Sport.pl

Eliminacje Euro 2020. Polska między Austrią a Łotwą, czyli Jerzy Brzęczek i piramida Maslowa

W Wiedniu był wynik, była drużyna, ale nie było przyjemności oglądania. Dziś z Łotwą niby powinno być dużo lepiej, ale nie zapominajmy, że Narodowy to taki dom kadry, w którym czasami talerze musiały fruwać, zanim się urodził dobry wynik.

Gdybyśmy wszyscy wiedzieli, że zwycięstwo Polski w Austrii było takie do przewidzenia, tobyśmy się tak w Wiedniu nie denerwowali. A i kilka osób byłoby dziś bogatszych. Przed meczem nastroje oscylowały raczej między „mają gości z Bundesligi i może być lanie” przez „remis wezmę”, po bardzo – bardzo - ostrożny optymizm. Po fakcie się okazało, że te trzy punkty zdobyte na wyjeździe mają jednak mocno dętą wartość, gdy im nie towarzyszył odpowiedni styl. Albo jeszcze lepiej – styl i wprowadzanie młodych (podstawowa jedenastka w Wiedniu miała średnio ponad 27 lat, austriacka ponad 26). I co my wskóramy w wielkim turnieju, gdy się będziemy zadowalali takim bezstylowym graniem.

Zgoda, oglądało się to bez wielkiej przyjemności, a w pierwszym kwadransie i ostatnich 10 minutach - w dużych nerwach. Brakowało precyzji ostatnich podań, wszystko co efektowne zostało wypchnięte pod linie boczne, w środku właściwie wszystko musiał pchać do przodu Robert Lewandowski, często kulała współpraca między pomocą a obroną, przepadł Arkadiusz Milik, a Mateusz Klich i Grzegorz Krychowiak nie narzucili swoich warunków w pomocy. Ale czy na pewno nie było w tym meczu drużyny? Stylu oni może nie mieli, rozgrywali niedokładnie, ale bardzo chcieli walczyć za siebie nawzajem, nikt na nikogo nie machał rękami po nieudanych zagraniach, a Robert Lewandowski pracował na Piotra Zielińskiego i Krzysztofa Piątka. To jest drużyna. A że mało w Wiedniu efektowna, to inna sprawa.

Brzęczek chciał więcej piłki w piłce. Ale zwyciężył pragmatyzm

Posiadanie piłki to już od dawna nie jest polski żywioł, tak było przecież już za Adama Nawałki, brakuje w polskiej piłce światowej klasy piłkarza-organizatora gry, bo jednak Piotr Zieliński to inny typ pomocnika. Bywało przecież za Adama Nawałki, że np. w meczu ze Szkocją na Stadionie Narodowym Polska niechętnie brała piłkę, wolała by miał ją rywal i można było odebrać i skontrować. Jerzy Brzęczek próbował w pierwszych miesiącach wprowadzić do polskiej pomocy trochę więcej grania w piłkę, ale mecz z Włochami przegrany u siebie 0:1 pokazał, że do tego pomysł i chęci nie wystarczą, trzeba mieć jeszcze wykonawców. Wygrał pragmatyzm i polskie skrzydła. A w Wiedniu najważniejsze było, żeby zapunktować, a nie zachwycić. Po trudnych pierwszych miesiącach pracy Brzęczka: coraz gorszej grze (odmiana była dopiero w Guimaraes i 1:1 z Portugalią w meczu kończącym rok), malejącym zaufaniu kibiców, na piłkarskiej piramidzie Maslowa podstawową potrzebą Polski były trzy punkty, a dopiero później styl. Na razie: przede wszystkim bezpieczeństwo. A na miłość i samorealizację jeszcze może przyjdzie czas. Patrząc na to, jak dziś jest postrzegany Jerzy Brzęczek, pewnie nieprędko. Dlaczego wystawił Milika, dlaczego nie odizolował chorych, dlaczego Szymona Żurkowskiego odsyła na trybuny – i tak dalej. Zbiera za wszystko. Drużynie jeszcze dano prawo, żeby się pierwszy raz od dawna ucieszyła z trzech punktów. Z trzech punktów z Japonią w mundialu nie wolno było się cieszyć, poprzednio cieszyła się z 4:2 z Czarnogórą, a i wtedy kapitan Lewandowski nerwowo wymieniał na murawie uwagi z Adamem Nawałką. Natomiast Jerzy Brzęczek właściwie musi na razie za to zgrupowanie przepraszać. A i w niedzielę z Łotwą zacznie mecz na musiku, bo przy chorobie szalejącej w kadrze będzie musiał zapewne wystawić niegrającego w Atalancie Arkadiusza Recę, a ma Roberta Gumnego. Do tego Żurkowski na trybunach, i drużyna chora, a on temu nie zapobiegł itd.

