dokładnie za 40 tygodni) astronomiczną kwotę 750 tys. funtów! Na tyle wyceniono marzenia Brytyjczyków o triumfie w Wielkim Szlemie. Gilbert miał za zadanie wprowadzić Andy'ego do pierwszej dziesiątki. Ale nie zdążył, bo rozstali się, gdy był 11. na liście ATP. - Doszedłem do wniosku, że jego pomoc nic mi nie daje. Była między nami za duża różnica wieku i charakterów - stwierdził. Sprzeczali się podobno o wszystko - od metod treningowych, po muzykę w samochodzie. Gilbert katował Andy'ego Springsteenem, Andy wolał 50 Centa.

Potem byli Miles Maclagan i Alex Corretja, a na dokładkę kilkuosobowy sztab fachowców od przygotowania fizycznego, ale oni też nic nie wskórali. Problemy Murraya były wciąż te same - za duże nerwy, za mało agresji i ataku, za słaby drugi serwis. Przegrywał z Nadalem, Federerem i Djokoviciem. Wciąż był "tylko" numerem cztery.

Odmienił go dopiero w tym roku Ivan Lendl. Udało mu się, bo umiał wejrzeć w duszę tenisisty, który przegrał cztery finały Wielkiego Szlema. Potrafił, bo sam kiedyś to przeżył. Z Lendlem Murray sięgnął po złoto na igrzyskach, a potem wygrał US Open. Decydująca była nie tyle poprawa kilku detali - forhendu, serwisu - i bardziej ofensywna taktyka, ile mentalna twardość. Murray wciąż przeklina i stroi miny, ale wreszcie uwierzył w siebie.

Gry, pizza i lody

Murray lubił kiedyś obnosić się ze swoją szkockością. Jako ulubiony film wymieniał "Braveheart". Na początku kariery grał nawet w granatowej czapeczce z białym krzyżem św. Andrzeja. Przed piłkarskim mundialem w 2006 r. zażartował w jednym z wywiadów, że będzie kibicował wszystkim drużynom, które grają przeciw Anglii, co w brukowcach urosło do rozmiarów narodowego skandalu. - Jestem Szkotem, ale też Brytyjczykiem - łagodził później.

Na turniejach po całym świecie jeździ za nim tuzin korespondentów brytyjskich gazet. Murray utrudnia im jednak życie, jak tylko może. Nie jest barwną osobowością w stylu Djokovicia czy Federera. Mówi mało efektownie, na konferencjach najzwyczajniej przynudza. Poza kortem próżno szukać skandali z jego udziałem. Wolny czas najchętniej spędza na grach wideo. Podobno właśnie przez gry rozstał się na kilka miesięcy ze swoją dziewczyną Kim Sears. Ulubiona potrawa? Pizza i lody. Nuda.

Ale Brytyjczycy kochają swojego nudziarza, bo spośród 62 milionów rodaków on jeden umie grać w tenisa naprawdę dobrze.

Więcej o: