T-Mobile Ekstraklasa. Legia gra z Wisłą, a kibic zostaje w domu

2 : 0
Informacje
T-Mobile Ekstraklasa 2011/12 - 9. kolejka
Niedziela 02.10.2011 godzina 17:00
Wyniki szczegółowe
Wynik
Legia Warszawa
2
Wisła Kraków
0
W niedzielnym szlagierze zagrają nasze najlepsze kluby piłkarskie XXI wieku. Zdobywca Pucharu Polski i mistrz kraju marzą o 1/16 finału Ligi Europejskiej, ale nie są w stanie zapełnić 30-tysięcznego stadionu. Mecz o 17. Relacja na żywo na Sport.pl
Prawdziwe megahity są wszędzie, nie tylko w najbogatszych ligach, w których Barcelony biją się z Realami, a Manchestery z Liverpoolami. Cała Holandia żyje meczami Feyenoordu Rotterdam z Ajaksem Amsterdam, absolutnym przebojem w Portugalii jest starcie Benfiki Lizbona z FC Porto, Chorwaci emocjonują się rywalizacją Dinama Zagrzeb z Hajdukiem Split. Stadiony pękają w szwach.

Kibiców w Polsce, od czasu epickich bojów Legii z Widzewem kilkanaście lat temu, żadne ligowe starcie nie pasjonuje tak, by zawsze wypełnili stadion. O ich dramatycznym starciu z 1997 roku Canal+ nakręcił świetny dokument "Łazienkowska 2/3" - w przedostatniej kolejce Legia prowadziła z Widzewem 2:0 do 88. minuty, ale wtedy łodzianie strzelili trzy gole i świętowali mistrzostwo na Łazienkowskiej.

Dziś żaden ligowy mecz nie jest materiałem na choćby etiudę. Choć od 2000 roku Legia i Wisła w sumie aż 20 razy kończyły ligę na podium, choć podzieliły między siebie 10 z 13 ostatnich tytułów mistrzowskich. Ich ostatnie mecze nie rozpaliły wyobraźni. Wiosną w Warszawie było 2:0 dla gospodarzy, bo Wisła przyjechała rozleniwiona - parę dni wcześniej zdobyła mistrzostwo i teoretycznie prestiżowy mecz nie miał dla niej znaczenia. A jesienią, kiedy tupnęła nogą, rozbiła u siebie Legię przy Reymonta 4:0. Oba mecze rozegrano na nowiutkich stadionach, obu nie obejrzał komplet widzów.

Niedzielnego też nie obejrzy komplet. I to nie tylko dlatego, że trzeciej w tabeli Wiśle zabraknie kontuzjowanych Maora Meliksona i Patryka Małeckiego, czyli liderów ofensywy. Ostatecznie trener gospodarzy (tracą do rywala trzy punkty) może wystawić najsilniejszą jedenastkę. - Niczego się nie spodziewam po tym meczu - wzdycha Grzegorz Mielcarski, były reprezentant Polski i ekspert stacji Canal+. - Wiele razy spodziewałem się świetnego widowiska, a zawsze wychodził "pasztet". Dlatego teraz nie będę nakręcał koniunktury, żeby się nie skompromitować.

- Też nie spodziewam się wiele - dodaje Andrzej Juskowiak, były napastnik kadry i ekspert Polsatu. - Choć jeśli obie drużyny zmęczyły się czwartkowymi meczami w Lidze Europejskiej, to pod bramkami może się wiele dziać. Zachowawcza gra czołowych klubów dostarczyłaby kolejnych argumentów, że ligi nie warto oglądać.

- Parę dni temu miałem wrażenie, że ten mecz odbędzie się dopiero po przerwie na sparingi kadry. Ale przecież w niedzielę jadę do studia Canal+, żeby o nim mówić. W środę w "Przeglądzie Sportowym" nie było o nim słowa. Kiedy Porto, w którym występowałem, miało bić się z Benficą, mówiło się o tym i pisało o tym dwa tygodnie wcześniej. Kto kiedy miał imieniny czy urodziny i co dostał w prezencie, kto z kogo zażartował. A u nas? Rubryka "kontuzjowani" i "nie zagrają za kartki" - opowiada Mielcarski.

A z kim się tutaj identyfikować?

W Warszawie nie ma plakatów reklamujących szlagier. Miesiąc temu, kiedy Legia grała ze Spartakiem o awans do fazy grupowej LE, kibice wywiesili na wiaduktach własnoręcznie namalowane transparenty z hasłem "wszyscy na Spartak". Przyszło 23 450 osób, co jest rekordem frekwencji na mieszczącej 31 tys. Pepsi Arenie. Wiosną Legię i Wisłę podziwiało 16 tys. kibiców, na niedziele sprzedano dotąd 18 tys. wejściówek.

- Kibice nie chcą oglądać marnych widowisk - uważa Juskowiak. - Gdyby Legia z Wisłą były niepokonane, może byłby komplet? Oba zespoły nieźle zaczęły sezon, awansowały do LE, ale czar prysł po porażce Legii z ostatnim w tabeli Podbeskidziem czy Wisły z pogrążoną w kryzysie Lechią. Klasowe drużyny charakteryzuje powtarzalność. Wahania formy to oznaka słabości.

