Blog Pawła Wilkowicza

Blog Pawła Wilkowicza

  • poniedziałek, 04 sierpnia 2014
  • KONKURS ROZSTRZYGNIĘTY!

    Lepiej późno niż wcale: weekend zaskoczył drogowców i nie udało się rozstrzygnąć konkursu w sobotę ani w niedzielę. Ale zdążyłem przed końcem trzeciej kolejki. Zwycięzcą został... Albo nie, jeszcze moment.

    Przypomnę: szukałem najlepszej pary limeryk-lepiej, nie pojedynczych sztuk. Lepieje udawały się Wam dużo lepiej niż limeryki, czego się zresztą należało spodziewać. Gdyby chodziło tylko o lepieje, pachniałoby dogrywką, a może i karnymi. Moje ulubione:

    Lepiej walczyć z długiem greckim

    niż na szachy iść z Małeckim

    autorstwa Bartka Wasilewskiego.

    Lepiej jest posiedzieć w ciszy

    niż obejrzeć mecz Zawiszy

    autor: adingo

    Lepiej złapać kleszcza w parku

    Niż Możdzenia mieć na karku

    autor: aljas1905

    Lepsza mowa jest germańska,

    niż ojczysta ma słowiańska.

    autor: widomek95

    Lepiej pieprzu rozgryźć ziarno

    niż w Górniku grać za darmo

    autor: jupikajejmdf

    Lepiej w trabancie zamontować haka,

    niż na konferencji słuchać Rumaka

    autor: kijoszek89

    Ale najlepszą parę, z zachowaniem reguł gatunków, itd., stworzył Bartek Wasilewski, który do wspomnianego wyżej lepieja dołożył taki limeryk:

    raz wychowanek Wigier Suwałki

    obraził Smudę po litrze gorzałki

    "zmienię trenera

    zacznę od zera"

    by przez Wdowczyka, dojść do Nawałki

    a do tego uaktualniał, dopisywał, krótko mówiąc, reagował pozitiwnie. I dostaje koszulkę.

    Uczciwego znalazcę proszę o kontakt: pawel.wilkowicz@agora.pl

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • piątek, 25 lipca 2014
  • Lepiej z ekstraklasą. Limeryk też. Czyli: UWAGA KONKURS!

    Też Was nudzi ciągłe narzekanie na polską ligę? To do dzieła. Ponarzekać oczywiście też możecie, zrozumiem, byle kreatywnie. Do wzięcia jest koszulka Arsenalu na nowy sezon. Dostałem od Pumy, nie czuję, żebym zasłużył, a @jzvrawski zapronował na Twitterze: niech będzie nagrodą w konkursie. I będzie. Niby obca, a biało-czerwona. Nada się.

    Co trzeba zrobić, by wygrać? Zabawić się słowem. Podwójnie. Ułożyć dwa wiersze: limeryk i lepiej. O ekstraklasie, o klubach ekstraklasy, o piłkarzach ekstraklasy. Dlaczego limeryk i lepiej - pewnie się domyślacie. Inspiracji ostatnimi wydarzeniami i sekretarzem Noblistki się nie wypieram. Wprawdzie Wisława Szymborska mówiła, że od kiedy Szombierki Bytom wypadły z pierwszej ligi, przestała interesować się futbolem, ale nie miałaby chyba nic przeciwko. Wszystko ku chwale poezji i ekstraklasy.

    Więc układajcie, wpisujcie w komentarzach na blogu, a jednoosobowe jury oceni i nagrodzi. Ale uwaga, przyjmuję tylko pary: limeryk-lepiej. Kusiło mnie żeby wprowadzić też moskaliki, kolejną z zabaw Noblistki, ale po pierwsze, zrobiłoby się już bardzo trudno, poza tym, ostatnio pogoda na moskaliki kiepska.

    Kto nie wie co to limeryk i lepiej, co taki wierszyk mieć musi itd., ma gdzie sprawdzić. Ja na wszelki wypadek informuję:

    Limeryk musi mieć bohatera, miejsce, określoną budowę, np.:

    Pewien Japończyk ze Szczecina,

    wybrał Ufę nim wybiła godzina

    Bolał go paluszek, główka

    Najlepszy lekarz? Gotówka!

    Tak go będą w Pogoni wspominać?

    Lepiej jest krótki:

    Lepszy lepiej z ekstraklasy,

    niż zdradzieckie rarytasy.

    Albo:

    Lepiej sprzątać cały Kraków,

    niż kryć strefą braci Maków

    I tak dalej

    Wy walczcie, ja poczytam. Nie muszą być grzeczne. Byle się nadały do cytowania przed 23.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • piątek, 04 lipca 2014
  • Felipao, otwórz bramę!

    HTC One

    Ostatni trening Brazylii przed ćwierćfinałem z Kolumbią w Fortalezie. Na małym stadionie imienia prezydenta Vargasa, żeby oszczędzać trawę na Castelao. Pod stadionem blisko trzy tysiące kibiców. Niczego im nie obiecywano poza tym, że zobaczą wjeżdżający autobus kadry. Ale przyszli, rozstawili grille, przynieśli bębny, tańczą capoeirę.

    Trener Luiz Felipe Scolari przyjechał na trening razem z Thiago Silvą prosto z absurdalnej konferencji prasowej. Trener musiał podczas niej tłumaczyć, dlaczego umawia się na spotkania z gronem zaufanych dziennikarzy (- Jest grupa, z którą jestem zaprzyjaźniony i będę z nią rozmawiał, w Korei i Japonii w 2002 też tak robiłem. Dajcie spokój z tą zazdrością. Komu się nie podoba, niech idzie do diabła - odpowiadał). A kapitan tłumaczył, dlaczego płakał podczas karnych w meczu z Chile (- Nie potrzebuję psychologa. Tak czasem jest, gdy robisz coś co kochasz. Oddajesz temu duszę i ciało). Do pytań o futbol też w końcu doszli. Scolari uważa Kolumbię za przeciwnika, który ma lepszych piłkarzy niż Chile, bo siłą Chilijczyków była przede wszystkim organizacja. Wszystko wskazuje na to, że miejsce zawieszonego Luiza Gustavo zajmie dziś Paulinho, wystawiony ze składu przed poprzednim meczem. Ale Scolari dał do zrozumienia, że to może nie być koniec eksperymentów.

    Scolari był podminowany, wielu pytań nie dał nawet dokończyć. Kontrast z Jose Pekermanem, który wieczorem w tej samej sali odpowiadał na każde pytanie z niezmąconym spokojem, był niesamowity.

    Presja rośnie. Ale w tym tłumie, który stał pod stadionem im. Vargasa nikt nie krzyczał: wygrajcie z Kolumbią, ani: chcemy mistrzostwa. Tylko: Ei, Felipao, libera o portao!". Felipao, otwórz bramę. Było też histeryczne: Neymaaar! I wołanie Davida Luiza, tego który podczas mundialu zyskał najwięcej sympatii. Również tym, że - tak to ludzie czują - gdyby akurat on przechodził po drugiej stronie krat, to by otworzył. A tak to kibice zza krat odśpiewali hymn, a cappella i do końca, zgodnie z nową tradycją, która się zaczęła rok temu właśnie w Fortalezie, podczas Pucharu Konfederacji.

    Kolumbię traktuje się tu jak brata, tylko mówiącego po hiszpańsku. Scolari mówi, że pod tym względem na pewno będzie jego piłkarzom łatwiej: Kolumbia chce z Brazylią grać w piłkę, a nie robić jej wojnę, jak Urugwaj, Chile i Argentyna. Więc kibice zajęli się tą ostatnią, śpiewając jej, żeby spokojnie czekała, bo i na nią przyjdzie pora. I że Neymar jest lepszy od Messiego.

    To akurat oni dwaj mogą sobie wyjaśnić dopiero w finale. Do niego jeszcze dwa kroki. Scolari zostawił nas wczoraj z wrażeniem, że jeszcze się waha, w którą stronę następny krok zrobić.

    I że czasem warto otwierać bramy.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • wtorek, 01 lipca 2014
  • Leo Messi i jego Caniggia

    Arena Corinthians, niedługo mecz ze Szwajcarią, Argentyńczycy znów zaczynają. Są ich tu dziesiątki tysięcy, a hymn jeden. - Brasil, decime que se siente, tener en casa a tu papa... Najprościej: Brazylio, powiedz jakie to uczucie, jak ktoś ci się panoszy w domu. A dalej jest o tym, że Argentyna nigdy nie zapomni 1990 roku, gdy Maradona na mundialu Brazylijczyków przedryblował, Caniggia im strzelił, a Brazylia płacze do dzisiaj. Zobaczycie tutaj Messiego, jak zdobędzie puchar. A Maradona jest większy od Pelego. I tak w kółko. Wolontariuszka z megafonem nadstawia w imieniu Brazylii drugi policzek i intonuje: - Vamos, vamos Argentina, dzisiaj musimy wygrać. Ale oni swoje. Potem jeszcze wchodzą w szczegóły inicjacji seksualnej Pelego, ale tego już może sobie oszczędźmy.

    Brazylia ma na tym mundialu do Argentyńczyków anielską cierpliwość, nie zaczepia, śpiewa swoje: - Eu seu brasileiro, com muito orgulho, com muito amor - jestem Brazylijczykiem, z wielką dumą, wielką miłością. Póki Brazylijczyk ma pięć mistrzostw świata, sam Pele trzy, a Argentyńczyk tylko dwa, nie ma co się denerwować. Wielu miejscowych szczerze kibicuje Messiemu, zakładają jego koszulki, bo uważają, że to talentem Brazylijczyk, a wielkiego piłkarza zawsze docenią. Tak jak doceniali wielkość Maradony i to w jaki sposób poprowadził Argentynę do mistrzostwa w 1986. Ale przecież nie powiedzą, że to była wielka drużyna i grała wielki futbol. Nie, była drużyną wodzowską, Maradona był wodzem na boisku, Oscar Ruggeri w szatni. Diego dokonywał cudów, oni mu pomagali, czasem cel uświęcał środki.

    W meczu z Belgami Argentyna miała szansę pokazać, że na śpiewach się nie skończy i rzeczywiście chce się na mundialu panoszyć. Że oprócz wielkiego Messiego i jego wielkiego pomocnika Angela di Marii przywiozła też do Brazylii wielką drużynę. Bo na razie Argentyńczycy idą w poprzek tego mundialu: z futbolem dość staroświeckim, przewidywalnym. Czekając na Messiego, na di Marię. Albo wreszcie na jakiegoś rywala, który będzie chciał z nimi pograć w piłkę. Może gdy się taki trafi zobaczymy wreszcie w Argentynie zespół, a nie tylko eskortę Leo. Ważne akcje Argentyny wyglądały dotychczas tak, że Messi przyspieszał, patrzył kto za nim nadąża. Jeśli nikt nie nadążał, załatwiał sprawę sam. W Sao Paulo nadążył di Maria, jego Caniggia.

    W innych drużynach, które tu zwyciężają, gra też bywa przyziemna, ale jak już są wzloty - to zbiorowe. To jest zresztą mundial fascynujący również pod tym względem, że futbol jest tu wielki, ale nie ma wielkich drużyn. Każdy ma swoje ograniczenia, chwile słabości, każdy już cierpiał. Momentami to jest po prostu futbolowy flash mob: gdy tylko ktoś traci piłkę jego wyczekujący rywal nagle doskakuje, już skrzyknięty i zorganizowany, całą grupą, i z planem co zrobić z piłką, a potem wrócić do wyczekiwania. Takie akcje uwielbia Holandia, tak drażniła Niemców Algieria.

    Coś takiego jest na razie poniżej argentyńskiej godności, ona woli swoje przechadzki z piłką i czekanie na Messiego. Ciekawe, jak daleko da się tak dojść.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • poniedziałek, 23 czerwca 2014
  • Brazylia sama między braćmi

    - Bracia z Chile, tędy! - krzyczy przez megafon brazylijski wolontariusz pod Areną Corinthians, kierując kibiców na mecz z Holendrami. Brazylijskie gazety z Minas Gerais o mieszkających w tym stanie reprezentacjach Chile, Urugwaju i Argentyny piszą tak samo: bracia dziś robią to, bracia robią tamto. Nawet o Argentyńczykach - bracia, choć za nimi, zwłaszcza tymi z Buenos, niespecjalnie się na kontynencie przepada. Była wprawdzie bójka argentyńsko-brazylijska w Belo Horizonte. Ale poza tym - sielanka. Tyle że powoli się kończy. Dziś się okaże czy Brazylia - bo zakładamy, że jednak nie przegra z Kamerunem i wyjdzie z grupy - w drugiej rundzie spotka się z Chile, braćmi z sąsiedztwa, czy może z braćmi w zamiłowaniu do ładnego futbolu, Holendrami:

    HTC One

    Holendrów Brazylijczycy boją się bardziej, z wiadomych powodów: to oni ich odesłali do domu cztery lata temu. Po meczu który dobrze by się wpisał w obecny mundial: Brazylia prowadziła, ale utrzymanie prowadzenia ją przerosło. Felipe Melo stracił rozum i wyleciał z boiska, Wesley Sneijder był w niesamowitej formie, itd. Mecze z Holendrami na mundialu, nawet zwycięskie, jak w 1998, bywały dreszczowcami. Z Chile szło łatwo, ostatnio było 4:1 w 1998. Ale Ivan Zamorano, zasypany pytaniami w biurze prasowym, gdy szedł na stanowisko komentatorskie, mówi że ta seria może się skończyć. - To pokolenie uwierzyło, że stać je na coś więcej niż zbieranie pochwał, że ładnie gramy. Oni mają marzenia, ale mają też plan. I jak trzeba będzie zagrać z Brazylią, choć wolałbym jednak z kimś innym, to będą mieli plan również na Brazylię - mówi Zamorano.

    Dotychczasową grę Brazylii na tym mundialu Zamorano nazwał przeciętną, ale już wolę walki gospodarzy - nie. - Są bardzo zdeterminowani, Luiz Felipe Scolari świetnie umie zarządzać emocjami - mówi była gwiazda chilijskiej kadry. Ale powtarza, że na Chilijczyków to tym razem może nie wystarczyć, nie przestraszą się. - Serce, odwaga i plan, plan, plan - mówi Zamorano. Chile widzi się daleko.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • niedziela, 22 czerwca 2014
  • Brazylia 2014: wielkie lato futbolu

    HTC One

    Środek nocy, powtarzają mecz Niemcy-Ghana, Klose właśnie setny raz robi salto na powtórkach, nie można się oderwać. Jeszcze się nawet faza grupowa nie skończyła, pewnie się jeszcze futbol popsuje, bo trudno będzie takie tempo utrzymać, żeby codziennie był najlepszy mecz turnieju. Ale cokolwiek się stanie na boisku, już jest jasne, że ten mundial to najpiękniejsze co futbol mógł sobie zafundować. Najlepsze mistrzostwa od Niemczech 2006, pewnie najlepsze na lata. Z mundialem w RPA ten mundial wygrywa przez nokaut, mimo że tam też była kusząca egzotyka, fantastyczna przyroda, a wiele rzeczy było w Afryce zorganizowanych lepiej. Telefony w przeciwieństwie do brazylijskich nie żyły własnym życiem autostrady były lepsze od niemieckich. Tylko co z tego, jak ducha nie było. Nie chodzi mi o jakiegoś wydumanego ducha futbolu. Tylko ducha wspólnoty

    Dziś, patrząc na tłumy świętujące futbol na Copacabanie, w barach Vila Madalena w Sao Paulo, czy w Savassi w Belo Horizonte (na zdjęciu), gdzie się w nocy po meczu Argentyna-Iran bawiły razem z Brazylijczykami dziesiątki tysięcy Argentyńczyków, Urugwajczyków, Chilijczyków - w Belo i okolicach mieszkają te trzy reprezentacje - trudno uwierzyć, że był cztery lata temu taki turniej, podczas którego napicie się po zmroku piwa w barze było trudniejsze niż dziś zorganizowanie wyprawy na drugi koniec Brazylii. Bo barów mało, szybko zamykane, zupełnie inny rytm życia miast. To był w ogóle dziwny turniej. Zupełnie wykoślawiony przez psychozę strachu, rozpętaną przez media, zwłaszcza angielskie. Znam angielskich dziennikarzy, którzy do końca tamtego mundialu niechętnie wystawiali głowy zza krat swoich wynajętych domów i wszędzie widzieli jakichś wydumanych napastników.

    Przez ten strach przed odkrywaniem, podróżami, wszyscy stłoczyli się w Johannesburgu, mieście dwóch stadionów - i trzeciego niedaleko w Pretorii. Tak powstał mundialowy potwór, w którym załatwienie czegokolwiek w fazie grupowej zajmowało mnóstwo czasu. Kibiców w innych miastach było tak mało, że gdy drugi raz przyleciałem na mecz do Durbanu, panie na lotnisku krzyknęły: Wróciłeś!!! To był też mundial, na którym niemal każda przysługa została podliczona. Nawet porządkowy na stadionie po podprowadzeniu we właściwe miejsce wyciągał czasem rękę i mówił, jakie ma trudne życie. Brazylijczycy pomagają tutaj na wyścigi, i bez wyciągania ręki - chyba że po numer, i potem jeszcze przez kilka dni dopytują w esemesach czy wszystko w porządku.

    Niech żyje mundial. I niech szybko do Ameryki Południowej wróci.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • środa, 18 czerwca 2014
  • Zebra! Czyli: nie rozjeżdżajmy Hiszpanów

    Codziennie rozprawiamy o czarnych koniach mundialu, a ani słowa nie było o zebrze. Najsłynniejszym futbolowym zwierzęciu w Brazylii. Zebra znaczy: sensacja. Bo w bardzo popularnej w Brazylii grze towarzyskiej były obrazki z różnymi zwierzętami, ale akurat na zebrę nie można było trafić.

    To jest mundial niespodzianek, m.in. tej sprawionej Urugwajowi przez Kostarykę...

    ...ale odpadnięcia HIszpanii pewnie nic już w rundzie grupowej nie przyćmi.

    Rządy w futbolu, choćby się nie wiem jak potężne wydawały i trwały latami, kończą się czasem właśnie tak, szybkim nokautem. Tak się skończyły poprzednie, Francuzów, którzy pojechali na mundial 2002 jako mistrzowie świata, Europy, źródło inspiracji dla innych w szkoleniu młodzieży. I bum, nie było co zbierać. Przez lata się po tej nagłej klęsce nie mogli podnieść.

    Każde imperium musi kiedyś runąć. I nie od razu musi się urodzić coś nowego, wielkiego. Hiszpania przyszła sześć lat po Francuzach. I ich przerosła. Nie ma chyba sporu, że przerosła wszystkich. Nawet jeśli są spory o styl. Hiszpania z 2008 roku była tak piękna, że nie miała wrogów. Tej z 2010 zdarzało się przynudzać, ta z 2012 nudziła już niektórych straszliwie, bo pojawiła się naturalna tęsknota za odmianą. Ale o ile o stylu trzeba dyskutować, to z trofeami już się nie da. Trzy wielkie turnieje z rzędu wygrał w historii futbolu tylko Urugwaj, przed wojną. W czasach gdy turnieje były kadłubowe, a igrzyska olimpijskie równe mundialowi, dlatego je Urugwajowi zaliczamy to tej trójki.

    Cokolwiek się z Hiszpanią stanie, nie rozjeżdżajmy jej. To było sześć lat odświeżająco ładnej gry i odświeżającej zmiany zasad. Hiszpanie dawali innym przykład, jak to niedawno nazwał Zbigniew Boniek, kultury bycia razem. Pokazywali, że można być wielkim, bogatym, z sukcesami, a ciągle lubić kibiców, nawet dziennikarzy też. To była przez te sześć lat najmilsza drużyna ze stref wywiadów. To Hiszpanie z ligi angielskiej częściej chodzą na spotkania z angielskimi kibicami niż piłkarze angielscy. Bo dla hiszpańskich to przyjemność, dla angielskich obowiązek. Mirosław Trzeciak ujął to swego czasu najlepiej: hiszpańska ulica każdego dnia wychowuje piłkarza na lepszego. Angielska ulica każdego dnia swojego piłkarza psuje.

    Jeśli to nie mogło dalej trwać, niech chociaż nie przestanie być doceniane.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • środa, 11 czerwca 2014
  • Przypadki człowieka serdecznego

    - Wy skąd? - Z Polski. - Ale Polska tu nie gra, tak bez reprezentacji na mundial przyjechaliście? - Wiesz, mamy to przećwiczone. - Aaa... My tu w Brazylii nie wiemy, co to znaczy nie mieć drużyny w mundialu - mówi wolontariusz na stadionie w Sao Paulo. Ale zaraz się mityguje, żebyśmy się przypadkiem nie obrazili. - I nam może się kiedyś zdarzyć ten pierwszy raz, nigdy nie wiadomo... - próbuje się solidaryzować.

    Zaczęliśmy rozmawiać, bo przyszedł mnie i Darka Wołowskiego ponaglić. Żebyśmy już zbierali rzeczy, bo zaraz biuro prasowe będą zamykać. Ale kariery jako karbowy nie zrobi. Od początku szedł w miękką perswazję: gdyby to ode mnie zależało, to moglibyście całą noc zostać, itd.. A jak się jeszcze dowiedział, że ma przed sobą ludzi pokrzywdzonych reprezentacyjnym futbolem, to zamiast ponaglać, chętnie by pomógł. Żeby mu nie było przykro, nie mówiliśmy, że już raz Brazylia próbowała pomóc, Rogerem Guerreiro, i średnio wyszło.

    Takich chętnych, do pomocy i do rozmowy, spotykamy tu na każdym kroku. Wystarczy zawiesić na szyi akredytację a już ktoś w metrze próbuje zgadywać gdzie chcesz dojechać, radzi gdzie wysiąść a nawet gdzie w wagonie stanąć, żeby było najwygodniej. Kierowcy pozdrawiają z samochodów. Kelner w barze już przy drugiej wizycie wita cię jak przyjaciela.

    Alex Bellos w wydanej wreszcie w tym roku po polsku książce „Futebol” cytuje zdanie historyka Sergio Buarque de Holanda, że Brazylia dała światu człowieka serdecznego. Z tej serdeczności zrobiła swój znak firmowy, jak z kawy i futbolu. I niby to wszystko oczywiste, ale gdzieś ginie w przedmundialowych historiach, których teraz pełno. Czytasz i widzisz kraj na wojnie, wprawdzie domowej, ale jednak. Same protesty, strajki, korki, bezdomni, fawele, płonące autobusy i zablokowane metra, a ludzie tylko kombinują, jak by tu nie dopuścić do mundialu. Strach powiedzieć, że przyjechałeś na mistrzostwa, bo jeszcze i ty dostaniesz. Dziennikarki Associated Press do swojej historii o piekle brazylijskich lotnisk, gdzie wszystko może pójść nie tak, dodały wczoraj ostrzeżenie, żebyś turysto nie liczył na tradycyjną brazylijską gościnność, bo z sondaży wynika, że większość ludzi jest przeciw mistrzostwom.

    Tak, z sondaży tak wynika. Tak, są gdzieś tam protesty, na które możesz trafić, jak się postarasz. Będą na pewno organizacyjne potknięcia, bo tu się wiele rzeczy puszcza na żywioł. Ale człowiek serdeczny ciągle tu jest, jest w przytłaczającej większości i ma się dobrze. Musi sobie ponarzekać, taki klimat. Ale nie wierzcie, że nie czeka na mundial.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • wtorek, 10 czerwca 2014
  • Szkoda, że nas tu nie ma

    HTC One

    Mundial już widać. Trzeba się przedrzeć przez chaos, korki, kolejki, ale widać. Nawet w Sao Paulo, w którym kibice niełatwo tracą głowę dla reprezentacji, i gdzie głównym tematem jest na razie strajk pracowników metra (na razie przerwany, ale niewykluczone, że zostanie wznowiony w dniu otwarcia mistrzostw).

    Przybywa dekoracji piłkarskich, murali, samochody jeżdżą ze specjalnymi pokrowcami w brazylijskich barwach. Telewizje ciągną całymi wieczorami mundialowe studia. W kolejce do odprawy paszportowej na lotnisku Sara Carbonero opowiada przez telefon Ikerowi Casillasowi jak jej minął lot do Sao Paulo. W biurze prasowym radiowcy z Ameryki Łacińskiej łączą się z jakimś odległym studiem, wpadając w głośną emfazę na życzenie, a potem odwracają się do nas z przepraszającym uśmiechem: taka praca.

    Taka praca. Na tym kontynencie są nadal uwielbiani jak nigdzie indziej, tak jakby tutaj telewizja jeszcze nie zabiła radia. Pamiętam, jak niedawno w Belo Horizonte przedstawiał mi się Osvaldo Reis, zwany Pequetito, znany komentator Radio Globo. - Cześć, jestem Pequetito, narrador de futebol, mój znakomity ojciec też miał taki przydomek, wejdź na You Tube (w brazylijskiej wymowie: juciubi), wpisz Pequetito, jestem tam bardzo popularny - wyrzucał z siebie jednym ciągiem. Ale słuchać też chciał: o tym co dziś robią piłkarze, którzy mu się kojarzą z piękną grą i czasami młodości. Polacy, pokolenie mundiali 1974, 1978, 1982. O to samo zagadywał wczoraj jeden z wolontariuszy w biurze w Sao Paulo. O Latę, Bońka i o to jak powiedzieć „Grzegorz” i nie połamać języka. Szkoda, że naszych tu nie ma, ucieka im turniej życia.

    Już właściwie można by zacząć. Prawie wszyscy są. Niemcy w swoim Porto Seguro otoczyli się tak szczelnym kordonem, że mieszkańcy mówią o nowym murze berlińskim, Anglicy spacerują po Rio i trenują z widokiem na ocean. Hiszpanie w Kurytybie - pod chmurami. Jako jedni z ostatnich przylecieli sąsiedzi, z którymi Brazylia się lubi i czubi, Urugwaj i Argentyna. Do Belo Horizonte, gdzie będzie jeszcze Chile i gdzie podczas mundialu trzeba się wybrać. Choćby dla pięknych krajobrazów, dla Pequetito i dla miejscowej kuchni.

    Za samą Argentyną (poprosiła w ostatniej chwili, żeby napis nad wjazdem jej do ośrodka, „Witamy przyszłych mistrzów”, zamienić na coś taktowniejszego) ma przyjechać do Brazylii 50 tysięcy kibiców. Meksykanie i Chilijczycy już bawią się w knajpach Sao Paulo. To będzie święto całego zbzikowanego na punkcie futbolu kontynentu. Tylko Brazylijczycy jeszcze przygaszeni. Ale gdyby gospodarz miał się bawić lepiej od gości, to chyba też nie byłoby dobrze, prawda?

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • czwartek, 22 maja 2014
  • Liga Mistrzów: Co się dzieje w Lizbonie, zostaje w Madrycie

    Wychodzisz do hali przylotów pod reklamą, na której sponsor Atletico dziękuje za mistrzostwo Hiszpanii.

    Drzwi się rozsuwają. Naprzeciwko stoi tłum krzyczących nastolatek z flagami i transparentami. Nie dla ciebie. I jeszcze nie dla piłkarzy - do Madrytu przyjechali dziś na koncert The Vamps. Ale to już chyba ostatni moment gdy cokolwiek w tym mieście może odwrócić uwagę od piłki. Jesteś w europejskiej stolicy futbolu 2014. Stolicy zimnej ostatnio, i pod ciemnymi chmurami, ale emocje buzują.

    Zostały już tylko dwa dni do finału w Lizbonie, pierwszego w którym zmierzą się dwie drużyny z tego samego miasta. Nie zapomnisz o tym. Jeszcze zanim wyjdziesz z lotniska, możesz obejrzeć na wielkim ekranie w barze wszystkie ligowe gole Atletico i jak to przeżywał Diego Simeone.

    Odjeżdżasz, za chwilę po prawej stronie masz stadion imienia Alfredo di Stefano i jupitery nad ośrodkiem treningowym Realu w Valdebebas. Zbliżasz się do miasta i musisz przejechać pod Xabim Alonso, patrzącym na tunel pod nim z wielkiej reklamy. Za chwilę słyszysz w radiu jak lektor udający Jose Mourinho i jego hiszpański z portugalskim akcentem, pyta w reklamie: - Chcecie być w finale Ligi Mistrzów? Ja chciałem - i zaprasza do konkursu w którym do wygrania są bilety na finał.

    Jose chciał, ale tym razem nie dotarł. Za to gdy cztery lata temu finał był na tym stadionie...

    ...to Jose wygrał go z Interem Mediolan, a Real znów odpadł wcześnie. I głównie dzięki temu już niedługo poźniej Mourinho przeniósł się do Madrytu. Finału nie dogonił przez trzy lata. Jego następcy Carlo Ancelottiemu udało się już w pierwszym podejściu.

    Przy kasie wspomnianego baru na lotnisku wiszą przewiązane dwa szaliki: po jednym dla tych, którzy w Lizbonie wypatrują dziesiątego Pucharu Europy, i dla tych którzy jadą po pierwszy, a w finale nie byli od 40 lat.

    Ekumenicznie. Jak na wystawach wielu sklepów, jak na pałacu burmistrza przy placu Kybele, tam gdzie przy fontannie swoje sukcesy świętuje Real, ale teraz wisi tam z jednej strony herb Realu, z drugiej Atletico.

    Obie drużyny już jutro będą w Lizbonie. Za nimi ruszą autostradą na południe kibice. Wieczorem konferencje na Estadio da Luz. A dzień później się wyjaśni, pod którą madrycką fontanną tym razem będzie święto. Kybele, czy Neptuna, gdzie swoje fety ma Atletico.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • poniedziałek, 24 marca 2014
  • Real, Barca i kasyno futbol

    Najlepsze El Clasico od lat? Najefektowniejsze, najbardziej dramatyczne, mecz który pomieścił kilka meczów - tu sporu nie ma. Czy El Clasico najlepszego futbolu - nie jestem przekonany. Było hollywoodzko: ucieczki, pościgi, mordobicia, awantury, wymiany ognia i wybuchy. Jak rozciągnięta na 90 minut rozbiegówka z ostatnich Bondów. Wszystko dzieje się tak szybko, a James tak piękni ucieka i pierze wszystkich po pyskach, że nawet nie masz czasu pomyśleć, czy naprawdę nie dało się wykaraskać z kłopotów w prostszy sposób. No, pewnie się dało. Ale wtedy nie byłoby wybuchów.

    W El Clasico obie strony też wolały wybuchy od planu, zwłaszcza Real (Barcelona miała przynajmniej fortele, przy kontratakach), więc nie ma co teraz robić z Undiano Mallenco kozła ofiarnego. Nikt tu nie był zainteresowany przejęciem kontroli nad meczem, uspokojeniem sytuacji. Real i Barcelona wybrały kasyno futbol, postawiły ile miały, więc było do przewidzenia, że jedna ze stron zostanie z niczym, a druga odjedzie z łupem ponad stan. Jeśli już się musimy pogodzić z tym, że sędziowie nie mają pomocy technologicznej, to przy tym tempie wydarzeń jakiego sobie zażyczyły obie strony na Santiago Bernabeu, i przy takiej wymianie ciosów w każdym miejscu, sędziowanie bezbłędne byłoby cudem. W ostatecznym bilansie, sędzia żadnej strony swoimi pomyłkami nie skrzywdził.

    Oglądało się to świetnie, ale czy trenerzy byli ze swoich drużyn dumni, nie jestem pewien. Co nie zmienia faktu, że pojedyncze role były genialne. W Realu szalał Angel di Maria, a w Barcelonie.Leo Messi, i nawet mniej tym razem zachwycał jako strzelec, bardziej jako katapulta kontrataków Barcelony. Real Mourinho by się takich nie powstydził. Gdyby zamiast Neymara nadal biegał w koszulce Barcelony np. Samuel Eto’o... Nie musi być ten z czasów barcelońskich, w niedzielę wystarczyłby obecny dziadek Samuel. A Andres Iniesta znów był najlepszy w chwilach najtrudniejszej próby, choć akurat zarzucenie ręki na Daniego Carvajala przed faulem w polu karnym mógł sobie darować, bo chyba tylko to w tej całej sytuacji z karnym było kontrowersyjne.

    Pod jednym względem ten mecz był bezcenny: wypchnął nas z kolein, w które wpadliśmy, myśląc o Realu i Barcelonie. Tu spokój, tam wrze, tu słoneczny Carlo Ancelotti, tam Gerardo Martino, który do wielkiego europejskiego futbolu nie pasuje. Ancelottiego uwielbiam, ale w niedzielę przez kilka ostatnich, arcyważnych minut, drużyną sterował autopilot Mourinho: było szukanie zwady, a nie wyrównania. A Martino? Może nie jest trenerem dla Barcelony, gdzie posiadanie piłki jest święte. Ale w wielkim futbolu nie zginie.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • piątek, 21 marca 2014
  • Wunderwaffe Stocha, czyli turbodoładowanie w kostce

    Kryształowa Kula jest już w rękach Kamila Stocha, więc została już tylko jedna zagadka do wyjaśnienia. Czym była ta tajemnicza sprzętowa broń, która pomogła Kamilowi odlecieć: od podwójnego zwycięstwa w Willingen, przez podwójne w Soczi aż po zdobycie Pucharu Świata?

    Chodziło o kostkę, plastikowy element wiązania, ten który jest nałożony na bolec i łączy go z butem. Kostka została zrobiona tylko dla Polaków, według ich projektu, dopracowanego na przełomie roku. Zrobiła ją słoweńska firma Slatnar, producent m.in. wiązań. Kostka wygląda tak, Kamil skacze z nią od końca stycznia:

    A tak wyglądała np. kostka z którą Stoch zdobywał rok temu mistrzostwo świata w Val di Fiemme:

    Ta nowa kostka jest szersza i ze specjalnymi wypustkami dzięki czemu - w przeciwieństwie do standardowych - ściśle przylega do buta. Nie rusza się na boki. Dzięki temu połączenie narty z butem jest jeszcze bardziej stabilne (i jeszcze mniejszy staje się margines błędu przy lądowaniu, to jest cena którą trzeba płacić za każde usztywnienie wiązań). Tak różnica między nową a starą wygląda w rzucie z góry, przepraszam za niepewną rękę:

    A tak wyglądają w locie wiązania z ulepszoną kostką. Zdjęcie jest z Willingen, pierwszych zawodów w których Kamil skakał z nowymi kostkami:

    Czy to był klucz do sukcesów Stocha? Nie, najważniejsze było dobre przygotowanie Kamila. Turbodoładowanie można dołożyć dopiero, gdy skoczek jest w dobrej formie. W naszej kadrze z nowymi kostkami skakali w Soczi wszyscy poza Piotrem Żyłą, ale tylko Stoch był nieuchwytny. Co nie znaczy, że Wunderwaffe wcale nie była taka wunder. Zasiała niepokój w głowach rywali, a to już bezcenne. A czy dla Kamila to był tylko efekt placebo, tego nikt do końca nie wie. Wygrał z nowymi kostkami przez ostatnie tygodnie sześć konkursów Pucharu Świata i o medale, a wcześniej w całej karierze - dziesięć. To jak: działa czy nie działa?

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • sobota, 15 marca 2014
  • Niedosyt Stocha

    Przez ponad trzy godziny bezczynnego czekania na przyjazny wiatr różne rzeczy przychodzą skoczkom i ich trenerom do głowy. Łukasz Kruczek zdążył się już prawie w sobotę umówić pod Certakiem z Davidem Jiroutkiem, trenerem Czechów, że też sobie pójdą i skoczą. A gdy już ostatecznie odwołali sobotnią serię i zakończyli indywidualne mistrzostwa świata, Kruczek mówił, że ma przed niedzielną drużynówką trzy warianty składu, w tym jeden z Piotrem Fijasem. Potem Fijas, jedyny polski medaliista mistrzostw świata w lotach - i pozostanie jedynym indywidualnym jeszcze przynajmniej dwa lata - dopowiadał, że on najchętniej pojedzie w trzeciej grupie.

    Ale nie wszystkim było na Certaku do śmiechu. Nie tylko dlatego, że jak mówił Maciej Kot, nie było dziś na pewno skoczka, który by się tej skoczni i wiatru nie bał. Kamil Stoch z dekoracji najlepszych lotników tegorocznych mistrzostw świata - połowicznych mistrzostw, zakończonych po dwóch seriach - wrócił w kiepskim nastroju. Piąte miejsce zostawiło ogromny niedosyt, Stoch do końca miał nadzieję, że jednak będzie trzecia seria.

    - Wiem, że stać mnie było tutaj na lepsze skoki. Coś nie zagrało. Byłem w stu procentach przekonany, że w sobotę będę skakał dużo lepiej - mówił. W piątek męczył się z utrzymaniem równowagi na rozbiegu, odbicia nie były takie jak należy. W sobotę bardzo chciał sobie udowodnić, że to był chwilowy problem. I dolecieć do miejsca na podium. Nie miał takiej szansy.

