Sport.pl

Tenis. Skąd dolary na korcie

Naprawdę wielką kasę zarabiają nieliczni - Federer, Nadal, Szarapowa. Próbując wdrapać się na szczyt, musisz najpierw zainwestować. Mało kto pamięta też o podatkach i wydatkach - na bilety lotnicze tenisiści wydają po kilkaset tysięcy dolarów
Roger Federer zarabia rocznie 37 mln dol. Najwięcej z kontraktu sponsorskiego z Nike - 10 mln dol. Ma też kilkanaście mniejszych umów - z rakietami Wilsona, Rolexem, szwajcarskim bankiem National Suisse, czekoladami Lindt, golarkami Gillette i Mercedesem. Jeśli je zsumować dają ponad 30 mln dol.

Kolejne miliony Szwajcar dostaje za tzw. startowe - organizatorzy płacą za jego wizytę. Tak gwiazdy zachęcają szejkowie w Dausze czy Dubaju, ale nie tylko. Przez lata Federer dorabiał, będąc atrakcją w niemieckim Halle. Ostatnio posprzeczał się z Niemcami, więc wynajęli Rafaela Nadala. Ponoć za 750 tys. dol., czyli więcej niż można zarobić za zwycięstwo w turnieju.

Oczywiście Federer zarabia też grą, choć stosunkowo niewiele. Nagrody z turniejów to 10 proc. zysków (ok. 3,7 mln dol.). Jak widać, w tenisie najwięcej zyskuje się bowiem nie na grze, ale na sprzedaży wizerunku, nie zawsze zresztą mistrzowskiego. Maria Szarapowa inkasuje rocznie 25 mln dol., choć od 2008 r. nie wygrała turnieju Wielkiego Szelma. Chinka Na Li po zwycięstwie w Rolandzie Garrosie podpisała umowy na 10 mln dol., bo uznano, że poprawi sprzedaż mercedesów i kilku innych produktów w Chinach.

Na tenisowy Olimp wspina się też Agnieszka Radwańska, która awansowała na piąte miejsce w rankingu. Na korcie zarabia rocznie 2,5 mln dol., ale powoli zaczynają zauważać ją sponsorzy - podpisała wart ok. 200-300 tys. dol. kontrakt z Lotto, włoskim producentem strojów sportowych. Umowa zapewne jest uzależniona od wyników - awans w rankingu i turniejowe zwycięstwa oznaczają bonusy liczone w dziesiątkach, może setkach tysięcy dolarów. W grudniu zagrała też w pierwszej poważnej pokazówce w Singapurze (prawdopodobnie za kilkadziesiąt tysięcy dolarów), a w poprzednim tygodniu jako gwiazdę nr 1 wynajął ją turniej w Kuala Lumpur na takich zasadach jak Halle wynajmowało Federera, choć oczywiście Radwańska zarobiła na startowym mniej - pewnie 100-150 tys. dol.

Długa droga na szczyt

Na szczycie jest pięknie, ale ciasno. Milionerami zostaje garstka, której udaje się na stałe dostać do dziesiątki, lub ci, którzy przez wiele lat utrzymują się w Top 20-30. Nieźle zarabiają też ci, którzy dłużej są w setce (inkasują rocznie ponad 150 tys. dol.), ale oni kokosów na reklamach już nie zgarniają, muszą wszystko wybiegać. Według różnych wyliczeń barierą, która w tenisie pozwala myśleć o zysku, jest pozycja ok. 200.-250. miejsca w światowym rankingu. Poniżej do interesu tylko się dokłada.

Im niższa ranga turnieju, tym mniejsze są nagrody. W tzw. futuresach zarabia się marnie - od kilkuset do kilku tysięcy dolarów za zwycięstwo, a w challengerach maksymalnie po kilkanaście tysięcy dolarów. W wielu z nich nie ma tzw. hospitality, czyli organizatorzy nie płacą za hotele i wyżywienie jak w cyklach ATP i WTA. Tenisista musi sam na turniej dolecieć, załatwić hotel, zjeść itd. Często koszty przewyższają wpływy.

Dlatego tenisiści chwytają się sposobów, by budżety podreperować. Młodzi śpią w samochodzie albo po kilku w jednym pokoju. Wspierają ich federacje narodowe - Brytyjczycy, Amerykanie czy Australijczycy, czyli nacje w tenisie najbogatsze, pomagają najzdolniejszym stypendiami i dzikimi kartami. Brytyjczycy przez lata dawali tenisistom z miejsc 200.-300. w rankingu dzikie karty do Wimbledonu. To zastrzyk gotówki, bo nawet porażka w I rundzie dawała np. 16 tys. funtów.

Polski Związek Tenisowy w czasach, gdy mocno wspierał go Ryszard Krauze, płacił najlepszym stypendia nawet po kilkaset tysięcy złotych rocznie. Dostawały je m.in. siostry Radwańskie, Łukasz Kubot, Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski. PZT pomaga do dziś - Radwańska po korzystnych stawkach wypożycza trenera Tomasza Wiktorowskiego, a Radosław Szymanik za pieniądze z tzw. ścieżki olimpijskiej pracuje jako trener Fyrstenberga i Matkowskiego.

