Sport.pl

Szczęściarze świata sportu

Całkiem niedawno prezentowałyśmy Wam listę wielkich pechowców. Teraz czas na coś przeciwnego, czyli ciacha, do których szczęście uśmiechnęło się w najmniej spodziewanym momencie. Bo choć ludowe porzekadło uczy nas, że szczęściu trzeba pomóc, a w sporcie zwykło sprzyjać lepszym, to jednak czasem zdarza się, że szczęście ma dobry dzień i samo z siebie wyciąga pomocną dłoń do ciacha w potrzebie.
Eric Moussambani Eric Moussambani internet

Eric Moussambani, węgorzem zwany, Letnie Igrzyska Olimpijskie w Sydney, 2000

Ten reprezentant Gwinei Równikowej dostał się na olimpiadę dzięki dzikiej karcie. Igrzyska były dla niego przeżyciem wielkim między innymi dlatego, że po raz pierwszy zobaczył na własne oczy 50-metrowy olimpijski basen. W Gwinei Równikowej takich przybytków niestety nie ma, przez co Eric, nazwany przez fanów pieszczotliwie węgorzem, był zmuszony trenować na największym basenie kraju - 20-metrowym obiekcie znajdującym się w hotelu w stolicy Gwinei Równikowej.

Podczas samych igrzysk dwóch innych pływaków konkurujących z Erikiem w eliminacjach popełniło falstart, przez to Eric został jedynym zawodnikiem, a co za tym idzie eliminacje naturalnie wygrał. Dystans 100 metrów pokonał (może bardziej adekwatnym określeniem byłoby tu "przepluskał") w czasie 1:52,72 - ponad dwa razy dłuższym niż najlepsze czasy jego rywali (pobity na tych igrzyskach rekord świata wynosił 47,84 s.). Więcej - rekord świata na 200 metrów był lepszy od wyniku Erika na dystansie dwa razy krótszym.

Ale co z tego, skoro Eric i tak swoje eliminacje wygrał? I dokonał tego w pięknym, romantycznym wręcz stylu, pokazując, że sport nie potrzebuje wielkich pieniędzy, do których ostatnio przywykłyśmy, a to co w nim najważniejsze to serce, pasja, siła i wola walki.

Szczęście Erica uległo niestety w tym momencie wyczerpaniu: przez problemy z otrzymaniem wizy pływak nie wziął udziału w kolejnej olimpiadzie (w 2004 r. w Atenach). A szkoda, bo do tego czasu znacznie udoskonalił technikę pływania i poprawił swój rekord życiowy na 100 m, schodząc do 57 sekund! Nie wystartował także na igrzyskach w 2008 r. w Pekinie.

Simon Ammann Simon Ammann internet

Simon Ammann, Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Salt Lake City, 2002

Chyba wszyscy pamiętają tę olimpiadę - Adam Małysz jechał do Salt Lake City jako murowany faworyt. Jedynym, który mógł mu zagrozić był Sven Hannawald, z którym nasz skoczek toczył w tamtym sezonie pamiętne boje na śmierć i życie. I tu czas na kolejne porzekadło ludowe, mówiące o tym, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Zgodnie z tą prawdą, wyskoczył nam Simon niczym Filip z konopi, zgarniając złote medale na obu skoczniach: normalnej i dużej. Małyszowi i Hannavaldowi nie pozostało nic innego jak podzielić się srebrem i brązem.

19.01.2003. ZAKOPANE SKOKI NARCIARSKIE KONKURS NIEDZIELNY MALYSZ I HANNAWALD NA PODIUM FOT KUBA ATYS AGENCJA GAZETA

Przypomnijmy, że równo miesiąc przed pierwszym konkursem w Salt Lake City Ammann upadł podczas treningu na skoczni w Willingen, poważnie się obijając i zaliczając wstrząśnienie mózgu, co znacznie zakłóciło jego przygotowania do najważniejszych konkursów sezonu. Jakby tego było mało, przed olimpiadą Szwajcar nie wygrał ani jednego (tak ANI JEDNEGO) konkursu Pucharu Świata w życiu, a w zawodach sezonu 2001/02, które odbyły się przed olimpiadą, tylko 4-krotnie stanął na podium. Pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata Ammann odniósł już po olimpiadzie - w marcu 2002 r. w Oslo.

Robert Kubica - Formuła 1. Pierwszy Polak w historii F1, pierwszy który wygrał wyścig. Dokonał tego podczas GP Kanady w 2008 roku. Robert Kubica - Formuła 1. Pierwszy Polak w historii F1, pierwszy który wygrał wyścig. Dokonał tego podczas GP Kanady w 2008 roku. Fot. JIM YOUNG REUTERS

Robert Kubica

Jeszcze niedawno umieszczałyśmy Roberta na liście pechowców, ale gdy się nad tym lepiej zastanowić, wychodzi, że Kubica szczęście jednak ma jak mało kto. Co prawda w nieszczęściu, ale zawsze.

Pierwsze nieszczęście: wypadek w 2003 r., w którym Robert uczestniczył jako pasażer. Efekt? Złamana ręka i... dziewczyna, którą Kubica poznał (jeśli wierzyć "Faktowi") w szpitalu, a z którą jest po dziś dzień. I powiedzcie tylko, że to nie fart. Jeśli chodzi o sam wypadek i jego następstwa to nie były one zbyt poważne, bo Robert już kilka dni po opuszczeniu szpitala jeździł i wygrywał wyścigi. Jedyną różnicą była tytanowa rurka, którą od tamtego czasu ma w ręce.

Rok 2007 przyniósł Robertowi koszmarną kraksę w GP Kanady, z której na pierwszy rzut oka nie mógł wyjść cały. Wyszedł - najspokojniej w świecie. Ze skręconą nogą. Rok później wygrał wyścig na tym samym torze, odnosząc swoje pierwsze (i jak dotąd niestety jedyne) zwycięstwo w F1. A i ta wygrana była możliwa dzięki wielkiemu szczęściu Roberta, które kazało Lewisowi Hamiltonowi skasować w alei serwisowej bolid Kimiego. Dzięki temu dwóch głównych rywali do zwycięstwa pożegnało się z wyścigiem, a droga do chwały stanęła przed Robertem właściwie otworem (a przynajmniej drzwi się uchyliły - otworzył je w pełni pozwalający się wyprzedzić Nick Heidfeld).

Ponieważ kraksy trzymają się Roberta nad wyraz uparcie, więc w 2011 r. Robert miał najpoważniejszy wypadek, który sprawił, że świat się zatrzymał, a my zamarłyśmy tak jak stałyśmy. Robert do tej pory leczy się po tamtym koszmarnym zderzeniu z barierką, ale spójrzmy prawdzie w oczy - tej kraksy mógł naprawdę nie przeżyć. A on co? Rehabilituje się w tempie szybszym niż zakładano, zadziwiając największych specjalistów.

W końcu, całkiem niedawno Robert znów przyprawił nas o palpitacje serca (nie ma dla nas litości chłopak!), przewracając się przed domem i łamiąc nogę. Pierwszą moją reakcją było: po co i gdzie łazi? To retoryczne pytanie zrodziło się w wyniku pomieszania złości, smutku i bezradności wobec takiego ogromu nieszczęść. Wszystko to jednak szybko minęło, bo oto okazało się, że nie dość, że uraz niewielki to jeszcze do tego tak naprawdę dobrze, że w ogóle powstał, bo dzięki temu odkryto, że złamanie z lutego nie goiło się prawidłowo.

I dlatego właśnie uznajemy Roberta za w czepku urodzonego z małą adnotacją: bardzo prosimy - już starczy, nie potrzebujemy więcej dowodów na to, że Robert ma farta. Wierzymy.

David Beckham i Zinedine Zidane David Beckham i Zinedine Zidane internet

Reprezentacja Francji, Mistrzostwa Europy w Portugalii, 2004

Pamiętacie pierwszy mecz Francji na Mistrzostwach Europy 2004 w Portugalii? Anglicy prowadzili od 38. minuty po golu Franka Lamparda. W drugiej połowie David Beckham zmarnował co prawda rzut karny, ale gdy wybiła 90. minuta wydawało się, że Anglikom i tak krzywda stać się już nie może. Nic bardziej mylnego - w doliczonym czasie gry dwie bramki (w tym jedną z karnego) strzela Zinedine Zidane i Anglicy przegrywają na otwarcie Euro mecz, który mieli przecież wygrany. Na pocieszenie powiemy, że obie drużyny wyszły wtedy z grupy i obie odpadły już w pierwszej fazie pucharowej: Anglicy przegrali z Portugalią, a Francuzi z Grecją. Zrządzenie losu chciało, żeby owa Portugalia spotkała się w finale turnieju z ową Grecją.

Hermann Maier

Austriacki alpejczyk o przydomku "Herminator" jest bohaterem historii, jakie uwielbiają kibice - o harcie ducha, woli walki i triumfalnym powrocie wbrew wszystkiemu. W 2001 r. narciarz uczestniczył w bardzo poważnym wypadku motocyklowym, który o mało nie kosztował go utraty nogi. Zręcznym chirurgom udało się uratować kończynę Austriaka, która od tego momentu składa się w znacznej części z tytanu. Po dojściu do siebie Maier opuścił co prawda Igrzyska Olimpijskie w 2002 r. w Salt Lake City, ale później powrócił na stok, by z sukcesami (m.in. kryształowe kule, medale olimpijskie i mistrzostw świata) jeździć jeszcze do 2009 r.

Poniżej przejazd Maiera na miarę złotego medalu mistrzostw świata w slalomie gigancie w Bormio w 2005 r.

kibic kibic ciacha.net

Pewien niezidentyfikowany kibic, Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Alpejskim w Bormio, 2005

Pozostajemy w klimatach alpejskich. Nie ruszamy się nawet ze wspomnianego wcześniej Bormio 2005. W tych samych mistrzostwach świata, w których triumfował Maier, złoty medal w super gigancie zdobył Bode Miller - niegrzeczne dziecko amerykańskiego narciarstwa.

Bode zwycięstwo postanowił należycie uczcić, w związku z czym ekipa amerykańska po zakończeniu zawodów zebrała się w domu amerykańskim, gdzie świętowano sukces Millera. Amerykanin miał medal w kieszeni kurtki, która podczas zabawy... zniknęła. Szefowie ekipy wyrazili nadzieję, że ten, kto "zaopiekował się" kurtką zawodnika, medal zwróci. Kurtki - jak powiedzieli Amerykanie - oddawać nie musiał.

Tak też się ponoć stało - medal wrócił, kurtka przepadła. Wyobrażacie sobie tego szczęśliwca, który przyszedł napić się piwa, a wyszedł ze złotym medalem olimpijskimi i kurtką Bode'ego Millera?

Drużyny Szwecji i Danii, Mistrzostwa Europy w Portugalii, 2004

Sweden

Coś wisiało w powietrzu przed ostatnimi meczami grupy C Euro 2004. Włosi w dwóch pierwszych meczach uzbierali zaledwie 2 punkty za dwa remisy. Szwedzi i Duńczycy mieli po 4 punkty. Aby awansować do dalszej części rozgrywek, Włosi musieli wygrać ostatni mecz i liczyć na potknięcie Szwedów lub Duńczyków, którzy ostatni mecz rozgrywali między sobą. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego zadanie wykonali i wygrali z Bułgarią 2:1, dzięki czemu ich dorobek punktowy wynosił teraz całe 5 oczek. Po podliczeniu bilansów bramek wszystkich trzech zespołów liczących się w walce o awans do kolejnej rundy (Szwecja, Dania, Włochy) okazało się, że Włosi odpadną z turnieju tylko pod jednym warunkiem - jeśli Szwecja zremisuje z Danią 2:2. Wówczas to obie skandynawskie drużyny przejdą dalej, a Włosi będą mogli się pakować. Jak łatwo się domyślić, taki właśnie padł wynik. Włosi wietrzyli spisek, ich dziennikarze próbowali nawet podrobić firmowy papier jednego ze skandynawskich związków piłkarskich, który następnie miał im posłużyć jako dowód na to, że Szwedzi i Duńczycy mecz ustawili. Sprawa była tym bardziej podejrzana, że aż do 89. minuty Duńczycy prowadzili 2:1, by stracić nieszczęsnego (dla Włochów) gola przed samym gwizdkiem. Jakby tego było mało, ostatnie dwie minuty spotkania upłynęły zawodnikom na radosnym kopaniu piłki rodem z podstawówki czy innego boiska osiedlowego - wynik satysfakcjonował obie drużyny, więc nikomu nie spieszyło się do ataku, piłkarze stali w kółeczko i podawali sobie beztrosko piłkę. A na trybunach kibice trzymali transparenty z napisami "Adios Italia".