    - Przykro mi głównie ze względu na kibiców, zasłużyli na to, żebyśmy dla nich skakali. Miałem takie przeczucie od rana, że będzie dobrze. Wiem, to dziwnie brzmi, mógłbym też powiedzieć: kurde, jakby była w piątek jeszcze trzecia seria, to bym skoczył 300 m. Ale miałem takie przeczucie co do soboty - mówił Kamil. Niedosyt niedosytem, ale też nikt nie miał wątpliwości, że rozstrzygnięcia w tych mistrzostwach były sprawiedliwe.

    Rywale byli w piątek lepsi, szansę rewanżu Stoch będzie mieć być może w drużynówce. Gdyby zsumować punkty za serie indywidualne, Polacy byliby na drugim miejscu. Ale po pierwsze, to tak w drużynówkach nie działa. A po drugie, prognozy na niedzielę są fatalne, ma wiać jeszcze mocniej. Pierwsza seria jest według planu o 14, wtedy się zacznie kolejne wielkie czekanie. Może tym razem z happy endem: rozegranym konkursem i polskim medalem. Wśród wariantów rozważanych przez Łukasza Kruczka Piotra Fijasa oczywiście nie było. Oprócz Stocha i Kota, czyli skoczków z pierwszej dziesiątki mistrzostw indywidualnych, do drużynowych staną Piotr Żyła i Klemens Murańka. A Jan Ziobro, czyli ten, który ostatnio wypadł z rytmu, tym razem odpocznie.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • W Harrachovie gonią króliczka

    zdjęcia zrobione telefonem HTC

    Czekają tutaj, na tym placyku pod Certakiem, od 15. Wtedy wezwano skoczków z hoteli, by - mimo odwołania serii próbnej - byli w gotowości, gdy wiatr pozwoli rozegrać konkursy. Na razie nie pozwolił nawet nabrać nadziei. Pierwsza dzisiejsza seria została najpierw przełożona na 17, potem na 17.30, na 18.15 i w końcu 18.220. A pod Certakiem były przez ostatnie godziny wszystkie pory roku. Słońce, deszcz, słońce i śniegiem, deszcz ze śniegiem. Wiatr na chwilę cichł, a potem był znowu tak silny, że na balkonie na górze trudno było przy robieniu zdjęcia utrzymać telefon w rękach. Zresztą wystarczy spojrzeć co się działo z osłonami przy skoczni:

    Gospodarze zdjęli je wczoraj na noc i teraz był problem z ich rozwinięciem. Wiatr ma momentami prędkość nawet kilkunastu metrów na sekundę, i tak wiruje, że obraz na monitorze z pomiarami wygląda najczęściej jak bezładnie rozsypane czerwone strzałki.

    Pomysły też się zmieniają: jeśli nie uda się rozegrać serii indywidualnych, to można rozdać medale tylko na podstawie dwóch piątkowych. Ale zostaje jeszcze drużynówka. Pojawił się pomysł, żeby zacząć ją już dzisiaj, po próbach rozegrania indywidualnej serii - bo skończy się zapewne na jednej, w drugą trudno uwierzyć - może nawet bez transmisji telewizyjnych. Byle mieć to z głowy. Bo jutro pogoda ma być według prognoz jeszcze gorsza. Ale ponoć nie można zawodów drużynowych rozbić na dwa dni. Pozostaje czekać.

    Skoczkowie patrzyli w górę skoczni bez wielkiej nadziei, że coś się zmieni, ale przecież takie próby mimo braku szans oglądamy przy każdej wietrznej okazji. Telewizje mają zaplanowany czas antenowy, sprzedane reklamy, muszą je zdążyć wyemitować. W takie dni nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko żeby go gonić tak długo, jak ramówki przewidują. Inna sprawa, że Łukasz Kruczek już na początku tego czekania przekonywał: z prognoz wynika, że jedyny w ten weekend moment, gdy można będzie latać, ma wypaść w sobotę między 18 a 20.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • piątek, 28 lutego 2014
  • Panie Tomku, do dzieła

    Wiele osób, które śledziły na Twitterze moją dyskusję z Tomaszem Zimochem nie rozumie, o co chodzi, więc wyjaśniam. To nie spór osobisty, tylko o zasady działania. Spór środowiskowy? Być może. Ale ważny.

    Tydzień temu Polskie Radio opublikowało wywiad Tomasza Zimocha z Aleksandrem Wierietielnym, w którym trener Justyny Kowalczyk zapowiada koniec kariery. Samo w sobie żadna sensacja, bo trener zapowiadał to wiele razy jesienią. Ale w Soczi sensacją było, bo trener nie udzielał tam w ogóle wywiadów, a poza tym od jesieni najwyraźniej zmienił zdanie: w rozmowach z Justyną przekonywał ją, żeby została z nim w sporcie. Spotkałem trenera na trasie w dniu publikacji wywiadu i zapytałem, czy już przerwał milczenie. Odpowiedział, że nie, bo wywiadu nie udzielał, z Tomaszem Zimochem rozmawiał tu tylko prywatnie, w szerszym gronie. A w sobotę tuż po biegu doprecyzował, że akurat to nagranie nie było nawet zrobione podczas igrzysk. Wyjaśniał to do kilku włączonych dyktafonów, również mojego. To samo powtórzyła Justyna Kowalczyk.

    Od tego czasu czekamy na wyjaśnienia, od Tomasza Zimocha lub od Polskiego Radia, najlepiej na pokazanie pliku z datą nagrania, co by zakończyło dyskusje. Czy to trener nie mówi prawdy, czy dziennikarz puścił stare nagranie. A jeśli nagranie jest z Soczi, to czy chodziło o prywatną rozmowę, czy jednak wywiad. Jeśli prywatną, nie mam z tym tak wielkiego problemu, trener musiał widzieć mikrofon, poza tym wiele osób też nie oparłoby się pokusie wykorzystania takiej setki. Ale wyjaśnienie się słuchaczom należy. Jeśli jedna strona mówi na dwa głosy do mikrofonów swoją wersję wydarzeń, a druga kluczy, bawi się w rebusy i ciuciubabki, to jest naturalne, że ciężar dowodu spoczywa teraz na niej.

    W międzyczasie dostałem informację, że w sztabie Justyny doszli do wniosku, iż nagranie musiało być zrobione nie jesienią, a podczas Tour de Pologne, czyli na przełomie lipca i sierpnia. Puściłem informację o dacie na Twitterze i wtedy Tomasz Zimoch poczuł zew prawdy. Znakomicie, Panie Tomku. Pisze Pan, że wersja z TdP to fałsz. I wie Pan kto mnie wprowadził w błąd. No to śmiało.

    Jeśli to był wywiad z Soczi i nie wymaga żadnych przypisów, pierwszy pana przeproszę. A za napisanie, że jest z TdP, dołożę jeszcze kwiaty. To nawet byłoby wzruszające, że milczy Pan żeby nie skrzywdzić kolegi czy przyjaciela. Tylko to nie nasza wina, że teraz trudno w to uwierzyć.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • niedziela, 23 lutego 2014
  • Soczi: to się działo naprawdę?

    I po igrzyskach. Na rozgrzewkę przed ceremonią zamknięcia przelecieli jeszcze przez ekrany w biurze prasowym wszyscy zwycięzcy, dzień po dniu. Czyli to się jednak działo naprawdę: polska radość na początek, na koniec i w środku. Medale ludzi nieprzypadkowych. Złoto faworytów, Kamila Stocha i Justyny Kowalczyk, w igrzyskach które się z faworytami potrafiły obchodzić surowo. Polska 11. w tabeli medalowej. I z tyloma złotymi medalami, że nie wyprzedziłyby jej np. Szwecja, Finlandia i Włochy nawet gdyby połączyły swoje łupy z Soczi.

