Sport.pl

Narciarstwo alpejskie. Svindal - wiking, który kocha prędkość

Wybite zęby, złamany nos i kość policzkowa, 15-centymetrowa rana w nodze, wstrząśnienie mózgu, a rok później zwycięstwo w Pucharze Świata - to krótka charakterystyka Aksela Lunda Svindala. Można jeszcze dodać, że Norweg nie imprezuje w swoje urodziny.
Svindal urodziny - okrągłą trzydziestkę - świętował w środę. Samotnie, jak od lat. "26 grudnia jak zwykle łapię samolot z Oslo, by dostać się do Bormio. Podróż zabiera mi jakieś 12 godzin. Zawsze tak spędzam urodziny - samotnie. Nikomu tego nie polecam, dlatego myślę, by przenieść swoje urodziny na lato" - pisał Svindal na swoim blogu w 2010 r. Rok później już oficjalnie zapowiedział letnią imprezę.

Nie miał wyjścia - w Bormio musi startować każdy szanujący się alpejczyk. Bo bieg zjazdowy, który odbędzie się w sobotę w położonej w Lombardii na wysokości 1225 m n.p.m. miejscowości, to narciarski klasyk.

- Marco Buchel, alpejczyk z Liechtensteinu, mówi o tym zjeździe: przypomina mi, dlaczego zakończyłem karierę. Trasa jest ciemna, zmrożona i wyboista. Jest jak wizyta w piekle w Boże Narodzenie - mówi o Bormio Svindal, który jeszcze nigdy tu nie wygrał. Ale w tym roku przyjeżdża do Włoch jako lider PŚ. Ma szansę na trzecią Kryształową Kulę i na tytuł Człowieka Sukcesu Norwegii.

Choć ten tytuł i tak mu się należy. W listopadzie 2007 r. w Beaver Creek w Kolorado Norweg miał koszmarny wypadek na stoku Birds of Prey. Na ostatnim skoku, przy prędkości 125 km na godz., stracił panowanie nad nartami i całym impetem, koziołkując kilkanaście razy, zderzył się ze zmrożonym śniegiem. Stracił przytomność, widok jego zakrwawionej twarzy był przerażający. To był jeden z najbardziej mrożących krew w żyłach wypadków ostatnich lat.

W klinice w Vail przeszedł czterogodzinną operację. - Rana na udzie jest bardzo głęboka. Ciężko powiedzieć, kiedy Aksel wróci. Rehabilitacja będzie długa i nie wiadomo, czy przyniesie efekt - mówił Marius Arnesen, trener norweskiej kadry.

Svindal okazał się jednak wikingiem twardym jak skała. Zimą 2008 r. odstawił kule i zaczął chodzić bez ich pomocy. Na śniegu po raz pierwszy pojawił się w marcu. W miarę normalne treningi wznowił latem. - Poczekajcie, ten gość jest najlepszym narciarzem świata i za chwilę pobije nas wszystkich - prorokował wtedy Hermann Maier, austriacki mistrz, który sam wrócił na stok po bardzo ciężkim wypadku.

Nie pomylił się. Svindal dokonał rzeczy niebywałej - równo rok po wypadku wygrał zjazd na Birds of Prey. A dzień później dołożył jeszcze triumf w supergigancie. - Kiedy leżałem w szpitalu w Vail, przez okno widziałem stok. Patrzyłem nań przez 14 dni. To była moja motywacja - opowiadał Svindal.

- Nigdy czegoś takiego nie widziałem. W narciarstwie zdarzały się powroty po kontuzjach, ale nie takie szybkie i nie w takim stylu - mówił w 2009 r. Sport.pl trener Arnesen w Val d'Isere.

Czterokrotny mistrz świata, mistrz olimpijski w supergigancie i zwycięzca 19 zawodów PŚ urodził się w malutkim Lorenskog pod Oslo. Pierwsze narty, stucentymetrowe Atomiki, które przechowuje do dziś, dostał od rodziców na trzecie urodziny. Mama Ina Lund i tata Bjoern Svindal byli narciarzami, mama startowała w norweskiej kadrze w Pucharze Europy. Nieźle szusował też młodszy brat - Simen. Gdy Aksel miał osiem lat, rodziną wstrząsnęła tragedia - Ina zmarła przy porodzie trzeciego dziecka, które też nie przeżyło. Ojciec musiał wyżywić rodzinę, dlatego Akselem i Simenem zajmowali się dziadkowie.

Bracia Svindalowie zwykle jeździli na narty do Geilo, gdzie najwyższy pagórek miał 1178 m. Ale to szybko zrobiło się dla Aksela za nisko. Przeprowadził się 400 km na północ, w prawdziwe góry - do Oppdal, gdzie wznosi się najwyższy szczyt Norwegii Storskrymten (1985 m). Nauczycieli miał znakomitych, bo gdy jako 20-letni młokos trafił do kadry, byli w niej jeszcze weterani Lasse Kjus i Kjetil Andre Aamodt, najlepsi norwescy alpejczycy w historii. Pierwsze zwycięstwa w PŚ odniósł w 2006 r. jako 23-latek. Rok później, w marcu 2007 r., zdobył pierwszą dużą Kryształową Kulę.

Koledzy z kadry mówią, że tajemnica sukcesu Svindala polega na perfekcjonizmie. U niego wszystko zawsze musi być przygotowane idealnie, powtórzone setki razy. - Kocham rywalizację, ale przede wszystkim satysfakcję z dobrze wykonanej pracy - mawia Norweg.

Svindal jest prawdziwie multimedialnym wikingiem. Prowadzi bloga, często pisze coś na Twitterze i Facebooku, wrzuca mnóstwo zdjęć. Ale wszystko dotyczy wyłącznie nart, śniegu i treningu. Zero życia prywatnego.

- Dziennikarze chcą smaczków, ale ja wolę opowiadać im o smaczkach ze zjazdu w Kitzbuhel. Moje życie prywatne to moja sprawa - powiedział w jednym z wywiadów.

Dlatego Svindal nie opowiada o swoim związku z Julią Mancuso, amerykańską alpejką. Ale wcale nie jest skrytym mrukiem. Przeciwnie. Narciarze go uwielbiają, jest duszą towarzystwa, uwielbia żartować, potrafi przesiedzieć w knajpie po zawodach do białego rana. - Narciarstwo alpejskie to niezwykle drużynowy sport, choć przez dwie minuty na stoku jesteś sam - podkreśla Aksel.

Szwedzka telewizja zapytała kiedyś, kto był największym zimowym sportowcem w historii - Ingemar Stenmark czy rodak Svindala - biatlonista Ole Einar Bjoerndalen, który pobił rekord Stenmarka w liczbie zwycięstw w PŚ (wygrywał 94 razy, Szwed - 86).

- Stenmark zawsze będzie królem - odparł Norweg.

Więcej o: