Szwajcarzy przegrywają i tracą Freia
Rafał Stec, Bazylea
Rozpacz gospodarzy Euro 2008. Szwajcarzy nacierali przez cały mecz, ale inaugurację z Czechami przegrali 0:1 i stracili największą gwiazdę - pisze z Bazylei korespondent Sport.pl Rafał Stec.
Fot. Dusan Vranic AP
Vaclav Sverkos
Kiedy Czesi przekonywali mnie przed meczem, że ich trener zwariował, sądziłem, że przesadzają, choć Karel Bruckner, owszem, wypowiadał się oryginalnie.
- Nie mogę zaordynować zajęć taktycznych, bo dobrze wiem, że treningi nie są całkiem zamknięte - tłumaczył. - W czasach szpiegowskich satelitów każdy jest w stanie podglądać, co robimy. Dlatego ukrywamy informacje o naszej taktyce.
Satelitów rzeczywiście nie sięgnęła dotąd chyba żadna trenerska myśl, ale dopiero w trakcie meczu zrozumiałem, co mieli na myśli przerażeni rodacy Brucknera. Pierwsze kopnięcie do przodu wykonał Marek Jankulovski - posłał piłkę na drugi koniec boiska, gdzieś w okolice głowy Jana Kollera. I tym samym momencie zdradził cały czeski plan gry. Plan rozbrajająco prosty, do wykrycia nawet bez arsenału gadżetów Jamesa Bonda.
Nasi południowi sąsiedzi niemal każdą akcję, którą rozpoczynali spod własnej bramki, organizowali identycznie. Wysunięty dryblasowaty napastnik służył im za ruchomą tarczę, od której piłka ma się odbijać i spadać pod nogi partnerów. A ci zachowywali się, jakby nie mieli odwagi, by wymyślić coś innego niż z powrotem szukać Kollera. Sami nie uderzali na bramkę nigdy. Dlatego szybko zrozumiałem, skąd u najskuteczniejszego czeskiego napastnika wszech czasów jeszcze jedna zaskakująca statystyka - najwięcej popełnionych w całych eliminacjach Euro 2008 fauli. Natura dała Kollerowi takie ramiona, że mógłby nimi drzewa ścinać. Skoro zatem jego gra polega na nieustannej fizycznej szamotaninie z obrońcami przeciwnika, to jakim cudem miałby nie łamać notorycznie przepisów?
Łzy kapitana
Przed przerwą Czesi - w defensywie spokojni i rozważni - oddali jeden strzał. Z rzutu wolnego. W dodatku Marek Jankulovski chyba chciał dośrodkowywać.
Szwajcarzy, przecież nie faworyci, próbowali używać na boisku wyobraźni i unikać szablonów. Chcieli coś wymyśleć. A to podryblował na skrzydle Valon Behrami, a to próbował rywali oszukać Alexandre Frei. Najwięcej jednak gospodarze mogli zyskać dzięki nieodpowiedzialności Czechów - najstarszy na boisku Tomas Galasek dwa razy zapodział piłkę gdzieś w środku boiska, więc ratować skórę - jemu i całej drużynie - musiał najsłynniejszy dziś gracz półfinalistów Euro 2004, bramkarz Petr Cech.
Stadion w Bazylei ucichł tuż przed przerwą. Na murawę padł Frei, kapitan, który bije snajperskie rekordy i najśmielej obiecywał sukces. Sukces w kolorze medalu. On pół sezonu się leczył, potem desperacko walczył o powrót do formy.
I znów przegrał z kontuzją. Z boiska schodził, podtrzymywany, płacząc. Kiedy położył się obok linii bocznej, pochyliła się nad nim cała ławka rezerwowych. Prawie nikt nie patrzył, jak kończy się pierwsza połowa. Drugą Frei wyszedł oglądać o kulach.
Chyba wszyscy na trybunach przestraszyli się wówczas nudnawego 0:0. Gospodarze stracili głównego kanoniera, tymczasem Czesi, niezbyt imponujący w ataku, na tyłach niemal nie popełniali błędów. Cała ich defensywa, na czele z wybranym bohaterem wieczoru Tomasem Ujfalusim, na co dzień ćwiczy się w bronieniu we włoskiej Serie A - w Milanie, Fiorentinie, Lazio i Juventusie. Szwajcarów też przechytrzyć niełatwo. Na ostatnim mundialu dokonali nie lada wyczynu. Nie stracili ani jednego gola, ale odpadli, bo w serii rzutów karnych wieńczących bezbramkowy remis z Ukrainą w 1/8 finału nie wykorzystali żadnego.
I chyba niemiecki turniej zapadł im w pamięć, bo po przerwie, niezrażeni pechem swego przywódcy, wypuścili się pod pole karne przeciwnika szerszą ławą. A kiedy trener Bruckner również postanowił wzniecić rewolucję, czyli zdjąć Kollera, gole znów stały się realne.
Jedyny padł w 65. minucie. Znów zobaczyliśmy klasyczną opowieść o niesprawiedliwości futbolu. Na nic się zdała śmiałość i spontaniczność Szwajcarów. Wystarczył ułamek sekundy nieuwagi przy próbie wyprowadzania kontrataku, by wprowadzony na boisko Sverkos stanął oko w oko z bramkarzem Diego Benaglio i z zimną krwią zadał ostateczny cios.
Szwajcarii strach przed wstydem
Gospodarze się nie poddawali, wylali na murawie mnóstwo potu. Marco Streller chybił o centymetry, Johan Vonlanthen trafił w poprzeczkę. A skoro ten ostatni nie umiał, to kto miał go wyręczyć? Jego gol, strzelony na Euro 2004, pozostał jedynym strzelonym przez Szwajcarów w siedmiu spotkaniach wielkich turniejów.
Teraz będą drżeć, że najedzą się wstydu. Nawet jeśli trener Kubi Kuhn kazał im wyjeżdżać ze stadionu z "wysoko podniesionymi głowami" i rozstrząsał, jak niewiele zabrakło do zwycięstwa. Oni do wygrania czegokolwiek są wręcz zobowiązani. Organizatorzy poprzednich mistrzostw - Portugalczycy - również ponieśli na inaugurację porażkę, ale potem przebili się do boju o złoto. W ostatnim ćwierćwieczu wszyscy gospodarze Euro, wyjąwszy Belgię, docierali co najmniej do półfinału.
Szwajcarzy też snuli ambitne plany. Wszystkie mecze rozegrają w Bazylei - na największym i najbardziej okazałym stadionie, zaprojektowanym przez tych samych architektów, którzy wymyślili sławny już olimpijski obiekt w Pekinie. Od niego, modnego miejsca na spędzanie wieczorów, rozpoczął się tutaj snobizm na piłkę nożną. I to tutaj współczesny szwajcarski futbol osiągnął jedyny sukces, kiedy FC Basel wyeliminował z Ligi Mistrzów Liverpool, by w drugiej rundzie grupowej minimalnie dać się wyprzedzić Juventusowi.
Ten sukces wciąż pozostanie jedynym, jeśli Szwajcarzy pozwolą sobie na jeszcze jedną pomyłkę. W środę zagrają z Turcją, w niedzielę - z Portugalią, która pod kierownictwem zakochanego w teoriach "Sztuki wojny" Sun Tzu trenera Scolarim wyrachowaniem i sprytem Czechów jeszcze przewyższa. A wciąż nie wiadomo, czy na boisko wróci Frei. Lekarz szwajcarskiej kadry wspominał po meczu o poważnym uszkodzeniu więzadeł. Trener Kuhn rozkładał ręce i mówił tylko, że jego kapitan pojechał do szpitala i że prawdopodobnie opuści minimum jeden mecz.
Jego czeski kolega po fachu, wbrew gębie przyprawianej mu przez rodaków, nie wyglądał na wariata. Z dziennikarzami chyba lubi się średnio, bo odpowiadał lodowatymi półsłówkami. - Głównie się dzisiaj broniliśmy, bo tego chcieliśmy - tłumaczył. - To nie Szwajcarzy nas zmusili do defensywy. Uważam, że wystartowaliśmy doskonale, a grać będziemy jeszcze lepiej.