    Tylko na biatlonie można było poczuć, jakie to mogły być dla nas igrzyska: niewykorzystanych szans, niedopowiedzianych pretensji, pecha do sprzętu itd. Krótko mówiąc, takie jakie znaliśmy z ostatnich kilkunastu lat, wyłączając Vancouver. Tym łatwiej było docenić sukcesy na skoczni, w biegach, w hali panczenistów.

    A jakie to były igrzyska, jeśli wykreślić polskie wątki? Na pewno doskonale zaprojektowane. Z pięknymi widokami, skupione na małej powierzchni w Soczi, i na tak małej jak się dało w górach. Bardzo gościnne, dyskretnie ochraniane, z kontrolami które zupełnie nie dawały się we znaki, i z piorunująco szybkim transportem. Przejechać z miasta igrzysk na górskie areny w godzinę? Z każdej poza skocznią górskiej areny widzieć inną arenę, a z niektórych nawet kilka innych? To się na zimowych igrzyskach nie zdarzało, od kiedy się rozrosły do dzisiejszych rozmiarów. A jednocześnie trochę brakowało tu ducha, tłumów kibiców, pełnych restauracji. Może w samym Soczi było inaczej. W górskiej części igrzysk było czasem tak smutno jak byśmy byli tylko my i olimpijscy pracownicy.

    Bywało supernowocześnie, bywało absurdalnie. Gdy nagle przychodziła do hoteli spóźniona dostawa setek identycznych obrazów, gdy w okna i na balkon zaglądali robotnicy na wysięgnikach. Przez ponad dwa tygodnie igrzysk prace nie stanęły ani na chwilę, choć przecież wszyscy którzy przyjechali na igrzyska mieli już swój kąt, zresztą zwykle luksusowy. Więc nie chodziło tylko o to, żeby się przed światem pokazać. Gdyby tak było, ktoś kazałby koparkom zjechać na parkingi, a robotnikom przestać wiercić i kuć.

    Ciekawie będzie sprawdzić za trzy, cztery lata, jak się miewa miasteczko Gorki na Krasnej Polanie, wymyślone od podstaw i teraz w tym całym huku i kurzu wykańczane. Czy zarabia jako alpejski kurort dla całej Rosji, czy niszczeje jak obiekty tylu poprzednich gospodarzy igrzysk. I gdzie będzie za trzy, cztery lata Rosja. Teraz, zwłaszcza po ostatnim tygodniu w cieniu Majdanu, chyba nikt się nie wyrywa do ocen. A okazja do sprawdzenia już wyznaczona - mundial 2018.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • sobota, 22 lutego 2014
  • Pożegnanie z Laurą. I z kimś jeszcze?

    Zostały minuty do królewskiego biegu kobiet. Trzydzieści kilometrów, dystans stworzony dla Justyny Kowalczyk, ten, o którym sama często mówi, że się na nim tyle razy ratowała. Tutaj ratować się nie musi, ale wiadomo, że mierzy w medal. Każdy w karierze bieg na 30 km dowolnym kończyła na podium. Jeśli nie kończyła, to zawsze klasykiem.

    Na 30 km zdobyła pierwszy medal w karierze, na igrzyskach w Turynie. Gdy przed biegiem polscy działacze nalegali by się wycofała, a Robert Śmigielski odpowiedział: „Ale taką decyzję podejmuje lekarz. A lekarzem jestem ja i nie wycofuję”. Potem niektórzyy oficjele jechali na bieg w pośpiechu, gdy się okazało, że młoda zadziora nic sobie nie robi z wcześniejszego omdlenia na 10 km klasykiem i ucieka samotnie po medal. Też wtedy jechałem na bieg w panice, bo pralnia w Sestriere, do której oddałem kurtkę (głupota nie boli) nie zdążyła jej wyprać i w końcu zażądałem, żeby oddali mokrą. Z tym mi się kojarzy ten pierwszy medal: z zaskoczeniem, pośpiechem i radością dziewczyny, która po tylu emocjach i rozczarowaniach wreszcie dobiegła do medalu.

    Wtedy sobie też postanowiła, że już z każdych igrzysk będzie przywozić choć jeden medal. Dojrzewała, zmieniała spojrzenie na świat i sport, inaczej sobie ustawiała życiową hierarchię, przeżyła bolesne porażki, gdy Marit Bjoergen wróciła do wielkości po 2009 roku, potrafiła siebie jako biegaczkę wymyślić po części na nowo, już bez pogoni za wszystkim, stawiając na klasyk. Ale olimpijskich marzeń nie zmieniła. Może się nie udać w mistrzostwach świata, a w igrzyskach musi. Dziś walka toczy się o już o szósty jej olimpijski medal, trzeci na 30 km.

    Dziś jest nasze pożegnanie z trasami na Laurze, które w biegach i biatlonie dały Polsce jeden medal, ale złoty i zdobyty w takich okolicznościach, że emocjonalnie liczył się za więcej niż jeden. Na Laurze słońce, cicho, trwa rozgrzewka i szykowanie nart. Ta finałowa trzydziestka będzie też pewnie pożegnaniem z olimpijską Justyną. Tak mówią, choć gdybym miał dziś się zakładać, to obstawiałbym jednak, że po przerwie na posmakowanie życia narty Justynę wezwą i nie będzie w stanie udać, że nie słyszy. A jeśli usłyszy, wróci, i będzie sobie wybierała starty klasykiem albo najsłynniejsze biegowe maratony, to dlaczego miałaby nie spróbować na igrzyskach. Bieganie jest długowieczne. Wprawdzie trener Aleksander Wierietielny kolejny raz przypomniał w Soczi, że te igrzyska to jego meta. Ale kto co roku powtarzał, że nie wróci na Tour de Ski?

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • środa, 19 lutego 2014
  • Niskanenowie nadchodzą

    Kerttu jest podwójną wicemistrzynią z Soczi. Iivo, pseudonim Balotelli - bo grał w piłkę, jest mocno zbudowany i lubi to pokazać - nowym mistrzem z Soczi. A Katri to jedna z najbardziej znanych młodych projektantek mody w Finlandii. Z całej rodziny sławy nie zaznała jeszcze najmłodsza Iita. Ona też jest teraz w Soczi, przyjechała z rodzicami kibicować siostrze i bratu. Na Niskanenów nie ma mocnych. Dziś Kerttu musiała szybko zwolnić miejsce za stołem konferencyjnym, bo wolontariuszka już czekała by za jej tabliczkę podstawić tę dla brata.

    Przez ostatnie lata Finowie kojarzyli się z bieganiem na smutno. Nikt się ponoć z nikim w tej kadrze nie lubił, sponsorzy nie chcieli wracać do związku narciarskiego kojarzonego z aferą dopingową z mistrzostw świata 2001, z nieudolnością działaczy. Młodzi ludzie się nie garnęli do sportu. A teraz?

    Nikt się na trasach w Soczi tak nie cieszy jak Finki i Finowie. Najpierw dziewczyny po srebrze w sztafecie, gdy Aino Kaisa Saarinen biegała po strefie wywiadów w euforii. Dziś - po srebrze w sztafecie sprinterskiej, gdy Saarinen tańczyła na nartach, a Niskanen na przemian to płakała, to się śmiała. A największe szaleństwo było dopiero przed nimi. - Ochłonęłam po naszym biegu, zostałam na stadionie oglądać bieg chłopaków i patrzę, a tu mój braciszek zostaje mistrzem olimpijskim - opowiadała mi Niskanen. Braciszek, czyli młodszy o trzy lata Iivo, 22-latek który jeszcze cztery miesiące temu nie był pewien kiedy wróci do treningów po dziwnej wirusowej chorobie, miesiąc temu był w rezerwowej drużynie sprinterskiej, a teraz jest mistrzem olimpijskim. Pierwszym od 12 lat fińskim mistrzem zimowych igrzysk. A i w letnich Finowie zdobyli od 2002 tylko jedno złoto: w Pekinie, w strzelectwie. Ale złoto na nartach, które są częścią fińskiego DNA, to jednak co innego.

    - Młodzi wreszcie nadchodzą, Niskanenowie nadchodzą. A my starsi postaramy się jeszcze trochę wytrwać, żeby im pokazać drogę. Wracamy tam gdzie nasze miejsce - tłumaczyła mi Aino Kaisa Saarinen. Ona biegła w parze z 10 lat młodszą Kerttu. A Iivo dobiegł do złota z 10 lat starszym Samim Jauhojaervim. Od kiedy Iivo, po opóźnionych przez chorobę przygotowaniach, zdobył w styczniu mistrzostwo świata do lat 23, zaczął iść w górę tak szybko, że miejsce w kadrze zdobył szturmem. W Soczi był już czwarty na 15 km klasykiem o 0,2 s od brązowego medalu.

    Cała czwórka medalistów umówiła się, że sukcesy poświętują w basenie, wskoczą w pełnym narciarskim rynsztunku. Tylko na razie nie wiedzą, kiedy. Może lepiej poczekać, i zaprosić jeszcze hokeistów.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • Justyna i druga zmiana obrazu: bo trasa była za słona

    Poznajecie? To Justyna Kowalczyk z wolontariuszką z wioski olimpijskiej próbują znaleźć w telewizji kanał, na którym będzie męski bieg sztafet. Oglądaliśmy go w niedzielę razem podczas wywiadu, który można przeczytać tutaj. Oglądaliśmy znów z tym samym: "Nie do wiary. Ale jaja" Justyny, jak przy kobiecej sztafecie, której ostatnią zmianę śledziła razem z dziennikarzami na ekranie ustawionym w strefie wywiadów. - Nie do wiary - bo to był kolejny bieg w którym Norwegowie nie byli sobą i skończyli bez medali.

    Kto by pomyślał, że po czterech z sześciu kobiecych biegów igrzysk, po wyścigach sztafet, Justyna nadal będzie z Marit Bjoergen dokładnie na remis: mają po jednym złotym medalu. Dziś to się może zmienić w drużynowym sprincie (półfinały już od 10.15, Polki biegną w drugim w pierwszym, mądry Polak po szkodzie, finał o 12.45), ale tyle już było niespodzianek na trasach Laury, że kolejnej też wykluczyć nie można.

    Norwegowie skupiają się na problemach ze smarowaniem. Najkrócej mówiąc: trasy były za słone. Od kiedy przyszła odwilż i zaczęło się sypanie soli, ich serwismeni zupełnie się pogubili. A przecież Norwegowie zaczęli tutaj, gdy jeszcze łapał mróz, bardzo mocno, od trzech złotych medali w pierwszych czterech konkurencjach kobiet i mężczyzn.

    Potem były roztopy i kompletna zmiana obrazu. Czy teraz będzie kolejna: wczoraj na Laurze pierwszy raz podczas igrzysk padał śnieg. Dziś wyszło słońce, ale jest chłodniej niż było. Są świeże trasy, nowe rozdanie dla serwismenów. W norweskim tirze serwisowym czekali na spadek temperatury jak na zbawienie. Ale jeśli i teraz coś się w norweskiej maszynie zatnie, nie będzie wymówek.

    - Teraz mamy w biegach inną gwiazdę, Charlotte Kallę - mówiła Justyna podczas wywiadu. Spokojna, uśmiechnięta. Bojowo nastawiona przed biegiem na 30 km, w którym się spodziewa, że Kalla będzie rwać tempo by zakwasić Norweżki. I Justyna jej w tym chętnie pomoże. A dziś chce razem z Sylwią Jaśkowiec po prostu powalczyć. O co powalczyć, to się, jak mówi, okaże dopiero na trasie.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
  • wtorek, 18 lutego 2014
  • Dwa medale, pięciu muszkieterów

    Ważą po pół kilograma, przyjemnie brzęczą, nie ma w nich jednak kawałków meteorytu, ale trudno. Kamil Stoch się z nimi teraz nie rozstaje, wkłada je w białą czapkę i dopiero takie zawiniątko wpycha do torby przewieszonej przez ramię. Próbował w pudełku, ale dwa by się nie zmieściły. A teraz każdy chce je zobaczyć razem, obtografować. W Polsce też tak będzie. Trochę się tego Kamil boi. Nie tyle dowodów uznania, ile tego, że to będzie kosztowało za dużo czasu i energii, a on jeszcze ma dużo do zrobienia do końca sezonu. Dziś podczas rozmowy w wiosce olimpijskiej sprawiał wrażenie kompletnie wyczerpanego emocjonalnie. Nie tyle konkursami, co tym co się po nich działo.

    Jutro odlatuje z Soczi z żoną Ewą, trenerami i kolegami z kadry, do Zurychu. Tam czekają na skoczków samochody, które zostawili, gdy po Pucharze Świata w Willingen odlatywali do Soczi. Spędzili tu dwa tygodnie, wywożą dwa złote. Trzeci medal się wymknął. Ale może tego potrzebowali, żeby kiedyś napisać jeszcze lepszą historię. W końcu to była dla nich, pięciu muszkieterów, pierwsza od tej pamiętnej narady w Kuusamo, piętnaście miesięcy temu, próba przyjaźni. Od tamtego Kuusamo byli na fali: złoty Kamil w Val di Fiemme plus medal w drużynie, potem w Oslo pierwsze w karierze zwycięstwo Piotra Żyły. Od początku obecnego sezonu wygrane Krzysztofa Bieguna, potem Jana Ziobry, czyli nowego wśród muszkieterów, prowadzenie Kamila w Pucharze Świata. Właściwie tylko Turniej Czterech Skoczni im się nie udał, ale z tym się liczyli, podczas TCS jeszcze kombinowali z myślą o igrzyskach. Teraz przyszły cztery z rzędu zwycięstwa Stocha, w tym te dwa najważniejsze w RusSki Gorki. Mieli prawo uwierzyć, że teraz czego się nie dotkną, będzie się zamieniać w medal. Przekonali się, że nie. Ale trener Łukasz Kruczek mówi, że gdyby konkurs był dziś, jeszcze raz wybrałby Piotra Żyłę. Może tylko inaczej rozstawiłby skoczków. I że liczy na to, że dla Piotrka drugi konkursowy skok był przełomem, może po nim wróci wreszcie dawny Żyła.

    A skoczkowie, gdy już Piotrek wyszedł wczoraj z kontroli antydopingowej i dotarł do wioski, przyszli do niego pogadać, zabrali go na spacer i przekonywali, żeby się nie załamywał, bo oni są z nim. I mówią to szczerze. Po pierwsze, oprócz Jana Ziobro każdy z nich też mógł dołożyć od siebie trochę więcej. Po drugie, szczerość sobie obiecywali w Kuusamo.

    www.sport.pl
    Blog Pawła Wilkowicza
Nie znaleziono tabeli dla tego wydarzenia

Trwa wczytywanie...
Nie znaleziono terminarza dla tego wydarzenia