Tenisiści z dalszych miejsc w rankingu podpisują umowy sponsorskie z agencjami menedżerskimi takimi jak IMG, Octagon czy Lagardere. Pośrednik działa jak inwestor - pomaga załatwić drobne umowy sponsorskie, dzikie karty, a jeśli zawodnikowi się powiedzie, oczekuje przez lata procentu od zarobków (10-20 proc.). Takiej umowy nie chciał podpisać dla córek Robert Radwański, bo bał się utraty niezależności. W zeszłym roku zmienił zdanie. Dziś Radwańska ma umowę z agencją Lagardere, która pomogła załatwić m.in. kontrakt z Lotto, pokazówkę w Singapurze i wyjazd do Kuala Lumpur. Agnieszka ponoć wysokich prowizji nie płaci.

Koszty, koszty, koszty...

Zawodowiec z czwartej setki rankingu ma dylemat, jak przebić się wyżej i zacząć zarabiać. Ale jeszcze trudniej jest w tenisie juniorskim, bo w nim nagród finansowych nie ma. A wyszkolenie kosztuje kilkaset tysięcy dolarów. Żeby być konkurencyjnym, trzeba jak najwcześniej zacząć jeździć po świecie i grać na juniorskich Szlemach czy turniejach typu Orange Bowl na Florydzie. Najlepiej znów mają bogate i zorganizowane federacje. Tam, kiedy trzeba najlepszych wysłać na Australian Open, pieniądze daje federacja lub sponsorzy. W większości przypadków płacą jednak rodzice.

Emocjonując się pieniędzmi w tenisie, zapominamy też o podatkach. Wszelkie kwoty padające w mediach to kwoty brutto. Jeśli Federer ma dostać milion dolarów, to w rzeczywistości dostaje nieco ponad 800 tys., bo w większości krajów wypłaty są obcinane o kwotę lokalnego podatku (od kilku do 30 proc.). A jeśli kraje nie mają umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, gracz płaci dwa razy.

Podatki to wróg tenisistów. Najgorsze są brytyjskie - w 2006 r. Andre Agassi przegrał proces z urzędem Her Majesty's Revenue & Customs, który domagał się nie tylko części zarobków z Wimbledonu, ale także procentu od ogólnoświatowych umów sponsorskich, m.in. z Nike, proporcjonalnie do ich wielkości i liczby dni spędzonych w Wielkiej Brytanii. Z tego powodu do Londynu na turniej w Queen's Clubie nie chce już przyjeżdżać Nadal. Hiszpan mówi, że mu się to nie opłaca.

Przed fiskusem tenisiści uciekają do Monte Carlo (Djoković, Woźniacka), na Bahamy (Hewitt) czy do Szwajcarii (Bartoli, Mauresmo). Raje podatkowe poprawiają humor, ale życie tam kosztuje. W Monte Carlo trzeba mieć status rezydenta, czyli wynająć za bajońskie kwoty apartament i mieszkać (lub udawać, że się mieszka) w nim przez minimum 180 dni w roku.

Inny pokaźny wydatek, o którym często zapominają kibice, to bilety lotnicze. Zawodnicy z czołówki na przeloty wydają kilkaset tysięcy dolarów rocznie. Bo często latają klasą biznes albo i wyższą, oszczędzając nogi i kręgosłupy. Muszą przewieźć też trenera, fizjoterapeutę, menedżera, a czasami rodzinę.

Wydatki na sztab trenerski to też kolosalny koszt, zwłaszcza dla kogoś, kto milionów jeszcze nie zarabia. Rekordzista Andy Murray, który - wspierany przez federację brytyjską - płacił Bradowi Gilbertowi 750 tys. funtów rocznie, a do tego zatrudniał specjalistów od przygotowania fizycznego i fizjoterapii. Średniej klasy trener w WTA Tour kosztuje po kilka-kilkanaście tysięcy euro miesięcznie, sparingpartnerzy - kilkaset euro tygodniowo. W przeciwieństwie do biletów lotniczych na trenerach da się jednak zaoszczędzić - można nie mieć żadnego. To popularna taktyka w kobiecym tenisie.

W powszechnej opinii tenis to sport przynoszący ogromne wpływy. I rzeczywiście tak jest, tyle że najwięcej zarabiają nie tenisiści, ale właściciele praw do turniejów. Jak wyliczył niedawno Nick Harris, ekspert z portalu Sportingintelligence.com specjalizującego się w finansach w sporcie, w tenisie zawodnicy dostają zaledwie ok. 12-13 proc. wpływów generowanych przez najbardziej prestiżowe turnieje. Np. organizatorzy Wimbledonu zarabiają 120 mln funtów (połowa to wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych), a pula nagród to ledwie 15 mln funtów. W piłce nożnej (Premier League) czy futbolu amerykańskim (NFL) zawodnicy dostają 50 proc. i 48 proc. wpływów dyscypliny, a różnica między zarobkami najlepszych i średniaków nie jest tak duża. To dlatego zawodnicy podczas Australian Open zastanawiali się nad strajkiem. Ich zdaniem podział jest niesprawiedliwy, a wielkie zarobki w tenisie to mit.

37

mln dol. rocznie wpływów ma Federer

175

tys. dol. zarabia na korcie Irina Falconi, 100. tenisistka WTA

Więcej o: