ME siatkarzy. Polacy mistrzami Europy
Rafał Stec, Izmir
Nie udało się legendom Huberta Wagnera, udało się bohaterom Daniela Castellaniego. Polscy siatkarze pobili w finale 3:1 Francję i po raz pierwszy w historii zostali mistrzami Europy!
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Daniel Castellani
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Daniel Castellani na rękach zawodników
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Piotr Nowakowski, Piotr Gruszka, Daniel Pliński
WIĘCEJ NA TEMAT
-
Siatkarze mistrzami Europy. Pierwszy raz w historii!
13-09-09, 21:25
-
"Złotopolscy!", "Wreszcie mamy to złoto" - gazety o zwycięstwie Polaków
14-09-09, 08:22
-
ME Siatkarzy. Piotr Gruszka: Mogłoby mnie tu w ogóle nie być
13-09-09, 23:31
-
Jesteśmy mistrzami Europy!
13-09-09, 22:49
-
ME siatkarzy. Nawrocki: Polacy w pełni zasłużyli na mistrzostwo
13-09-09, 23:38
-
ME siatkarzy. Wójtowicz: To jest prawdziwa drużyna
13-09-09, 23:29
-
ME siatkarzy. Bosek: Polacy mają szansę wygrać igrzyska
13-09-09, 23:23
-
ME siatkarzy. Castellani - trener z analitycznym umysłem
13-09-09, 23:04
-
ME siatkarzy. Zagumny w koszulce Świderskiego
13-09-09, 22:25
-
Świderski: Jesteśmy zespołem bez wielkich gwiazd
13-09-09, 22:08
-
ME siatkarzy. Gruszka MVP turnieju
13-09-09, 22:03
-
ME siatkarzy. Winiarski: Castellani wszystko świetnie poukładał
13-09-09, 22:00
Zobacz triumf polskiej siatkówki - na Z czuba.tv »
Piotr Gruszka huknął raz, huknął drugi. Wszyscy Francuzi leżeli już na boisku plackiem w poszukiwaniu piłki. Nie znaleźli jej, meczbola nie obronili. Kiedy zbija Gruszka, piłka ucieka daleko.
Ułamek sekundy później nasz atakujący też leżał. Na nogach nie ustał by nikt, na kogo zwaliłoby się 100 kg uradowanego Daniela Plińskiego. Następny ułamek sekundy i na Gruszce lądował Paweł Zagumny. A potem cała roztańczona reszta.
O Gruszkę obawialiśmy się chyba najbardziej - że będzie zbijającym średniego zasięgu, że kadra nacierpi się z powodu wyrwy w ataku, którym 32-letni weteran - debiutował w kadrze w połowie poprzedniej dekady! - zajął się z musu. Ten siatkarz zdawał się gasnąć, wchodzić w schyłkową fazę kariery. W Izmirze odetchnął pełną piersią, przeżył drugą młodość. Nie wstrzymywał dłoni, znów w co drugiej akcji walił w piłkę z taką energią, jakby chciał ją rozpruć.
Ta przemiana to wspaniały triumf trenera Castellaniego. Ufnego w uśpioną siłę Gruszki, nie zważającego na jego kryzysy, cierpliwie czekającego, aż nasz atakujący odzyska dawną werwę.
Odzyskał. Po drugim secie finału mogłem już z czystym sumieniem zagłosować w plebiscycie na najlepszego siatkarza turnieju. Wystarczyło wpisać: Piotr Gruszka.
Zagadnąłem jeszcze, dla pewności, siedzącego obok prowadzącego Rosjan Daniele Bagnolego, na kogo on by wskazał. - Całego turnieju nie oglądałem. Dzisiaj sprawa jest jasna. Gruszka - odparł. W ostatniej partii żywy trenerski pomnik kręcił już zafascynowany głowa i powtarzał: Mamma mia, mamma mia...
Mistrzostwa Europy nie zdobyli Polacy nawet w obrosłej mitami epoce Huberta Wagnera. Wyskakali złoto mundialu, wyskakali złoto olimpijskie, ale na kontynencie zawsze odbijali się od radzieckiego bloku.
Tym razem najwyższy blok - już pod szyldem rosyjskim - runął w półfinale. Zdemontowali go Francuzi. Jak na ten sport skandalicznie niziutcy, ale od uwijających się po drugiej stronie siatki dryblasów sprytniejsi, zwinniejsi, odporniejsi na ból. Rosjan znokautowali, słaniając się na nogach. Przed bojem o złoto byli tak wycieńczeni, że wezwali na pomoc dodatkowego masażystę.
Styl Polaków - również stawiający na organizację defensywy i technikę - nie pozwalał oczekiwać w finale pojedynku na zbijające z nóg serwisy. I kanonady nie było. Zwłaszcza Francuzi znów postawili na środki wyłącznie wysublimowane i piłki z pola zagrywki nie uderzali, lecz raczej ją rzucali.
Tak przebiegał ten finał. Kto kogo przechytrzy drobiazgiem, komu nie zadrży dłoń, kto będzie miał ciut więcej szczęścia i wibrująca po siatce piłka zsunie się na stronę rywala. W ostatnim secie siatkarze taranowali już reklamowe bandy i próbowali wfruwać za piłką na trybuny.
Nie mieli wyjścia, obaj trenerzy wpajają swoim ludziom zasadę: dopóki stoisz, dopóty walczysz.
Już w pierwszej partii Polacy musieli obronić trzy setbole, zanim ją wygrali. Wygrali po ciosach Bartosza Kurka, który znów wzbudził podejrzenia, że umie wyłączać układ nerwowy. Od początku meczu pudłował na potęgę, by wstrzelić się, kiedy margines błędu zmalał do zera.
Jeszcze wiosną był Kurek zdolnym młokosem, rezerwowym Skry Bełchatów, który nieśmiało marzył, by zasłużyć na występy w kadrze. Latem dojrzewał w tempie ponaddźwiękowym, wystrzeliwał nad siatkę coraz zuchwalej, dopadał piłki z furią odbierającą rywalom przyjemność z siatkówki. Aż został gwiazdą ME. Już po półfinale udzielał wywiadów nie tylko po polsku, ale i po angielsku, bo biegały za nim również zagraniczne telewizje.
Lada moment osaczą go prezesi najbogatszych europejskich klubów. Kurek to typ nienasyconego atlety, który rano dźwiga ciężary, a po południu odrywa się od ziemi i okłada rywali ciężką ręką, aż pojękuje piłka. Żaden młodzieniec na turnieju nie wywarł większego wrażenia. Żaden współczesny polski siatkarz nie pomknął jak on na europejski szczyt.
Niewiarygodne są jego tegoroczne losy, niewiarygodnie brzmi opowieść o rodzącej się niepostrzeżenie złotej drużynie Castellaniego, której sukces zdumiał jeszcze bardziej niż srebro mundialu za kadencji Raula Lozano.
Diagnoza z lipca - po kontuzjach Wlazłego, Winiarskiego i Świderskiego - brzmiała bezlitośnie: ten sezon można co najwyżej przetrwać. Przecież na ME nie dotarł żaden z kwartetu przyjmujących, którzy polecieli na igrzyska w Pekinie! Pasmo nieszczęść nie stało się jednak alibi na wypadek niepowodzenia, lecz inspiracją do ciężkiej pracy. Zamiast rozpaczać nad pechem, argentyński selekcjoner głowił się, jak zamaskować słabości, a wyeksponować atuty reprezentacji.
I poprowadził ją do 19 kolejnyc zwycięstw. Nie tylko w Kurka oraz Gruszkę tchnął nowe, słodkie życie. Zainspirował grupę znakomicie się uzupełniającą, stabilną w każdej formacji - od imponującego wszechstronnością Michała Bąkiewicza, po Pawła Woickiego, który zakradał się na boisko dyskretnie na odosobnione akcje, lecz delikatnymi serwisowymi trąceniami piłki rozstrzygał o wynikach setów. Od środkowych Plińskiego i Możdżonka, po Zagumnego i Gacka, którego nie przewrócił żaden specjalista od odpalania rakiet z pola zagrywki.
Zestrzelić planowali go w półfinale Bułgarzy, którzy sami zostali zdmuchnięci z parkietu. To wówczas biało-czerwoni po raz pierwszy w Izmirze zachowywali się, jakby stracili kontrolę nad sobą, ale Castellani opowiadał potem, że słyszał powtarzane w uniesieniu słowa: chcemy złota, chcemy złota, chcemy złota.
Polacy wreszcie poczuli moc. Wcześniej niepewność między nimi jednak się tliła, nawet selekcjoner uczciwie przyznawał, że sprzyjało im losowanie. Bułgarzy wypowiadali się o jego zespole pogardliwie, inni przypominali, jak zraniony przyleciał na ME.
Zapomnieli o nieśmiertelnej sportowej prawdzie, że słabych cierpienie łamie, a mocnych czyni jeszcze mocniejszymi. Od tego weekendu szczęśliwego losowania niech na wszelki wypadek wypatrują przeciwnicy ekipy Castellaniego. I niech się lękają dnia, w którym po drugiej stronie siatki ujrzą wszystkie polskie gwiazdy.
Na razie tylko my, dziennikarze, mamy problem. Terminologiczny. Mistrzowie Europy to same twarde chłopy, trochę nie wypada obwoływać ich Złotkami.