Włosi spacerkiem doszli do półfinału
Korespondencja: Rafał Stec z Hamburga
Włosi prawdopodobnie pięć minut po wygranej 3:0 z Ukrainą nie pamiętali już, w jakich okolicznościach awansowali do półfinału. Teraz czekają na nich rozpędzeni Niemcy.
ZOBACZ SZCZEGÓŁOWO
Relacja "Z czuba"
Wideo: najważniejsze akcje meczu wg FIFAworldcup.com
- Dajcie mi najbrzydszy pokój, jaki macie - te słowa, zamiast powitania, ponoć wyrzucił z siebie trener Marcello Lippi, kiedy wszedł do hotelu w Duisburgu, który "Squadra Azzurra" wybrała na swoją bazę.
Nie, żeby włoski selekcjoner czuł do luksusu jakiś szczególny wstręt. Po prostu nie chciał skończyć jak poprzednik, Giovanni Trapattoni. Kiedy Włosi odpadli z Euro 2004 - w stylu, delikatnie mówiąc, kiepskim - dziennikarze długo ze szczegółami pokazywali kibicom, w jakim przepychu pławił się podczas turnieju trener, który kadrę doprowadził do ruiny. Lippi machnął więc ręką na najlepszy apartament w hotelu Landhaus Milser. Kazał przerobić go na salę masażu. Wolał dmuchać na zimne, bo choć Italia wciąż dysponuje czołowym bramkarzem na świecie, czołowymi obrońcami, czołowymi pomocnikami i czołowymi napastnikami, to z ostatnich turniejów nie odpadała po heroicznych bojach z równie uznanymi przeciwnikami, lecz wstydliwych niepowodzeniach z przeciętniakami.
Dziś Lippi może zarządzić przeprowadzkę. Choć triumf nad Ukrainą również do heroicznych wyczynów nie należał, to grozi mu już niewiele. Ewentualną półfinałową porażkę z Niemcami jego rodacy jakoś przełkną. Nawet jeśli mierzą w złoto.
Czy na nie zasługują, chyba wciąż nikt nie ma pojęcia. Mecz z Ukrainą im się - jak mawiają polscy trenerzy - "ułożył", bo prowadzenie dał ładny strzał z dystansu Gianluki Zambrotty, po czym długo wydawało się, że sprawa została właściwie rozstrzygnięta. Trener Oleg Błochin próbował co prawda narobić rabanu, szybko wymieniając obrońcę Swiderskiego na napastnika Worobieja, lecz Ukraińcy nie mieli ani konceptu, ani umiejętności na przebicie się przed włoską defensywę. Pierwszy uderzył po przeszło pół godzinie Tymoszczuk - rozpaczliwie, z 30 metrów i tak przygnębiająco niecelnie, że pomocnik Szachtara prawdopodobnie pożałował, iż w ogóle wyrywał się przez szereg. Następny strzał, a właściwie ochłap strzału, bo po rykoszecie piłka ledwie turlała się po trawie, oddał Szewczenko. Bramkarz Buffon musiał być wdzięczny. Wreszcie miał okazję złapać piłkę. Niedługo potem sędzia odgwizdał przerwę, a cały stadion nabrał pewności, że Ukrainę do ćwierćfinału MŚ dopchnąć musiał jakiś nieszczęśliwy - z punktu widzenia kibiców - i niewiarygodny splot okoliczności.
Dopiero w drugiej połowie piłkarze Błochina ruszyli do przodu, ale zostali srodze skarceni.
Włosi to wciąż zagadka. Niby tylko im nikt nie strzelił jeszcze na mundialu gola (Amerykanie zawdzięczają go samobójowi Zaccardo), niby pozostają niepokonani od 23 spotkań (co jest powojennym rekordem), ale wygrywają raczej dzięki pojedynczym zrywom niż dającemu się zauważyć planowi gry. Ani w piątek, ani wcześniej nie pokazali wypracowanego schematu natarcia, który potrafiliby powtórzyć choćby raz.
Być może nie mogą uzyskać płynności wskutek nieustannych rotacji składem i taktyką, bo zmuszony okolicznościami trener Lippi w 27 ostatnich meczach wystawiał 27 różnych jedenastek, a podczas mundialu co rusz zmienia też ustawienie. A być może po wyczerpującym sezonie ligowym (lub urazach) wciąż nie odsapnęli gwiazdorzy odpowiedzialni za grę ofensywną. Luca Toni został przecież z królem strzelców Serie A z najlepszym dorobkiem od lat 50, a wczoraj pierwszy raz celnie uderzył dopiero po godzinie gry!
Od razu trafił jednak do siatki (nie ostatni tego wieczoru), a tamten moment uświadamia, że potencjał we Włochach drzemie niebagatelny. Niedługo wcześniej Ukraińcy rozpoczęli zmasowany atak - po strzale Gusina Buffon sparował piłkę na słupek, a potem obijali go jeszcze m.in. Gusiew i Kaliniczenko. Kiedy jednak faworyci poczuli zagrożenie, przycisnęli i natychmiast podwyższyli na 2:0.
Przy tej bramce asystował Totti, który przed meczem powtarzał, że Ukrainę "trzeba pokonać nie nogami, lecz głowami". Jego i kolegów głowy w końcówce były już jednak prawdopodobnie zaprzątnięte półfinałem z Niemcami, czyli klasykiem z gatunku tych, o na które Włosi - jak sami mówią - zawsze niesamowicie się sprężają.
Jeśli to prawda i jeśli na dłużej ocknął się Toni, to trener Lippi zostanie przed finałem sprowadzony do apartamentu siłą.