Narodowy domem kadry. Ale w tym domu bywało nerwowo

Wątpliwe, żeby nawet po wysokim zwycięstwie nad Łotwą frakcja wyznawców selekcjonera Brzęczka się rozrosła, zwłaszcza że wysokie, efektowne zwycięstwo jest Polsce w niedzielę przypisane właściwie z urzędu. Kadra wraca na Stadion Narodowy, do domu w którym wygrywa, a Robert Lewandowski hurtowo strzela tutaj gole (od czasu ostatniego meczu na Narodowym, dziewięć miesięcy temu, nie strzelił w kadrze żadnego). Poza tym Łotwa eliminacje zaczęła od porażki w Macedonii Północnej, niedawno zmieniła trenera i jest rozbita. Wszystko prawda, kadra wyniki na Narodowym miała za Adama Nawałki imponujące, ale czasem się one rodziły w bólu podobnym do pierwszych i ostatnich minut z Wiednia.

We wspomnianym meczu ze Szkocją, tym z oddaniem piłki rywalowi, Polska zdobyła prowadzenie, ale potem przegrywała, i wyrównała kwadrans przed końcem. Gruzję rozbiła 4:0, ale jeszcze po godzinie było 0:0, a dwa gole padły w doliczonym czasie. Z Irlandią prowadziła szybko, ale dała sobie wyrwać prowadzenie, i musiała pracować na zwycięstwo 2:1 od nowa. Z Danią prowadziła 3:0 po hattricku Lewandowskiego, ale drżała o wynik do końca, bo zrobiło się 3:2. Z Czarnogórą prowadziła 2:0, ale oddała prowadzenie i do 85. minuty było 2:2, zanim znów Lewandowski dał sygnał do szarży. A kiedy przyjechała do niej Armenia, rozbita jak dziś Łotwa, tuż po 0:5 u siebie z Rumunami, bez Henricha Mchitariana, to Polska najpierw prowadziła, potem sobie dała wyrwać prowadzenie, wygrała dopiero w doliczonym czasie (w 95. minucie), a tuż przed golem na 2:1 mogła stracić na 1:2. I to wszystko z rywalem który przez poprzednie dwa lata pokonywał tylko Salwador, Gwatemalę i Zjednoczone Emiraty Arabskie. A w Warszawie od 30 minuty grał w dziesiątkę. Taki już urok polskiej kadry. Dość łatwo jej przychodzi strzelanie goli, gorzej z zarządzaniem meczem przy prowadzeniu. A w Wiedniu jednak to prowadzenie obroniła.

Mieliśmy już w ostatnich latach trenerów, którzy cały czas budowali, wprowadzali na przyszłość, dopracowywali, ale tu i teraz wygrać nie umieli. A trzy punkty to najlepszy psycholog dla grupy. Nawet te wyrwane byle jak. Przed wielkim turniejem i tak ważniejsze od stylu eliminacji jest to, jak drużyna spędzi miesiące między kwalifikacjami a turniejem. Choć tym tysiącom kibiców, którzy zalali centrum Wiednia, i tym tysiącom z niedzielnego Narodowego, trochę przyjemności się po prostu należy.