- Nie dziwię się, że media nie kreują ligowych meczów na wielkie wydarzenia, bo po co sztucznie pompować balon? - dodaje Tomasz Rząsa, dyrektor reprezentacji i były zawodnik Feyenoordu. - Naszymi meczami z Ajaksem interesowała się cała Holandia, oba kluby mają fanów w Maastricht czy Utrechcie. Na treningach pojawiało się więcej dziennikarzy, wypytywali o każdy drobiazg. U nas mecze są wyjątkowe tylko lokalnie.

- A z kim kibice z innych miast mieliby się niby identyfikować? - pyta retorycznie Mielcarski. - Kiedyś obcokrajowcy stanowili wyjątki, dziś większość to najemnicy, którzy jednego dnia całują herb, a za rok czy dwa grają dla innego pracodawcy. Dawniej w meczach Legii z Górnikiem albo Widzewem kibic mógł zobaczyć dziesięciu reprezentantów Polski, dziś trener Smuda zastanawia się, komu jeszcze dać obywatelstwo. Jak do mojego rodzinnego Chełmna przyjechał Widzew, to z zeszytem na autografy biegłem do piłkarzy pięć kilometrów. Nazwiska Romke, Żmuda, Bolesta, Smolarek czy Wójcicki działały na wyobraźnię nastolatka.

W obecnej Legii ponaddziesięcioletni staż ma tylko 35-letni rezerwowy obrońca Tomasz Kiełbowicz. W Warszawie urodzili się sprowadzony latem jego rówieśnik Michał Żewłakow oraz 20-letni skrzydłowy Michał Kucharczyk. Trener Maciej Skorża bardzo powoli wprowadza do zespołu wychowanków, główne role odgrywają obcokrajowcy. A proporcje i tak nie są aż tak zachwiane jak w Wiśle, gdzie holenderski trener Robert Maaskant wystawia w jedenastce tylko dwóch Polaków. W tym Radosława Sobolewskiego, 35-letniego kapitana, który gra w Wiśle dopiero od sześciu lat.

- Żeby cała Polska interesowała się jakimś meczem, drużyny muszą mieć gwiazdy, skupować lokalnych bohaterów. Kibic ze Śląska czy Wybrzeża chętnie sprawdzi, jak w stolicy czy Krakowie radzi sobie chłopak, którego pieniądze z transferu były ratunkiem dla lokalnego klubu - mówi Juskowiak. - Tyle że transferów między polskimi klubami nie ma od lat. Tylko Józefa Wojciechowskiego, prezesa Polonii Warszawa, na nie stać. Ludzie kpią, że przepłaca, ale szanuję go za to, że choć mógłby te miliony wydawać za granicą, zostawia je w Polsce. Inne kluby wolą tanich albo darmowych obcokrajowców. Tyle że nie potrafią sprowadzić wartościowych. Przyjeżdżają słabi piłkarze lub weterani po trzydziestce, którzy dorobią się przez rok, dwa lata i wrócą do siebie.

O futbol nikt nie walczy

Najtańsze bilety na niedzielny mecz kosztują 27 zł - na sektor rodzinny. Inne kosztują 50, 70, 90, 110 i 130 zł. Zniżki mają seniorzy (50 procent), kobiety (30) oraz studenci i uczniowie (20). - Poprawiła się jakość obiektów, ale zwykli ludzie wciąż boją się iść na mecz - uważa Mielcarski. - Zdarzają się zadymy. W poprzednim sezonie komentowałem mecz Lecha z Wisłą w Poznaniu i parę metrów od naszego stanowiska, po sektorze rodzinnym i vipowskim, biegali kibole w kapturach i kominiarkach. Ludzie byli przerażeni. Obrazki z majowego finału Pucharu Polski w Bydgoszczy, gdzie chuliganili kibole Lecha i Legii, były wstrząsające. To odstrasza.

- Narzekamy na poziom ligi, nie skończyły się procesy korupcyjne, kibole się awanturują. Taki jest obraz naszej piłki. Lekceważone są przy tym inne dyscypliny, które mają lepszy PR - kończy Juskowiak. - Nikt nie walczy o popularność futbolu. Osoby odpowiedzialne uważają, że zawsze będzie dyscypliną numer jeden. W UEFA zdają sobie sprawę, że takie myślenie prowadzi donikąd i w czasach ogromnej konkurencji trzeba walczyć o każdego klienta, dlatego stworzyła program do popularyzacji piłki. Bo problem z frekwencją jest wszędzie. Sporting Lizbona, w którym grałem, postawił na stadionie kolorowe krzesełka, żeby telewidzowie mieli wrażenie, że ludzi jest więcej niż w rzeczywistości.

Na Łazienkowskiej nikt nie będzie malował krzesełek, wiele pozostanie pustych. Czy piłkarze wreszcie zagrają tak, że ci, którzy zostali w domach, pożałują?

Zobacz także
  • Trener Arki Dariusz Pasieka. T-Mobile ekstraklasa. Pilny uczeń przywita się z kibicami Cracovii
  • Puchar Polski. Widzew mógł zagrać z Limanovią, a zagra z Legią i to w Warszawie!
  • Liga Europejska. Prasa po Hapoelu: Mecz jak przejażdżka rollercoasterem. Legia wstała z kolan