Denmark

Tanja Frieden Tanja Frieden internet

Tanja Frieden, Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Turynie, 2006

Tanja to szwajcarska snowboardzistka, której wyjątkowe szczęście dopisało w kluczowym momencie - podczas finału snowcrossa na olimpiadzie w Turynie w 2006 r. Tuż po starcie zawodów na prowadzenie wysunęła się Lindsay Jacobellis. Tanja tymczasem zajmowała drugie miejsce, ale po jednym ze skoków wylądowała na tyle deski Jacobellis, co całkowicie wytrąciło ją z rytmu i sprawiło, że dogoniła ją Dominique Maltais. Srebrny medal Tanji stanął pod znakiem zapytania, ale szczęście uśmiechnęło się do niej po raz pierwszy, kiedy Maltais przewróciła się i wpadła w siatki ochronne. Teraz Tanja dzielnie trzymała się drugiego miejsca, ale o zwycięstwie nie miała właściwie co marzyć - Jacobellis zdążyła już wyrobić sobie olbrzymią przewagę. I wtedy stał się cud (lub - z punktu widzenia Lindsay - tragedia). Nie wiemy, co pchnęło Jacobellis do takiego, a nie innego zachowania. Być może była to chęć popisania się, być może pragnienie efektownego przypieczętowania olimpijskiego złota. Ważne, że tuż przed metą, zmierzająca po zwycięstwo Lindsay Jacobellis wykonała efektowny i całkowicie zbędny skok, który przypłaciła jedynie nieco mniej efektownym upadkiem. Nim się podniosła, Tanja zdążyła ją minąć dosłownie metry przed metą i sprzątnąć złoto wprost sprzed nosa rywalki. To się nazywa fart. Lub też (ze strony Lindsay) - głupota.

Roger Federer Roger Federer Fot. Michel Euler AP

Roger Federer, Roland Garros 2009

W 2009 roku Roger Federer miał na koncie 13 tytułów wielkoszlemowych. Był też powszechnie uznawany za najlepszego tenisistę w swoim pokoleniu, jeśli nie w historii. Nikt nie pytał o to, czy Roger pobije rekord 14 wielkoszlemowych zwycięstw należący wówczas do Pete'a Samprasa, ale jedynie kiedy to zrobi. Przed startem French Open 2009 Szwajcar trzy raz triumfował w Australian Open i po 5 razy w Wimbledonie i US Open. Do szczęścia brakowało mu tylko zwycięstwa w turnieju Rolanda Garrosa. Ewentualna wygrana we Francji oznaczałaby nie tylko wyrównanie rekordu Samprasa, ale także skompletowanie karierowego Wielkiego Szlema, czyli wygranie co najmniej raz każdego z czterech wielkoszlemowych turniejów. Takie osiągnięcie oznaczałoby też postawienie kropki nad i w kwestii bycia najwybitniejszym w historii - w końcu brak zwycięstwa na czerwonej mączce był rysą na wizerunku Federera, która pozwalała niektórym powątpiewać we wszechstronność tenisisty. Jaki w końcu z niego wszechstronny (żeby nie powiedzieć kompletny) tenisista, skoro nie potrafi wygrać w Paryżu? I choć Federer dwoił się i troił, to zwycięstwo w Rolandzie Garrosie wciąż pozostawało poza jego zasięgiem, głównie za sprawą Rafaela Nadala, który nie dość, że na czerwonej mączce spisuje się na ogół wyśmienicie to ma jeszcze patent na Federera - wygrywa z nim częściej niż jakikolwiek inny tenisista. I oto w 2009 r. szczęście w końcu uśmiechnęło się do Rogera. Ktoś inny wykonał za niego czarną robotę: Robin Söderling wyeliminował Hiszpana w półfinale, co oznaczało, że Federer będzie musiał zmierzyć się w finale nie ze swoim odwiecznym nemesis, ale ze Szwedem właśnie. Przed finałem Federer pokonał Söderlinga 9 razy z rzędu, więc można było spodziewać się dużo bardziej pozytywnego dla Szwajcara zakończenia, niż gdyby na przeciwko stawał Nadal. Przepowiednie się spełniły, a Federer wygrał z Söderlingiem 10. raz z rzędu, pokonując go 6:1 7:6 6:4. Śmiemy twierdzić, że z Nadalem tak łatwo by mu nie poszło.

Hiszpania, RPA 2010 Hiszpania, RPA 2010 Dunham/AP

Reprezentacja Hiszpanii, Mistrzostwa Świata w RPA, 2010

Hiszpanie nie zaczęli turnieju najlepiej - na dzień dobry przegrali ze Szwajcarią 0:1 i nad ich głowami od razu zaczęły zbierać się czarne chmury. Potem jednak przyszły dwa (trochę wymęczone) zwycięstwa (nad Hondurasem i Chile) i awans z grupy. Mecze 1/8, ćwierć- i półfinałowe przyniosły wygrane po 1:0. Po zwycięstwie nad Paragwajem Hiszpanie dotarli do półfinału po raz pierwszy od 1950 r. Tu poszli za ciosem i pokonali faworyzowanych Niemców (znów 1:0), by po raz pierwszy w historii dotrzeć do finału, w którym zmierzyli się z Holandią i potrzebowali aż 116 minut, by strzelić jedynego gola tego pamiętnego spotkania. Do siatki trafił wówczas Andres Iniesta.

Tym samym przełamana została klątwa, która od zawsze ciążyła nad Hiszpanami - w końcu nie bez powodu po każdym turnieju przedstawiciele kraju z Półwyspu Iberyjskiego zwykli mawiać: "gramy pięknie jak nigdy, przegrywamy jak zawsze". Tym razem w końcu było inaczej (a nawet w pewien sposób było odwrotnie): Hiszpania zapomniała o efekciarstwie uprawianym dla efekciarstwa i postawiła na minimalizm - zawodnicy zdobyli mistrzostwo strzelając zaledwie 8 bramek w całym turnieju i tracąc tylko 2. Pod oboma względami był to rekord.

Hiszpanie wygrali Mundial po raz pierwszy w historii, zostając pierwszą drużyną w dziejach, która zdobyła trofeum po przegraniu pierwszego meczu w turnieju. Zostali też dopiero drugą drużyną, której udało się wygrać turniej poza swoim kontynentem (ta sztuka udała się wcześniej dwukrotnie Brazylii).

To całkiem niezłe osiągnięcia i wyniki jak na kogoś, kto wcześniej docierał najwyżej do półfinału imprezy.

Po półfinałowym meczu (z Niemcami) naszych szczęściarzy odwiedziła w szatni sama królowa Sofia. Chowający się w panice za kolegami nieubrany Carles Puyol wciąż powoduje pojawienie się na naszych twarzach szerokiego uśmiechu. Podobnie jak rozpaczliwe próby podejmowane przez wszystkich piłkarzy, by choć trochę uprzątnąć zaśmieconą podłogę, gdy Jej Wysokość nie patrzy.

Jacek Krzynówek (a z nim reprezentacja Polski), mecz z Portugalią 2007

Kolejny zwycięski remis w historii polskiej piłki nożnej. Na drodze do Euro 2008 los (przyjmujący twarz UEFA) postawił nam na drodze Portugalię. Pierwszy mecz z wicemistrzami Europy 2004 u siebie wygraliśmy (co całkiem niedawno wspominałyśmy już rzewnie), jednak rozsądek kazał nam wątpić w szanse na powtórzenie wyniku w rewanżu w Lizbonie. Rozwój wypadków na boisku w Portugalii wskazywał na ogólną słuszność takich przypuszczań: do 87. minuty Polska przegrywała 1:2 (choć to my pierwsi strzeliliśmy gola tuż przed przerwą).

I wtedy do akcji wkroczył Jacek Krzynówek, który, jak powiedziałby to pan Szpakowski "huknął jak z armaty". Ale nie (tylko) w sile tego strzału tkwił klucz do sukcesu: piłka odbiła się od słupka i wychodziła z bramki, ale natrafiła na plecy rozpaczliwie interweniującego bramkarza, odbiła się i potoczyła z powrotem do siatki. Nie musimy mówić, że Polska do mistrzostw Europy awansowała po raz pierwszy w historii (z pierwszego miejsca w grupie).

Więcej o: