Sport.pl

Kozakiewicz: Zostałem banitą, wyrzucili mnie z Polski

Przemysław Iwańczyk, Mateusz Łaniewski
06.08.2011 08:10
Mieszkam w Niemczech, zostałem banitą, wyrzucili mnie z Polski - wspomina w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem legenda polskiej lekkoatletyki, Władysław Kozakiewicz. - W latach 80. wyjechałem do Niemiec na zawody i za to mnie zdyskwalifikowano. Po trzech dniach dowiedziałem się, że uciekłem z Polski. A to przecież nieprawda, chciałem wrócić. Zrobiono z tego sprawę polityczną, chcieli mnie wsadzić za kratki. Ojca wyrzucili siłą z mojego prywatnego mieszkania, zabrali je, a teraz uznano, że nie należy mi się ono z powrotem. Zrezygnowałem z walki o odzyskanie lokum, ale marzy mi się, by ktoś w mojej ukochanej Gdyni, dla której zrobiłem chyba wiele, pomyślał, że może warto mnie tam przyjąć - opowiada mistrz olimpijski z Moskwy w skoku o tyczce. Tamte igrzyska spowodowały, że Kozakiewicz naraził się nie tylko władzy ludowej, ale i całemu ZSRR. - Igrzyska te były bojkotowana przez większość krajów. Z ogromnym napięciem cała Polska czekała na konkurs skoku o tyczce. A to dlatego, że było w nim trzech Polaków [Władysław Kozakiewicz, Tadeusz Ślusarski i Mariusz Klimczyk - red.]. Ta walka przeszła do historii nie tylko ze względu na złoto i srebro, jakie w tym konkursie zgarnęliśmy. To była przede wszystkim walka z przeraźliwymi gwizdami na stadionie Łużniki, które skierowane były przeciwko nam, Polakom. Stanąłem na przeciw publiczności, walczyłem z nimi, tak jak walczyłem z poprzeczką. Ale nie chciałem nikogo krzywdzić, mój gest był symbolem. Symbolem zwycięstwa nad wrogo nastawionymi ludźmi. Politycznie przeciągnięto ten gest jako wrogość do Związku Radzieckiego. Następstwem były interwencje ambasadora radzieckiego. Chcieli mnie dożywotnio zdyskwalifikować i odebrać medale. Za mną stanął cały świat. A przecież ja tylko pokazałem to, co należało wtedy pokazać - wspomina legendarny polski skoczek.